Kiedy wypalenisko błyskawicznie się zazielenia, łatwo to opacznie zinterpretować jako korzystny proces. Tak naprawę ziemia się wyjaławia. Obumarłe rośliny, które kiedyś z niej czerpały rosnąc, a teraz mogły ją użyźnić, poszły z dymem. Biologiczna równowaga współtworzona przez bakterie i grzyby została zniszczona, a proces tworzenia próchnicy zatrzymany. Ogień zabija owady, niszczy siedliska i gniazda ptaków, krzywdzi też jeże i zające, a nawet lisy. Na łąkach zmniejsza różnorodność, na polach obniża plony na najbliższe kilka lat. Trudno się dziwić chwastom, że wschodzą w pośpiechu, ale ich młode liście na tle czarnych plam to nie jest powód do dumy.
W miejscu po pożarze obrodziły nam osty i polny szczaw (Rumex acetosella). Spróbowałam nadać całej tej sytuacji chociaż odrobinę sensu, tyle żeby starczyło na kilka słoików. Listki szczawiu polnego są drobniejsze niż zwyczajnego, ale całe kępy łatwo dają się ścinać nożyczkami, więc zbieranie idzie całkiem szybko. Przy zachowaniu pewnej staranności, nie trzeba go później wcale przebierać.
szczaw na zupę
(proporcje na 12 słoików po 350 ml)około 25 litrów listków szczawiu polnego
1 litr wody
Szczaw dokładnie umyć. Najlepiej zanurzać liście partiami w głębokiej wodzie, żeby piasek opadł na dno i wyławiać bez odlewania. Jeśli piasku nie jest dużo, wystarczą dwa takie płukania. Liście osuszyć, pokroić, umieścić w garnku, zalać litrem wrzątku i podgrzewać mieszając, aż zmienią kolor i stracą objętość. Pogotować tak 20 minut, w tym czasie zagrzać w garnku wodę do wyparzania słoików i pokrywek. Zanurzyć je we wrzącej wodzie i wyjmować bezpośrednio przed napełnianiem. Nalewać gotujący się szczaw do gorących słoików pilnując, żeby nie ubrudzić gwintu i od razu zakręcać. Odstawić pokrywką do dołu, bo tak właśnie podpowiada zerkająca przez ramię babcia.
Jeszcze jedna sprawa, żeby nie było niedomówień. Szczaw polny może być szkodliwy w nadmiarze, ale nazywanie go trującym (jak np. na wikipedii) to duża przesada. Szczawianów dostarczamy do organizmu jedząc choćby szpinak i kakao, a nawet mięso. Nie da się ich uniknąć, ale dobroczynny wpływ jedzenia warzyw jest większy niż ryzyko związane z solami kwasu szczawiowego. Zdrowi ludzie powinni tylko dbać o dostarczanie wapnia i różnorodność diety.
Któregoś roku z szczawiu było tak ubogo, że posiłkowałam się właśnie tym drobiazgiem. Całkiem niezły. A do słoiczków ze szczawiem dodaję odrobinę soli i czosnek.
OdpowiedzUsuńNiby niepozorny drobiazg, a w smaku może nawet bardziej charakterny od uprawnego. ;)
UsuńSłoików faktycznie nie doprawiam, bo wolę później solić i przyprawiać zupę od początku.
Nie możemy zrozumieć tego niszczącego procederu. Produkcja szczawiu imponująca, pozdrawiamy :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że nie wszyscy mają Waszą ptasiarską wrażliwość.
UsuńZawsze bałam się wypalania traw, jako dziecko znalazłam się przez przypadek dość blisko i zaciągnęłam dymem, czasami mam wrażenie, że wciąż czuję w sobie ten dym, nawet poświęciłam temu zjawisku kilka linijek, by chociaż w taki sposób zaakcentować, że się na to nie zgadzam i jest we mnie bunt. Jak będziesz miała ochotę, zajrzyj https://wcieniuskrzydel.blogspot.ie/2017/04/krajobraz-osadzony-pomiedzy-krancami.html
OdpowiedzUsuńNarobiłaś mi smaku tym szczawiem, muszę poszukać na łąkach....
Przeczytałam i obejrzałam, dziękuję.
UsuńTo ja dziękuję :)
Usuń