wtorek, 17 lipca 2018

napój Saamów

Tym, co czytali "Dziennik Północny" Wilka, nie sprawi problemu wskazanie, gdzie żyje lud Saami. Nazywają swoją krainę Sapmi. Jest większa niż Polska, posiada własny hymn i flagę, cała znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, ale jej granice nijak się mają do podziału politycznego Europy. My ją znamy jako Laponię.

Czytając o kulturze Saamów trafiłam na przepis idealnie pasujący do zbioru Bardzo Prostych Herbat.
Owoce brusznicy już się pojawiały na blogu, teraz czas na liście.




lapońska herbata


pełna garść liści brusznicy czyli około 8 gałązek
litr miękkiej wody

Zebranym gałązkom dać wyschnąć, potem oberwać liście. Prażyć je na gorącej blasze lub patelni przez kilka minut ciągle mieszając. Podgrzane pachną słoneczną jesienią, poważnie! Tak przygotowane liście wsypać na wrzątek i gotować przez 10 minut. Zamieszać, żeby opadły na dno. Zostawić pod przykryciem do lekkiego ostudzenia.

Herbata smakuje bardzo delikatnie, choć pewnie można uzyskać bardzo wyrazisty odwar np. przez mocniejsze zrumienienie liści i gotowanie na ognisku bez przykrycia dla dymnego efektu. Mi smakuje taka łagodna liściasto-owocowa. Ta niespodziewana owocowość w tle zaskakiwała mnie już kiedyś w herbacie poziomkowej i jabłkowej.




Czy liść brusznicy ma jakieś działanie lecznicze? Nasza rodzima fitoterapia o odwarze nie wspomina, za to zaleca picie naparów z brusznicowych liści na zapalenia układu moczowego, kamicę nerkową, nieżyt przewodu pokarmowego i ogólnie cukrzykom. Stosuje się je też zewnętrznie, przeciwko infekcjom grzybicznym i bakteryjnym skóry, łojtokowi, stanom zapalnym, rozjaśniająco, w celu obkurczenia naczyń krwionośnych i porów. (Konkrety u dra Różańskiego, KLIK.)

niedziela, 15 lipca 2018

cykory

Utarło się, że cykoria to zimowe warzywo, ale jak to powiedzieć tym bladym soczystym cepelinom, które mam w kuchni?




Wynalazłam im przepis całoroczny, nietypowy, ze skandynawsko-nordyckim balansem słodyczy i przypraw. Letnim akcentem będzie przygotowanie tej sałatki na grillu, ale nie jest to warunek konieczny. Pod żadnym pozorem nie zmniejszajcie ilości imbiru, za to spokojnie możecie dołożyć cząstki pomarańczy, najlepiej też podpieczone krótko na ruszcie i obrane z błonek.




grillet endivie med vaniljeglaserede valnødder og blå ost
(grillowana cykoria z orzechami w waniliowej glazurze i serem pleśniowym)

przepis źródłowy: madgrisen.dk
przystawka dla 2 osób

1 cykoria endywia
garść orzechów włoskich
1 łyżka miodu + trochę do sosu
ziarenka z laski wanilii
50 g sera z niebieską pleśnią np. duńskiego Chabra (Kornblomst) albo polskiego Lazura
2 łyżki masła
kawałek imbiru wielkości kciuka
sól, pieprz

Zewnętrzne liście cykorii dać królikowi. Pokroić ją w łódki tak, żeby każda część miała kawałek głąba. Podpiec je na patelni lub ruszcie z dwóch stron (tak jak cięcia) aż się przyrumienią.
Orzechy uprażyć na patelni, aż zaczną pachnieć. Dodać miód i starannie pokryć wszystkie orzechy glazurą. Wmieszać ziarenka wanilii i już nie podgrzewać.
Imbir zetrzeć na drobnej tarce. W rondelku roztopić masło, dodać odrobinę miodu i imbir. Doprawić solą i pieprzem. Polać powstałym sosem cykorię z orzechami i posypać pokruszonym serem. Podawać z dobrym chlebem i masłem.



czwartek, 12 lipca 2018

łem

Czasem plany się jakoś tak rozłażą, przygotowania ciąągną, nawet te kulinarne, a czas galopuje. Chce się rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Tylko nie można i w dodatku zaczyna padać deszcz. Na pocieszenie zostaje prostota kuchni łemkowskiej.




Homiłki, czyli podsuszane kuleczki z twarogu i mięty, współcześnie podawane są z sosem śmietanowym lub w sałatce, a tradycyjnie marynuje się je w oleju. Łemkowie używali lnianego, konopnego i bukowego. O bukowym możemy pomarzyć, ale proszę, nie zalewajcie kulek oliwą z prowansalskimi ziołami. Do takich zestawień lepszy będzie inny miętowy ser, halloumi.




homiłki


1 kg pełnotłustego twarogu
2 łyżki suszonej mięty
świeży olej lniany lub konopny
sól

Twaróg ugnieść z miętą na jednolitą masę np. tłuczkiem do ziemniaków. Formować w dłoniach kulki o wielkości 2-3 centymetrów. Jeśli ser zbytnio klei się do rąk, można do masy dodać łyżkę masła. Homiłki rozkładać na blasze w niewielkich odstępach i suszyć w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach w temperaturze 75 stopni przez około godzinę. Zostawić na kilka godzin w temperaturze pokojowej do wystygnięcia i dalszego obsychania. Podawać skropione olejem lub przełożyć do słoika, lekko posolić i zalać olejem tak, by nie wystawały. Przechowywać w lodówce, zużyć w ciągu miesiąca.


poniedziałek, 9 lipca 2018

wspólny stół

Będzie krótko, ale w ważnej sprawie. Co roku 20 czerwca przypada oenzetowski Dzień Uchodźcy i w związku z tym przez całą końcówkę zeszłego miesiąca odbywały się spotkania, warsztaty i rożne wydarzenia towarzyszące. Wybrałam się z mojej wsi na warszawski Służew, żeby wziąć udział w jednym z nich.

Wiem, wchodzicie na bloga o jedzeniu, powinien być przepis. Przywiozłam w sumie trzy receptury, ale na kiedy indziej. Dziś będą zdjęcia. A na nich Khava i Kheda, z którymi lepiłam czeczeńskie manty i uczyłam się robić makaron, Gagik nad garem gruzińskiego adżapsandali, no i chleb. Mogliśmy pogadać przy wspólnym stole dzięki Fundacji Ocalenie.

Idę. I myślę, że najlepszy sposób myślenia o przybyszach zaczyna się od poznania ich imion.










piątek, 29 czerwca 2018

trześnia

Ledwo udało się pozamykać w słoikach kilka wiader ciemnych czereśni ze zdziczałego sadu, a tu już pomiędzy olchami znad zbiornika przeciwpożarowego dojrzały dzikie, czyli psie. Drzew jest kilka, ale wyrosły wysokie i nie tak łatwo jest nazbierać owoców, kiedy ledwo sięga się do najniższych gałęzi. Mają charakterystycznie pozwijaną korę i znajome liście, a w tym roku pięknie obrodziły. Owoce wprawdzie są małe, największe mają półtora centymetra średnicy, ale za to pestka jest proporcjonalnie malutka i łatwo odchodzi przy drylowaniu. Agrafką, bo drylownica to dla nich zbyt wielki kaliber. Czerwienią się tylko owoce z nasłonecznionej strony, a te rosnące w cieniu są zupełnie blade, ale tak samo słodkie, ze zwykłą czereśniową goryczką.




Od nazwy wiśnia psia zawsze bardziej lubiłam trześnię, ale pies Pipek udowodnił mi, że się myliłam. Wyjadał z podszytu czereśnie strącone przez grzywacze i szpaki z apetytem dzika. Więc jednak psia.




konfitura z dzikich czereśni po gruzińsku

(ok. 4 słoiki 350 ml)

1 kg wydrylowanych jasnych czereśni
0,8 kg cukru
ok. półlitrowy słoik orzechów włoskich
0,5 szklanki wody
laska wanilii
2 niewoskowane cytryny

Dzikie czereśnie wydrylować agrafką lub spinaczem, żeby otwór był jak najmniejszy. Odsączyć, a sok wypić, bo dalej w przepisie się nie przyda. Orzechy podprażyć na patelni i pocierając zdjąć ciemną skórkę, albo pominąć ten etap i nie przejmując się skórką, połamać każdą połówkę orzecha na 4-6 części. Ostrożnie nadziewać każdy owoc kawałkiem orzecha. Przełożyć owoce do dużego garnka, dodać wanilię. Z wody i cukru (użyłam nierafinowanego trzcinowego, bo tylko taki miałam w domu) zrobić syrop, podgrzewać na małym ogniu aż kryształki się rozpuszczą. Pojawiającą się pianę zdjąć łyżką. Zalać syropem owoce i gotować chwilę, żeby doprowadzić je do wrzenia. Nie mieszać, ale zdjąć pianę. Wystudzić i zagotować jeszcze 3 razy, piana nie powinna się już pojawiać. Zetrzeć skórkę z cytryn, jedną pokroić w ćwierćplasterki, a z drugiej wycisnąć sok. Dodać wszystko po ostatnim zagotowaniu, gorącą konfiturę szybko przełożyć do wyparzonych słoików i zakręcić. Podawać do herbaty.

Jeżeli wykorzystacie duże odmiany sadownicze czereśni, możecie użyć drylownicy, a do środka powinny zmieścić się całe ćwiartki orzechów.
Wersja uproszczona bez nadziewania, czyli czereśnie i orzechy w syropie, też będzie pyszna.


czwartek, 21 czerwca 2018

oszukać przeznaczenie

Internet bije po oczach stylizowanym niemarnowaniem, trochę mieszczuch ten internet. Bo na wsi wiadomo, zbiera się tyle, ile potrzebne i opłacalne. To co rodzi samo, zwykle zostaje samo sobie. Gdzie nie ma rąk do zbioru, zawsze zostają szpaki. A czasem klęski urodzaju nie przeskoczysz. Mimo to te truskawki ktoś zebrał z szaloną nadzieją, że będą zjedzone. I po sąsiedzku podarował. Małe, bure, zapiaszczone, w dodatku pogniotły się w wiaderku. Najładniejsze z nich poszły do kompotu. Pozostałe wyrwałam smutnemu przeznaczeniu w ostatniej chwili.




ocet truskawkowo-bzowy


1 kg truskawek
1,5 l wody
6 łyżek cukru
6 baldachów czarnego bzu

Przygotowania jak zawsze: wyparzyć słoik i łyżkę, rozpuścić cukier w wodzie. Bez na kilka minut rozłożyć na białej ściereczce lub papierze, żeby pozbyć się owadów. Truskawki umyć, kwiatów absolutnie nie. Owoców można nie pozbawiać szypułek, o ile nie ma się planów późniejszego ich wykorzystania. Wodę, truskawki i kwiaty umieścić w słoju zostawiając zapas miejsca, dokładnie wymieszać. Przykryć ściereczką lub ręcznikiem papierowym, zabezpieczyć gumką i odstawić w ciepłe miejsce.

Truskawki są z natury bardzo nietrwałe i dlatego ten ocet wymaga na początku więcej uwagi niż inne. Przez pierwszą dobę warto go mieszać jak najczęściej. Owoce, które unosząc się będą wystawały nad poziom płynu, będą narażone na rozwój pleśni, a jeżeli na powierzchni octu pojawią się nawet najmniejsze jej ogniska, należy go uznać za zepsuty. Od tej zasady odstąpiłam tylko raz, właśnie przy occie truskawkowym. Wystarczyło pierwszej nocy po nastawieniu zostawić go na kilka godzin i pójść spać, rano na dwóch wystających truskawkach zaobserwowałam małe plamki w szarym kolorze. Nie miałam pewności, czy to pleśń, a owoce dały się wyjąć, bez dotykania innych w słoju, dlatego ocet dostał jeszcze szansę. Gdyby były rozdrobnione, ewentualnej pleśni nie dałoby się zdjąć, ale mogłaby też nie wystąpić - kto wie.

Ten ocet bardzo szybko zaczął pracować, pewnie dzięki bzowym dzikim drożdżom. Fermentacja była raczej burzliwa i chociaż po dwóch pierwszych dobach ryzyko wystąpienia pleśni stało się już minimalne, dalej był mieszany częściej niż dwa razy na dobę, żeby go odgazować. A po niecałych dwóch tygodniach jednej nocy wszystko opadło. Został przefiltrowany, żeby pozbyć się pestek i zlany do butelek.


Gotowy ocet z truskawek ma arbuzowy kolor i jest niezwykle aromatyczny. Przy przelewaniu jego zapach unosił się w całym domu, a ręce po zakręceniu butelek pachniały mi świeżymi owocami. Kojarzy się bardzo deserowo i pewnie to zaważy na wykorzystaniu, albo nawet... przeznaczeniu.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

czerwcowa piekarnia

Zawsze podobała mi się inicjatywa Amber, wspólne internetowe pieczenie. Tym razem nic nie stanęło na przeszkodzie, żebym mogła w nim wziąć udział, a wybrany do Czerwcowej Piekarni przepis przywoływał same przyjemne wspomnienia. Czeskie drożdżowe pieczywo i ser blaťák na śniadanie...




Rohlík oczywiście kojarzy się z rogalikiem, ale wcale nie musi być formowany w półksiężyc, zwykle ma formę grubego palucha, za to koniecznie trzeba go zwijać z trójkąta. To delikatne pieczywo na mleku, często posypywane nasionami maku lub kminku. Moje są z wiesiołkiem dwuletnim.
Z części ciasta zrobiłam małe rogaliki do pochrupania jak paluszki, dużo cieniej rozwałkowane i mniej więcej trzy razy lżejsze od rogali. Kibice i miłośnicy chlebowej skórki - to coś dla was.




rohlíky se semínky pupalky

(czeskie rogale z nasionami wiesiołka)


przepis źródłowy: zaproszenie Amber
składniki na 16 rogali lub około 48 chrupiących rogalików:

500 g mąki pszennej typ 550 lub orkiszowej
300 ml mleka
25 g masła
10 g soli
6 g suszonych drożdży
1 żółtko jaja

1 jajko
nasiona wiesiołka do posypania

Zagnieść mąkę, mleko, masło, sól, drożdże i żółtko jaja, wyrabiać przez około 15 minut, aż ciasto będzie gładkie. Umieścić je w lodówce na około 14 godzin.
Po wyjęciu z lodówki zostawić ciasto w temperaturze pokojowej przez 1,5 godziny i podzielić na cztery równe części. Pozostawić je na kolejne 20 minut. Rozwałkować kawałki niezbyt cienko na prostokąty, przekroić każdy na cztery trójkąty i zwinąć rogale. Dać rogalom rosnąć przez 45 minut.
Ubić jajko i posmarować nim rogale, posypać nasionami. Piec w temperaturze 200° C przez 20 minut.




České rohlíky piekłam z nimi. Dziękuję!

Am.art kolor i smak – mak lub sezam ze słowackim tytułem –> klik
Akacjowy blog – na świeżych drożdżach i bez posypki –> klik
Apetyt na smaka – czarno-biały sezam i ser w środku –> klik
Codziennik kuchenny – z sezamem do twarożku –> klik
Dom z mozaikami – trochę większe –> klik
Kuchennymi drzwiami – idealnie kształtne! –> klik
Moje kucharzenie – czyżby ze złotym lnem? –> klik
Moje małe czarowanie – fotoinstrukcja –> klik
Ogrody Babilonu – makowe na kanapki z serem –> klik
Proste potrawy – z solą lub makiem –> klik
Stare gary – bardziej jajeczne –> klik!
Weekendy w domu i ogrodzie – orkiszowe z sezamem i czarnuszką –> klik
W poszukiwaniu slow life – wariacja z semoliny na świeżych drożdżach –> klik
Zacisze kuchenne – z gruboziarnistą solą i kminkiem –> klik