Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2019

benvenuto e addio

Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie!

Łaskawy mieliśmy listopad. W Mieście kwitły lilaki i ozdobne wiśnie, a w Białowieży zawilce. (Może one akurat zdążyły z nasionami?) Prawie wszystkie rodzinne pomidory dojrzały, z ostatnich zielonych zrobiłam sałatkę caprese w stylu południowowłoskim. Ta wersja klasycznego przepisu jest o wiele smaczniejsza, dzięki kwaskowatości i chrupkości pół-dojrzałych pomidorów, które dopiero w tej formie tworzą kontrast dla delikatnej kremowości sera i słodkawego aromatu bazylii.




caprese z południowych Włoch


zielone i pół-dojrzałe pomidory
mozzarella z bawolego mleka
liście bazylii
oliwa extra virgin

Pomidory różnych odmian - lub po prostu ulubione - pokroić w plastry. Ser również, albo porozrywać palcami na pasma, zgodnie z jego strukturą. Bazylię grubo pokroić i posypać sałatkę. Na końcu wszystko skropić oliwą.




Przez długie, złe miesiące wasz zapach będę czuł!

czwartek, 5 kwietnia 2018

chwast-ot-to

Ze spo­rym zdzi­wie­niem oglą­da­łam dziś naszą kępę roślin inwa­zyj­nych. Bo wła­ści­wie nie wystę­puje w przy­ro­dzie coś takiego, jak nie­wiele poda­grycz­nika, a jeśli już pojawi się w ogro­dzie lub warzyw­niaku, jest go zawsze za dużo. I raczej nikt nie życzy sobie, żeby jego giersz był buj­niej­szy niż u sąsiada. A tym razem po mojej stro­nie zde­cy­do­wany nie­uro­dzaj, za to za pło­tem… wybra­łam się więc za płot. Nie daj­cie się zwieść deli­kat­no­ści tych małych list­ków, niech nikomu nie będzie ich żal. Pod koniec sezonu znów okażą się zwy­cięz­cami, mimo wio­sen­nego zja­da­nia i sys­te­ma­tycz­nego wysiłku wielu ogrod­ni­ków, żeby wyple­nić to aro­ma­tyczne ziel­sko.




Dość ostry smak poda­grycz­nika (Aego­po­dium poda­gra­ria), jakby mar­chew­kowy, ale pozba­wiony sło­dy­czy, nie­przy­zwy­cza­jo­nym warto daw­ko­wać ostroż­nie. Niech lepiej dołożą list­ków, jeśli się prze­ko­nają. Wcze­śniej o tej rośli­nie pisa­łam TUTAJ.




Dzi­siej­szy prze­pis miał być takim typu dwa w jed­nym – nowe wio­senne risotto jako wyko­rzy­sta­nie zaso­bów lodówki i pierw­szych chwa­stów, ale przede wszyst­kim pół­pro­dukt do zro­bie­nia aran­cini. Te małe wytrawne poma­rańczki to naj­lep­szy plan na resztki wło­skiego ryżu z obiadu. Ugo­to­wa­łam więc pół kilo ryżu dla pię­ciu osób, nie prze­wi­dzia­łam tylko, że nic nie zosta­nie!




risotto z poda­grycz­nikiem i pie­czar­kami

(jak się oka­zało na 5 bar­dzo głod­nych osób – nor­mal­nie liczy­ła­bym około 9)

500 g ryżu car­na­roli
2 litry gorą­cego bulionu (lub 0,5 l bia­łego wina wytraw­nego i 1,5 l bulionu)
5+5 łyżek masła
cebula
3 duże gar­ście mło­dych list­ków poda­grycz­nika
500 g pie­cza­rek
60–80 g par­me­zanu
korzeń pie­truszki
pieprz, sól

Ryż wypłu­kać w bulio­nie (bulion zacho­wać) i odce­dzić. Drobno pokro­joną cebulę zeszklić na 5 łyż­kach masła, potem dodać ryż i sma­żyć kilka minut mie­sza­jąc. W wer­sji z winem, dodać je teraz i pocze­kać, aż odpa­ruje. Doło­żyć pokro­jone pie­czarki i zalać bulio­nem, niech wszystko gotuje się powoli. Co jakiś czas spraw­dzać, czy nie bra­kuje płynu i wtedy ewen­tu­al­nie dole­wać gorą­cej wody. Ugo­to­wa­nie ryżu na pół­twardo zaj­mie co naj­mniej 20 minut. W tym cza­sie umyć poda­grycz­nik, kilka list­ków odło­żyć do deko­ra­cji, a resztę zblan­szo­wać – tak małym, jak te na zdję­ciach, wystar­czy zala­nie na 3 minuty wrząt­kiem. Liście odsą­czyć i posie­kać. Korzeń pie­truszki zetrzeć na tarce o gru­bych oczkach. Osobno na małych oczkach zetrzeć ser. Kiedy ryż będzie gotowy, a kon­sy­sten­cja pół­płynna, wmie­szać drew­nianą łyżką naj­pierw zie­le­ninę, a potem pozo­stałą część masła i par­me­zan oraz przy­prawy. Por­cje posy­py­wać pie­truszką i deko­ro­wać list­kami.

Surowa pie­truszka świet­nie pasuje do poda­grycz­nika, uzu­peł­nia go łagodną sło­dy­czą i orze­cho­wymi nutami, a poza tym wzbo­gaca kon­sy­sten­cję potrawy. Oczy­wi­ście można też posy­pać tale­rze dodat­kową por­cją par­me­zanu.

sobota, 30 grudnia 2017

oliwkowa zieleń

Widać, że ostatnio lubuję się w Bardzo Prostych Herbatach. Ta może się wydawać trochę egzotyczna, ale południe Europy wcale nie jest tak daleko. A komu nie po drodze, pewnie bez większego trudu znajdzie wśród znajomych miłośnika wakacji nad Morzem Śródziemnym. Poproście takiego o przywiezienie oliwnych liści. Albo sami mu sprezentujcie paczkę oliwkowej zieleni po swoim urlopie.

Napar przypomina zieloną herbatę, ale smakuje taką znaną z oliwy zielonością, trochę jakby liściem laurowym i zdecydowanie oliwnym drewnem. Orzeźwiony łagodną cierpkością, ciepły, drzewny aromat. Wąchaliście kiedyś drewno oliwki? Mam nadzieję, że tak, bo nie podejmuję się opisać dokładniej tego zapachu.

Dla samego smaku to jedna z moich ulubionych herbat. Ale ma też właściwości lecznicze. W skrócie: pomaga na infekcje wirusowe, bakteryjne i grzybicze, zwalcza pasożyty, podnosi odporność, wygasza stany zapalne, chroni serce i utrudnia życie nowotworom. Jest polecana w cukrzycy i reumatyzmie oraz chorobach autoimmunologicznych. O konkretach można poczytać u dra Różańskiego (KLIK).

Liście zbiera się od wiosny do jesieni, a konkretnie od czasu przycinania drzew do zbioru owoców, jednak należy pamiętać, że oliwki uprawiane przemysłowo, przed zbiorami opryskiwane są środkami grzybobójczymi, których w herbacie nie chcemy. Najlepiej suszyć liście w zacienionym przewiewnym miejscu przez kilka dni, jednak spotkałam też informację, że temperatura do 65 stopni im nie szkodzi, więc suszarki lub piekarnik również wchodzą w grę.




infuso di foglie di olivo
(herbatka z liści oliwnych)


Do każdej filiżanki wsypać łyżkę suszonych liści, rozdrobnionych lub nie. W przypadku świeżych tą ilość trzeba podwoić. Zalać wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 10-15 minut, aż napar nabierze słomkowej barwy, a liście zmiękną. Wypić od razu lub przecedzić, bo po dłuższym pozostawieniu liści gorzknieje.

Dla efektu leczniczego stosuje się dwie lub trzy filiżanki dziennie przez miesiąc, a herbatka pita w mniejszych dawkach jest uznawana za bezpieczną dla dzieci (oczywiście nie poniżej 6 miesiąca życia), kobiet w ciąży i karmiących.


poniedziałek, 9 października 2017

porcini!

Jesteśmy otoczeni bogactwem. Grzyby podchodzą już pod bramę, w dodatku nawet wstępnie oczyszczone. Żeby się nie dać klęsce urodzaju, oprócz żmudnego przerabiania, pilnuję, żeby był czas na przyjemności. Choćby świeże borowiki szlachetne (Boletus edulis) na surowo. Na tą potrawę starczy nawet jeden malutki porcino.




świerkowe carpaccio z borowików

nieduży borowik szlachetny
dziewicza oliwa
sól świerkowa

Borowiki pociąć na plasterki grubości papieru - niezastąpiona będzie mandolina. Rozłożyć na talerzu i pokropić oliwą. Posypać aromatyzowaną solą w ostatniej chwili, żeby nie zdążyła rozpuścić się na grzybach. Pasuje świeża ciabatta.



sobota, 16 września 2017

skandalicznie późna kolacja

Potwór codziennie przyjeżdża po pracy z czubatym parasolem w ręku. Albo dwoma, albo koszem, jak dziś. Zobaczył z daleka, rosły na wzniesieniu, taka łączka była... Pies na kanie, mówiłam.




Wyjeżdżamy jutro na kilka dni, więc wzięło mnie na opróżnianie lodówki. Niewykorzystany do zupy bulion, kawałek parmezanu i zeschniętego queijo curado, borowiki, które miały zostać bardzo-wyszukaną-potrawą-ale-nie-wiadomo-czym-dokładnie. Do tego dzisiejszy koszyk kań. I otwarta paczka ryżu arborio w szafce. Wybór dania sam się cisnął, brakowało tylko flaszki białego wina. No i dodatkowego czasu na pakowanie, bo jakoś tak się zeszło, że kolacja wypadła w środku nocy, a spanie jeszcze bardziej wypadło mi z planu.




Czubajkę kanię wbrew obiegowej opinii nie tak łatwo pomylić z którymkolwiek muchomorem, nawet młodą. Ma luźny pierścień na trzonie, ciemny wypukły czubek, orzechowy zapach, a brązowe łuski trzymają się tak luźno, że same odchodzą, można je dosłownie zdmuchnąć. Dojrzałe parasole są też od muchomorów sporo większe. Warto zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz - czerwieniejący miąższ to cecha charakterystyczna innego gatunku, czubajki czerwieniejącej, a te bywają trujące, jeśli wyrosną na ziemi ogrodowej. Kania będzie w środku zawsze biała.




risotto z borowikami i kaniami

200g ryżu arborio
litr bulionu
mała cebula - pokrojona w drobną kostkę
3 łyżki masła
5 borowików - w plasterki
2-3 młode kanie - pokrojone
70 g twardego sera dojrzewającego - startego na tarce

Ryż przepłukać w bulionie, odcedzić i smażyć 4-5 minut na 2 łyżkach masła. Dodać cebulę i przesmażyć około minuty. Bulion po płukaniu ryżu zamieszać, żeby rozprowadzić skrobię i wlać na patelnię prawie cały, zostawiając około pół szklanki do późniejszego kontrolowania konsystencji. Grzyby dodać po 15 minutach gotowania z bulionem. Gotować jeszcze 5 minut, w razie potrzeby dolewając płynu. Kiedy ryż będzie gotowy, półtwardy, energicznie wmieszać łyżkę masła i ser. Podawać od razu, darować sobie foodpornowe zdjęcia.

sobota, 20 maja 2017

zielone ryżotto

Jak już robić risotto, to ze wszyst­kimi szy­ka­nami: dobry domowy bulion, białe wino i doj­rze­wa­jący ser. Ale od pew­nego czasu kusiła mnie metoda Kenji, jako mniej pra­co­ch­łonna – bez dole­wa­nia płynu po cho­chli jest naprawdę spryt­niej. I kusiły majowe pokrzywy.




risotto z pokrzywą, miętą i sie­dzu­niem sosno­wym
(4 porcje)

garść suszo­nych kawał­ków sie­dzu­nia
6 łyżek masła
pół cebuli
300 ml bia­łego wina
200 g ryżu arbo­rio
600 ml gorą­cego bulionu
2 szklanki liści pokrzyw
4 gałązki mięty
5 łyżek star­tego par­me­zanu (Džiu­gas też nada się ide­al­nie)
pieprz

sól (jeżeli bulion nie był słony)

Grzyby zalać gorącą wodą i odsta­wić na co naj­mniej godzinę. Odsą­czyć, ale zacho­wać szklankę wody z nama­cza­nia.
Pokrzywę umyć, 5 minut goto­wać i zblen­do­wać razem z list­kami mięty i małym dodat­kiem wody z goto­wa­nia na jed­no­lity prze­cier.
Ryż prze­płu­kać w bulio­nie, odsą­czyć. Pow­stały mętny płyn oczy­wi­ście zacho­wać, domie­szać do niego szklankę wody z nama­cza­nia grzy­bów. Na sze­ro­kiej patelni roz­pu­ścić 3 łyżki masła, dodać odsą­czony ryż i sma­żyć 4 minuty. Cebulę bar­dzo drobno pokroić i dodać do ryżu, mie­sza­jąc pod­grze­wać jesz­cze minutę. Wlać wino, mie­szać, pocze­kać aż odpa­ruje, wtedy dodać grzyby i 700 ml przy­go­to­wa­nego płynu. Reszta przyda się do ewen­tu­al­nego roz­cień­cza­nia. Goto­wać przez około 20 minut, aż płyn się wch­ło­nie, a ryż pozo­sta­nie pół­twardy. Wyłą­czyć kuchenkę, dodać do 3 łyżki masła, starty ser i ener­gicz­nie wymie­szać drew­nianą łyżką. Jeżeli risotto wymaga roz­cień­cze­nia, wyko­rzy­stać pozo­stały płyn. Dodać zie­lony prze­cier, dopra­wić pie­przem i ewentualnie solą. Poda­wać z list­kami mięty, mło­dymi pędami świerka i kwia­tami kur­dy­banka.





czwartek, 9 marca 2017

pizza z chwastem

Zagnio­tłam cia­sto z kila mąki. Aku­rat kiedy wyro­sło, przy­je­chali nie­spo­dzie­wani goście i zapy­tali, czy dla nich też star­czy. No to zagnio­tłam dru­gie tyle. Star­czyło. Była też oszu­kana pizza kala­fio­rowa dla warzywno-owo­co­wych i wegan. I oczy­wi­ście były jadalne chwa­sty.




Natk­nę­li­ście się już na młode pokrzywy? Są od co naj­mniej dwóch tygo­dni. (Zja­dliwe cho­lery. Pies Pipek, dla któ­rego to będzie pierw­sza wio­sna, po któ­rymś pokrzy­wo­wym spa­ce­rze długo wyli­zy­wał łapy.) Rosną wszę­dzie, z roz­po­zna­niem nie ma pro­blemu, a gdy się pomy­śli, jak utrud­nią życie, kiedy znów będą na chłopa wyso­kie, aż się chce rwać. Źró­dło wita­min nie do pogar­dze­nia, a na zry­wa­nie jest pro­sty spo­sób, wystar­czą grub­sze ręka­wiczki – wcale nie jakieś robo­cze, zry­wa­łam w zwy­kłych z gęstej dzia­niny – i ostry nóż. Zbie­rać należy dużo na raz, bo w obróbce tracą obję­tość, jak każda zie­le­nina.




cia­sto na pizzę

1 kg mąki pszen­nej
łyżka soli

3 łyżeczki suszo­nych droż­dży
3 łyżki oleju lub oliwy
650 ml cie­płej wody
łyżka cukru

Mąkę z solą prze­siać do głę­bo­kiej miski w kształt kra­teru. Resztę skład­ni­ków wymie­szać i tak powstały roz­czyn odsta­wić na 10 minut. Wle­wać powoli do mąki, mie­sza­jąc widel­cem – cho­dzi o zgar­nia­nie do mokrego środka suchej mąki z brze­gów miski. Kiedy cia­sto prze­staje się lepić, rękami opró­szo­nymi mąką krótko je zagnieść, ufor­mo­wać w kulę i w tej samej misce odsta­wić na godzinę do wyra­sta­nia w cie­płe miej­sce pod przy­kry­ciem ze ście­reczki. Wyro­śnięte zagnieść, na bla­cie lub stol­nicy lekko posy­pa­nej mąką, wgnia­ta­jąc powie­trze i podzie­lić na por­cje jed­no­bla­chowe. Zwy­kle dzielę na 4 czę­ści, jedna taka ćwiartka pokrywa stan­dar­dową pro­sto­kątną bla­chę pie­kar­nika cienką war­stwą cia­sta. Kiedy chcę grub­sze okrą­głe placki, dzielę kulę na 8. Każdą część trzeba ufor­mo­wać w kulkę, w razie potrzeby pod­sy­pu­jąc mąką. Te do natych­mia­sto­wego zuży­cia (czyli do 20 minut) zosta­wić w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, resztę w zakrę­co­nych folio­wych worecz­kach wło­żyć do lodówki. Można też w takiej for­mie zamro­zić.





pizza z pokrzywą i wio­sen­nymi grzy­bami
(na pla­cek z 1/8 cia­sta)

3 łyżki gęstego prze­cieru pomi­do­ro­wego
ulu­bione zioła np. ore­gano i maje­ra­nek
2 gar­ście roz­drob­nio­nej moz­za­relli albo star­tego łagod­nego sera żół­tego
2 łyżki serka wiej­skiego
pół małej cebuli
pęczek pokrzywy
suszone pomi­dory
wio­senne grzyby (ide­alne byłyby smar­dze, u mnie pło­mien­nice i czarki)
kro­pla oleju do sma­ro­wa­nia bla­chy

Grzyby zanu­rzyć na minutę we wrzątku, pokrzywę ugo­to­wać do mięk­ko­ści (5–10 min) i posie­kać.
Cia­sto roz­wał­ko­wać na gru­bość około pół cen­ty­me­tra lub pal­cami roz­cią­gnąć na posma­ro­wa­nej ole­jem bla­sze. Posma­ro­wać prze­cie­rem i posy­pać zio­łami. Rozło­żyć ser, pla­sterki lub pół­pla­sterki cebuli, pokrzywę, pomi­dory i grzyby. Pie­kar­nik z ter­mo­obie­giem roz­grzać do 250 stopni. Piec około 10 minut.





O pło­mien­nicy zimo­wej, czyli zimówce (na zdję­ciu poni­żej) pisa­łam ostat­nio, wkrótce napi­szę też coś o czar­kach. O ile owoc­niki tych pierw­szych powoli czer­nieją i zamie­rają, sezon na czarki wła­ści­wie dopiero się zaczyna.


poniedziałek, 25 lipca 2016

dzika sałata

Kto widział kwit­nącą sałatę, ten pew­nie roz­po­zna pokre­wień­stwo z nie­któ­rymi chwa­stami. Naj­bar­dziej rzuca się w oczy, kiedy patrzy się na mlecz warzywny i sałatę kom­pa­sową. Oba gatunki na surowo są tro­chę gorz­kie i stra­szą mlecz­nym sokiem, a sałata dodat­kowo grze­bie­niem kol­ców przez śro­dek spodniej strony liści, ale kiedy pod­smaży się młode liście na dobrej oli­wie, wycho­dzi ide­alny doda­tek do świe­żej cia­batty albo bagietki. Listki świet­nie chłoną olej nabie­ra­jąc deli­kat­no­ści i nie­wiele wię­cej potrzeba do szczę­ścia.


dzikie rośliny jadalne, jadalne chwasty, dzika sałata przepis


dzika sałata na oli­wie

pęczek dzi­kiej sałaty: mle­cza warzyw­nego albo sałaty kom­pa­so­wej
oliwa z oli­wek z pierw­szego tło­cze­nia
kwiaty i listki macie­rzanki pia­sko­wej (lub tymia­nek), sól
pszenne pie­czywo

Liście oddzie­lić od łody­żek – twarde czę­ści odrzu­cić. Zie­le­ninę umyć i osu­szyć, a pędy lepiej posie­kać, bo bywają włók­ni­ste. Sma­żyć krótko na oli­wie nie roz­grze­wa­jąc zbyt­nio patelni. Na koniec posy­pać macie­rzanką i ewen­tu­al­nie poso­lić. Poda­wać ze świe­żym pie­czy­wem.


mlecz warzywny przepis, jadalne chwasty, jadalne kwiaty, sow thistle recipe


Macie­rzankę pia­skową (Thymus serpyllum) spo­tka­li­śmy z Potwo­rem brnąc rowe­rami piasz­czy­stą drogą w sosno­wym lesie. Bawi­li­śmy się w roz­po­zna­wa­nie roślin z sio­dła pod­czas jazdy, ale dla tego maleń­stwa zro­bi­li­śmy postój, żeby uzbie­rać tro­chę z prze­zna­cze­niem do kuchni.


dzikie zioła przepis, przyprawy z dzikich roślin, dziki tymianek, wild thyme


Mlecz warzywny (Sonchus oleraceus) jest dość daleko spokrewniony z mniszkiem lekarskim. Z wyglądu raczej drapaty, ale młode liście wyglądają nawet apetycznie. Tego poniżej postanowiły podgryźć miniarki.


sonchus oleraceus, dzikie rośliny jadalne, dzika sałata, common sowthistle, edible wilds


Sałata kom­pa­sowa (Lactuca serriola) nadaje się do jedze­nia, póki młoda. Star­sze liście odstra­szają wyschnię­tymi kol­cami, które na tym eta­pie są już twarde i znie­chę­cają słusz­nie, bo stare rośliny mogą być przy­czyną zatruć. Na zdję­ciu widać je jako jesz­cze mięk­kie nie­szko­dliwe igiełki.


lactuca serriola, prickly lettuce, dzikie chwasty przepis, edible wilds


Jesz­cze inną dziką sałatą jest cyko­ria podróż­nik, ale na nią są też inne spo­soby.


common chicory, cichorium intybus, dzika sałata

niedziela, 3 maja 2015

monachofagia

Padało, łazi­li­śmy we czte­rech po reszt­kach Pusz­czy San­do­mier­skiej i nawet nie było jak foto­gra­fo­wać. Były za to łany czo­snaczku (Alliaria petiolata), a nad sta­wami całe łąki mle­czy, czyli tak naprawdę mnisz­ków (Taraxacum officinale). Kwit­ną­cych i jadal­nych. Jestem mona­cho­fa­giem, mni­cho­żercą, zebra­łam sporo nie­roz­wi­nię­tych pącz­ków kwia­to­wych. Czo­sna­czek wzbu­dził wię­cej entu­zja­zmu, rwali nawet mło­dzi scep­tycy, a potem pod­gry­zali w dro­dze. Reszta poszła na kanapki.


czosnaczek pospolity przepis, alliaria petiolata, kanapki z czosnaczkiem, garlic mustard


spa­ghetti z pącz­kami mniszka

Pro­por­cje dla czte­rech głod­nych.

wer­sja dla nie­oswo­jo­nych

600 g spa­ghetti
1/2 litra pącz­ków mniszka
1 cebula
puszka pomi­do­rów albo pas­saty
2 ząbki czosnku
zioła np. bazy­lia, ore­gano, roz­ma­ryn, tymia­nek, czą­ber, maje­ra­nek

Maka­ron ugo­to­wać al. dente. Pączki obrać ze ster­czą­cych zie­lo­nych szy­pu­łek, pod­sma­żyć z cebulą na oli­wie doda­jąc zioła. Kiedy cebula się deli­kat­nie przy­ru­mieni, wlać puszkę pomi­do­rów i dusić kilka minut. Na końcu dodać wyci­śnięty lub posie­kany czo­snek.



mniszek lekarski, mlecz przepis, dandelion buds recipe, jadalne kwiaty, jadalne chwasty, dzikie rośliny jadalne, edible flowers


wer­sja mini­ma­li­styczna

600 g spa­ghetti
3/4 litra pącz­ków mniszka
5 łyżek oliwy
2 ząbki czosnku

Maka­ron ugo­to­wać al. dente. Obrane pączki prze­ma­żyć na oli­wie, a kiedy zmiękną, dodać drobno posie­kany czo­snek i zdjąć z ognia.





Potwór zjadł wszystko. Mło­dzi scep­tycy tro­chę wybrzy­dzali, że zie­lone bobki są zbyt gorz­kie. No dobra, bar­dzo wybrzy­dzali. Póź­niej byli trak­to­wani z więk­szą ostroż­no­ścią: dostali sałatkę ze sto­kro­tek i szcza­wiową zabie­laną bryn­dzą.

niedziela, 6 lipca 2014

stokrotne wdzięki

Upar­łam się, że pierw­szego dnia na Pola­nie zjemy z Potwo­rem na obiad coś lokal­nego. Zawę­zi­łam to kry­te­rium do gościn­nego podwó­rza, ale po wyj­ściu z Cha­łupy szybko zaczę­łam roz­wa­żać zmianę pla­nów. Nie lubię liści babki, a na kur­dy­ba­nek solo i w więk­szej ilo­ści wola­łam nie nara­żać nie­win­nego Potwora. Wyglą­dało, że naszym obia­do­wym daniem sta­nie się kom­pot z gar­ści nie­doj­rza­łych czar­nych i czer­wo­nych porze­czek-samo­sie­jek, kilku kulek agre­stu plus pra­wie dowol­nej ilo­ści zdzi­cza­łych papie­ró­wek. Ale nie. Były jesz­cze sto­krotki.




penne aglio, olio e bel­lis peren­nis

300 g maka­ronu penne
1/2 l kwia­tów (koszycz­ków) sto­krotki
2 ząbki czosnku
spora garść suszo­nych pomi­do­rów w płat­kach
oliwa
odro­binę pepe­ron­cino

Maka­ron ugo­to­wać al. dente. Pomi­dory zalać nie­wielką ilo­ścią wrzątku (z maka­ronu). Na oli­wie pod­sma­żyć sto­krotki, dodać prze­ci­śnięty przez pra­skę czo­snek i pepe­ron­cino, a po chwili odsą­czone pomi­dory. Mie­szać na tale­rzu.
(Por­cja dla dwóch.)



Następ­nego dnia roz­po­czę­łam sezon na kurki. I mimo, że wieść się po wsi roz­nio­sła, że już są, to aku­rat w oko­licy jest wię­cej lasu niż ludzi, więc runa star­czy dla wszyst­kich.

A na Suwalsz­czyź­nie cią­gle kwitną bzy. Tam jesz­cze trwa wio­sna.