piątek, 30 grudnia 2016

niemiecki przewodnik

„Zioła, jagody i grzyby” dosta­łam od Kaś. Jak sama stwier­dziła, kupu­jąc, spo­dzie­wała się cze­goś więk­szego. Fakt, książka jest nie­wielka, ma 175 stron for­matu A5, ale za to zaska­kuje.

Na okładce wydawca przed­sta­wia ją jako „prze­wod­nik tere­nowy dla sma­ko­szy”. To prze­kła­d z języka nie­miec­kiego, a auto­rzy, jak podaje wydaw­nic­two posia­da­jące prawa do ory­gi­nału, z wykształ­ce­nia są dok­to­rami bio­lo­gii. Tłu­ma­cze­nie, trzeba przy­znać, jest dość zgrabne, ale blurba pisał chyba kto inny. Spe­cy­ficz­nie nie­miec­kich moty­wów nie ma zbyt wiele. Szwaj­car­scy paste­rze, pastor Kne­ipp (musia­łam go zgó­glać, XIX-wieczny bawar­ski hydro­te­ra­peuta), ostrze­że­nie o nie­miec­kich pomni­kach przy­rody. Ger­ma­nie akcen­tują jak zwy­kle ochronę gatun­kową, ale zain­te­re­so­wani i tak muszą śle­dzić na bie­żąco wszel­kie zmiany. Dla przy­kładu bra­kuje infor­ma­cji o ochro­nie czosnku niedź­wie­dziego albo rukwi wod­nej, a pier­wio­snek lekar­ski i szma­ciak gałę­zi­sty już prze­stały być nią objęte. Cie­ka­wostką jest to, że Niemcy nie wspo­mi­nają o barsz­czu z barsz­czu.


przewodnik, dziko rosnące zioła, owoce jagodowe, leśne grzyby, eva maria dreyer, wolfgang dreyer, dreyerowie


Wstęp obej­muje wpro­wa­dze­nie do bota­niki, z koniecz­no­ści mocno uprosz­czone. Jeden podroz­dział doty­czy zna­cze­nia wtór­nych związ­ków roślin­nych i cho­ciaż w sumie nie­wiele z tego wynika, jest cał­kiem cie­kawy. Zagad­nie­nie zanie­czysz­cze­nia zostało ledwo wspo­mniane i tu po bio­lo­gach ocze­ki­wa­ła­bym wię­cej – kon­krety!

Zaska­ku­jący jest podział gatun­ków. Obej­muje rośliny i grzyby typowe dla czte­rech pór roku, ale brak wśród nich zimy. Marzec i kwie­cień opi­sane są jako wio­sna, maj i czer­wiec to wcze­sne lato, lipiec i sier­pień repre­zen­tują peł­nię lata, a wrze­sień i paździer­nik – jesień. Wynika z tego, że pomi­nięta zima to aż 4 mie­siące, cho­ciaż na pocie­sze­nie w opi­sach nie­któ­rych roślin są wska­zówki doty­czące zimo­wych zbio­rów. Ale to nie koniec tego kon­ceptu. Dalej rośliny zielne posor­to­wane są po kolo­rze kwit­nie­nia, kolejno: biały, żółty, czer­wony, nie­bie­ski, zie­lony, a następ­nie opi­sane drzewa i krzewy oraz grzyby. Wew­nątrz każ­dego koloru obo­wią­zuje kolejny porzą­dek, według liczby płat­ków i syme­trii. Na końcu książki znaj­duje się sko­ro­widz, więc da się zna­leźć potrzebne infor­ma­cje, ale szu­ka­nie bez niego spra­wia tro­chę trud­no­ści. Wybór 101 gatun­ków mocno ogra­ni­czył moż­li­wość uży­wa­nia tej książki jako klu­cza do ozna­cza­nia roślin w tere­nie, więc i ten sys­tem nie ma więk­szego zna­cze­nia.

Opisy roślin i grzy­bów są skon­stru­owane według sche­matu: nazwa (ofi­cjalna, regio­nalne, łaciń­ska, rodziny) – opis – okres kwit­nie­nia – śro­do­wi­sko – moż­li­wość pomyłki – zbiór – zasto­so­wa­nie kuli­narne – uwagi. Solid­nie i kon­kret­nie, na jed­nej lub dwóch stro­nach ze zdję­ciami. Wiem, że vox populi żąda barw­nych foto­gra­fii w lek­sy­ko­nach, ale tu dobrze widać, że są nie­do­sko­nałe. Przed­sta­wiają widok z daleka lub za bli­ska, nie uka­zują wszyst­kich klu­czo­wych cech, są nie­rów­no­mier­nie oświe­tlone. To nie tyle przy­tyk do tej kon­kret­nie publi­ka­cji, co raczej wes­tchnie­nie za dobrze opra­co­wa­nymi plan­szami z ilu­stra­cjami we współ­cze­snych książ­kach. Prze­wod­niki Col­linsa można sta­wiać za wzór. Ale jest coś, co fak­tycz­nie można było popra­wić – zdję­cia potraw. Te minia­tury to nie tylko nie jest food porn, ale cza­sem nie widać, co znaj­duje się na tale­rzu. Wła­ści­wie trudno usta­lić, kto za tym stoi, bo spis foto­gra­fów w dziwny spo­sób nie zga­dza się ze stro­nami, ale podej­rze­wam auto­rów.




Prze­pi­sów jest ze 120, więk­szość bez foto­gra­fii. Część znaj­duje się przy opi­sie wyko­rzy­sta­nej rośliny, a wyma­ga­jące uży­cia więk­szej liczby gatun­ków – pod koniec pory roku. Więk­szość dań jest wege­ta­riań­skich, ale są też mię­sne, wszyst­kie prze­zna­czone raczej do goto­wa­nia w domu: zupy, dania główne, przy­stawki, desery, napoje i aro­ma­ty­zo­wane alko­hole, czyli cał­kiem róż­no­rod­nie i raczej tra­dy­cyj­nie. Cał­kiem dobrze opra­co­wane (tylko do stru­dla bym się przy­cze­piła), wszyst­kie zakła­dają przy­go­to­wa­nie 4 por­cji. Ale uwaga – wydaje się, że cokol­wiek zapie­czone w for­mie do sufle­tów zostało nazwane sufle­tem. Wystę­pu­jącą często w prze­pi­sach gazę młyń­ską, nie­mal nie­moż­liwą do zdo­by­cia deta­licz­nie, można zastą­pić zło­żoną gazą opa­trun­kową.

Sporo maru­dze­nia, czy mi się wydaje? Książka jest naprawdę dobra! No to krótko o plu­sach:
* opisane rośliny i grzyby wystę­pu­ją w Pol­sce,
* for­mat zachęca do wzię­cia na spa­cer przy ład­nej pogo­dzie,
* opisy cech cha­rak­te­ry­stycz­nych roślin uzu­peł­niają foto­gra­fie,
* nie­źle opi­sane moż­li­wo­ści pomyłki przy ozna­cza­niu gatun­ków,
* cał­kiem przy­datne uwagi,
* wśród 21 grzy­bów są obok pospo­li­cie zna­nych też te rzadziej roz­po­zna­wane,
* oprócz prze­pi­sów książka zawiera wska­zówki ogólne na temat wyko­rzy­sta­nia w kuchni,
* brak błę­dów (do dobra, zna­la­złam jeden w nazwie związku che­micz­nego, nie­groźny),
* przy­znaję, że się paru rze­czy nauczy­łam i na pewno do niej wrócę.

Praw­do­po­dob­nie do zalet miała się zali­czać też linijka z tyłu okładki (17 cm), mnie tylko roz­śmie­szyła, poza tym jej prak­tycz­ność ogra­ni­cza odwró­ce­nie podziałki od kra­wę­dzi. Uśmiech wywo­łało też kilka sfor­mu­ło­wań np. „burzowe jesienne wie­czory”, „korzenny” smak czosnku i „owo­cowy zapach” pod­grzybka bru­nat­nego oraz zda­nie „mary­no­wane w occie [podgrzybki zajączki] pra­wie dorów­nują mary­na­tom owo­co­wym”. Co kto lubi.

Dla kogo? Śred­nio- i mało­za­awan­so­wa­nych zbie­ra­czy.
W kate­go­rii DZIKIE GOTOWANIE W DOMU –> 7/10.


Dreyer Eva Maria, Dreyer Wol­fgang (2009). Zioła, jagody i grzyby. Roz­po­zna­nie, zbiór i zasto­so­wa­nie. Ofi­cyna Wydaw­ni­cza Delta W-Z. War­szawa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz