Z foodsharingiem najpierw zetknęłam się na zagranicznych kempingach. Często we wspólnej kuchni było miejsce, gdzie można było zostawić ewentualny nadmiar jedzenia i oczywiście poczęstować się czymś. Właśnie tak po raz pierwszy spróbowałam komosy ryżowej, a właściwie
białej kaszy zapakowanej w woreczek strunowy bez żadnego podpisu. Turystyczny kontekst sprawiał, że pomysł obejmował też butle gazowe, a jednym z najczęściej pozostawianych artykułów były ledwo napoczęte paczki soli i cukru. Czasami do dzielenia się jedzeniem służył duży regał podzielony na kategorie, innym razem niewielki koszyk. Traktowałam to zwykle jako możliwość skorzystania z większego bogactwa przypraw, niż zabrane ze sobą, ale pamiętam też jedno pole namiotowe, gdzie można byłoby się obyć w ogóle bez kupowania prowiantu. Wszystko po to, żeby nie taszczyć w plecaku czy sakwach rzeczy zbędnych, nie martwić się o nadbagaż na lotnisku, nie marnować jedzenia tylko dlatego, że trudno zjeść samemu paczkę makaronu na raz, opakowanie sosu okazało się niepraktyczne w podróży albo po tygodniu jedzenia pesto nie można już na nie patrzeć.
Jadłodzielnia, sprytne nowe słowo, oznacza właśnie taki punkt wymiany. W przestrzeni miasta to bardzo praktyczna sprawa i chociaż sytuacje są trochę różne od turystycznych, motywacja jest dokładnie ta sama - niemarnowanie jedzenia. W Polsce działa kilkadziesiąt takich miejsc, w samej Warszawie jedenaście. A jeżeli są wśród Was mieszkańcy stolicy, może zainteresuje ich wiadomość, że Jadłodzielnia na Twardej organizuje we wtorek 30 października spacer poświęcony dzikim roślinom jadalnym. Spotkanie jest bezpłatne, choć obowiązują zapisy, a wszystkie informacje dostępne są tutaj (KLIK). Prowadzić będą Kamila i Lena z Alter Eko. A tak spacerowało się z nimi w piątek. Dzięki, dziewczyny, za herbatkę i rozmowę!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 października 2018
poniedziałek, 9 lipca 2018
wspólny stół
Będzie krótko, ale w ważnej sprawie. Co roku 20 czerwca przypada oenzetowski Dzień Uchodźcy i w związku z tym przez całą końcówkę zeszłego miesiąca odbywały się spotkania, warsztaty i rożne wydarzenia towarzyszące. Wybrałam się z mojej wsi na warszawski Służew, żeby wziąć udział w jednym z nich.
Wiem, wchodzicie na bloga o jedzeniu, powinien być przepis. Przywiozłam w sumie trzy receptury, ale na kiedy indziej. Dziś będą zdjęcia. A na nich Khava i Kheda, z którymi lepiłam czeczeńskie manty i uczyłam się robić makaron, Gagik nad garem gruzińskiego adżapsandali, no i chleb. Mogliśmy pogadać przy wspólnym stole dzięki Fundacji Ocalenie.
Idę. I myślę, że najlepszy sposób myślenia o przybyszach zaczyna się od poznania ich imion.
Wiem, wchodzicie na bloga o jedzeniu, powinien być przepis. Przywiozłam w sumie trzy receptury, ale na kiedy indziej. Dziś będą zdjęcia. A na nich Khava i Kheda, z którymi lepiłam czeczeńskie manty i uczyłam się robić makaron, Gagik nad garem gruzińskiego adżapsandali, no i chleb. Mogliśmy pogadać przy wspólnym stole dzięki Fundacji Ocalenie.
Idę. I myślę, że najlepszy sposób myślenia o przybyszach zaczyna się od poznania ich imion.
czwartek, 9 czerwca 2016
chwasty na warsztat
Z niektórymi ludźmi aż chciałoby się usiąść i pogadać… o jedzeniu. A że apetyt rośnie w miarę gadania, to i
coś przegryźć. To dlatego wyprawiłam się na Pragę, gdzie zapowiedziała się Gosia Kalemba-Drożdż z Pinkcake.
Inspirujących rozmów i dobrego – dzikiego – jedzenia nigdy dość. A dziś konkretnie nie dość dżemów kwiatowych i świerkowego, herbaty z liści mirabelki, lemoniady bzowej, marynowanych pączków lipy i pesto z chwastów. Chrobotek reniferowy też niczego sobie. A później zaglądanie dyni pod spódnicę i spacer po Skaryszaku. Dzięki!
pesto z chwastów
kilka garści liści: podagrycznika, pokrzywy, babki lancetowatej, szczawiu, krwawnika
ok. 50 g orzechów włoskich
2 ząbki czosnku czosnku
oliwa z oliwek
Składniki zblendować lub utrzeć na gładki sos, dolewając oliwy. Podawać na chlebie albo z makaronem.
Inspirujących rozmów i dobrego – dzikiego – jedzenia nigdy dość. A dziś konkretnie nie dość dżemów kwiatowych i świerkowego, herbaty z liści mirabelki, lemoniady bzowej, marynowanych pączków lipy i pesto z chwastów. Chrobotek reniferowy też niczego sobie. A później zaglądanie dyni pod spódnicę i spacer po Skaryszaku. Dzięki!
pesto z chwastów
kilka garści liści: podagrycznika, pokrzywy, babki lancetowatej, szczawiu, krwawnika
ok. 50 g orzechów włoskich
2 ząbki czosnku czosnku
oliwa z oliwek
Składniki zblendować lub utrzeć na gładki sos, dolewając oliwy. Podawać na chlebie albo z makaronem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






