Nie czas żałować drzew owocowych, gdy płoną lasy. Nikt nie miał czasu zająć się dereniem. Nie obraził się o brak podlewania, tylko dojrzałe owoce opadły już dawno temu i tak zostały. Czyli tegorocznej dereniówki nie będzie, na szczęście dziś namierzyłam resztkę nalewki 2013. I zebrałam resztkę owoców. Na co by je? Dżem, kompot, galaretka, susz, szybki wypiek na słono lub słodko… albo najdziwniejszy z pomysłów – owoce marynowane na sposób irański. Od kiedy przeczytałam gdzieś o marynowaniu derenia z miętą w łagodnym occie, nie dawało mi to spokoju. Chciałam nawet próbować z winogronami, ale co dereń to dereń.
Derenia jadalnego (Cornus mas) najłatwiej znaleźć
w parkach i ogrodach. To nieduże drzewo o charakterystycznie
pasiastych liściach – ten wzór tworzą znacznie zagłębione nerwy.
Liście mają eliptyczny kształt i rosną naprzeciwlegle, czyli w parach
symetrycznie po obu stronach gałęzi. Owoce zwykle mają kształt
oliwki i wiśniowy kolor (niedojrzałe zielony), ale są też odmiany
żółte.
marynowane owoce derenia po irańsku
owoce o podobnej wielkości
ocet jabłkowy
liście mięty
sól
Derenia dokładnie umyć, twardsze owoce ponakłuwać szpilką lub wykałaczką, żeby szybciej zmiękły w słoiku. Miętę wypłukać, oberwać listki. Do wyparzonych słoików kłaść najpierw zieleninę, potem owoce, zostawiając od góry trochę miejsca. Zalewać zimną marynatą o proporcji pół łyżeczki soli na szklankę octu i szczelnie zakręcać. Skoro nie pasteryzujemy, możemy próbować co kilka dni, żeby wyłapać moment, kiedy są najsmaczniejsze. Proponuję tydzień do dwóch.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marynaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marynaty. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
sobota, 11 czerwca 2016
pikulki
Pozazdrościłam tych marynowanych pączków lipy. Niby surowe są
najsmaczniejsze do pochrupania, ale jako pikle świetnie pasują do
kanapek.
Moja upatrzona lipa ma duże pąki, za to zebrane tylko po trzy lub cztery w kwiatostanie. Sięgam tylko do trzech gałęzi, ale najbardziej ocieniona – od północy – wcale nie ma kwiatów. Tyle, co udało mi się na raz zebrać z rękami w górze, akurat starczyło na świeżą przegryzkę i słoik pikli.
Było kogo częstować surowizną i zdania co do smaku okazały się podzielone. (A najpierw trzeba było podpowiedzieć, że je się to mniej więcej jak porzeczki.) Że kwiatowe, orzechowe, trawiaste. Jak dla mnie lipowe, czyli delikatnie zielone i pyszne. Podobne do liści lipy, ale kulki się fajniej chrupie.
marynowane pączki kwiatowe lipy
lipowe pączki razem z ogonkami, ale bez skrzydełek (tzw. podsadek)
proporcje na marynatę: szklanka octu jabłkowego, łyżka soli, 3 łyżki cukru
Ocet zagotować z solą i cukrem. Pączki umyć, zblanszować i odcedzić, a potem ciasno umieścić w słoiku. Zalewać gorącym octem, od razu zakręcać.
Zrezygnowałam z przypraw, nie pasowały mi do tego smaku, z resztą w oryginale też ich nie było. Chociaż rozważałam dodanie kilku ziaren pieprzu i użycie miodu w zastępstwie cukru, ale lipowy akurat się skończył, a iglastego spadziowego było mi szkoda. Przy zalewaniu pączki trochę zmniejszają objętość. W marynacie prawie od razu tracą jasnozielony kolor i robią się jednolicie żółte. Pewnie pomogłoby na to hartowanie. Nadają się do jedzenia nawet już po 2 dniach. A przy wyjmowaniu czepiają się w zabawne grona.
Moja upatrzona lipa ma duże pąki, za to zebrane tylko po trzy lub cztery w kwiatostanie. Sięgam tylko do trzech gałęzi, ale najbardziej ocieniona – od północy – wcale nie ma kwiatów. Tyle, co udało mi się na raz zebrać z rękami w górze, akurat starczyło na świeżą przegryzkę i słoik pikli.
Było kogo częstować surowizną i zdania co do smaku okazały się podzielone. (A najpierw trzeba było podpowiedzieć, że je się to mniej więcej jak porzeczki.) Że kwiatowe, orzechowe, trawiaste. Jak dla mnie lipowe, czyli delikatnie zielone i pyszne. Podobne do liści lipy, ale kulki się fajniej chrupie.
marynowane pączki kwiatowe lipy
lipowe pączki razem z ogonkami, ale bez skrzydełek (tzw. podsadek)
proporcje na marynatę: szklanka octu jabłkowego, łyżka soli, 3 łyżki cukru
Ocet zagotować z solą i cukrem. Pączki umyć, zblanszować i odcedzić, a potem ciasno umieścić w słoiku. Zalewać gorącym octem, od razu zakręcać.
Zrezygnowałam z przypraw, nie pasowały mi do tego smaku, z resztą w oryginale też ich nie było. Chociaż rozważałam dodanie kilku ziaren pieprzu i użycie miodu w zastępstwie cukru, ale lipowy akurat się skończył, a iglastego spadziowego było mi szkoda. Przy zalewaniu pączki trochę zmniejszają objętość. W marynacie prawie od razu tracą jasnozielony kolor i robią się jednolicie żółte. Pewnie pomogłoby na to hartowanie. Nadają się do jedzenia nawet już po 2 dniach. A przy wyjmowaniu czepiają się w zabawne grona.
Etykiety:
drzewa,
dzikie rośliny jadalne,
jadalne kwiaty,
lipa,
marynaty,
przetwory,
rośliny dziko rosnące,
w Mieście,
wegańskie,
wegetariańskie
wtorek, 7 lipca 2015
piklowce
Kwiaty kojarzą się powszechnie z eteryczną słodyczą, choć bliżej im zwykle do sałaty. A liliowiec (Hemerocallis) to zdecydowanie sałata z pazurem – jest co ugryźć i całkiem to-to pikantne. Chlup go do marynaty! Przy okazji w ocet trafiły też kwiaty funkii (Hosta), żeby wykorzystać pewną inspirację.
Jakiś taki za bardzo fuzu-bio-eko-muzu ocet jabłkowy na półce mi został, straszliwie mętny, w dodatku o wystudzeniu go pomyślałam dopiero po zalaniu kwiatów. Bałam się, że zgorzknieją, ale się tylko trochę zeszkliły, za to zassane zakrętki są niewątpliwym plusem. Po kilku dniach słoik z liliowcami nabrał czerwoniastego koloru, ale same kwiaty zbladły.
Jako że marynata była korzenna, dominuje pikantny smak duetu goździk-ziele angielskie. Poza tym piklowce wyglądają intrygująco i są sympatycznie chrupiące.
marynowane pąki liliowca i funkii
nierozwinięte kwiaty
ocet jabłkowy
sól, cukier, ziarnisty pieprz, ziele angielskie, goździki
Do wyparzonych słoików włożyć po dwa goździki, ziarna pieprzu i ziela angielskiego. Ciasno upakować kwiaty. Jeszcze ciaśniej. I jeszcze trochę ścieśnić. Ocet zagotować z solą i cukrem w proporcji: łyżeczka soli i pół łyżeczki cukru na każdą szklankę octu. Wystudzić marynatę (albo i nie). Zalać słoiki, szczelnie zakręcić i odstawić do lodówki na około 2 tygodnie.
A po tych 2 tygodniach trzeba je szybko zużyć, bo dłużej przechowywane tracą chrupkość i konsystencja robi się nijaka.
Jakiś taki za bardzo fuzu-bio-eko-muzu ocet jabłkowy na półce mi został, straszliwie mętny, w dodatku o wystudzeniu go pomyślałam dopiero po zalaniu kwiatów. Bałam się, że zgorzknieją, ale się tylko trochę zeszkliły, za to zassane zakrętki są niewątpliwym plusem. Po kilku dniach słoik z liliowcami nabrał czerwoniastego koloru, ale same kwiaty zbladły.
Jako że marynata była korzenna, dominuje pikantny smak duetu goździk-ziele angielskie. Poza tym piklowce wyglądają intrygująco i są sympatycznie chrupiące.
marynowane pąki liliowca i funkii
nierozwinięte kwiaty
ocet jabłkowy
sól, cukier, ziarnisty pieprz, ziele angielskie, goździki
Do wyparzonych słoików włożyć po dwa goździki, ziarna pieprzu i ziela angielskiego. Ciasno upakować kwiaty. Jeszcze ciaśniej. I jeszcze trochę ścieśnić. Ocet zagotować z solą i cukrem w proporcji: łyżeczka soli i pół łyżeczki cukru na każdą szklankę octu. Wystudzić marynatę (albo i nie). Zalać słoiki, szczelnie zakręcić i odstawić do lodówki na około 2 tygodnie.
A po tych 2 tygodniach trzeba je szybko zużyć, bo dłużej przechowywane tracą chrupkość i konsystencja robi się nijaka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)