Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przegryzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przegryzki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2019

padronat

Mama wyjeżdża pojutrze na Półwysep Iberyjski. A ja poszłam na zakupy głodna, co musi się skończyć nieplanowanymi składnikami i najpierw nie skojarzyłam nic a nic. Przyniosłam padrony, te papryczki do smażenia, no co?




pimientos de Padron ze świerkiem


250 g papryczek z Padron
łycha oliwy z oliwek
ząbek czosnku
sól świerkowa

Papryczki umyć, osuszyć i nie pozbawiać ogonków. Obrany czosnek drobno pokroić. Na patelni zagrzać oliwę i lekko podsmażyć czosnek, następnie dodać papryczki. Smażyć mieszając aż zmiękną i pojawią się na ich powierzchni jasne lub ciemne bąble - jak kto lubi - kilka minut. Wyjąć na talerz i posypać solidną szczyptą świerkowej soli.

Tradycyjnie po hiszpańsku padrony je się w całości, ręką trzymając za niejadalny ogonek. Taka ilość starczy na dwie porcje przegryzkowo-przystawkowe. Dla mnie dziś okazały się idealnym letnim obiadem - szybkie w przygotowaniu, lekkie i słone.

wtorek, 20 listopada 2018

like a Svan

Paweł i Cristina przywieźli nam sól swańską prosto z Kaukazu. Jest jak słony pieprz ziołowy, bo to sól kamienna z geograficznie oraz sezonowo zmiennym składem przypraw i dzikich ziół. Ta smakuje inaczej niż kupiona przeze mnie jakiś czas temu i właśnie tak powinno być. Ma wytrawny, głęboki smak kojarzący się z nasionami selerowatych, kolendry i czosnkiem, a tym razem nie wyczuwam papryki.

Pomysł, żeby doprawić nią owoce, zawdzięczam Obliczom Gruzji, zaledwie krótkiej wzmiance na portalu społecznościowym, chyba z okazji zeszłorocznych zbiorów hurmy, czyli kaki, czyli persymony. Gruzini wiedzą, co robią, bo połączenie jest naprawdę pyszne. Wystarczy jeden dojrzały owoc i szczypta swańskiej soli.


czwartek, 12 lipca 2018

łem

Czasem plany się jakoś tak rozłażą, przygotowania ciąągną, nawet te kulinarne, a czas galopuje. Chce się rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Tylko nie można i w dodatku zaczyna padać deszcz. Na pocieszenie zostaje prostota kuchni łemkowskiej.




Homiłki, czyli podsuszane kuleczki z twarogu i mięty, współcześnie podawane są z sosem śmietanowym lub w sałatce, a tradycyjnie marynuje się je w oleju. Łemkowie używali lnianego, konopnego i bukowego. O bukowym możemy pomarzyć, ale proszę, nie zalewajcie kulek oliwą z prowansalskimi ziołami. Do takich zestawień lepszy będzie inny miętowy ser, halloumi.




homiłki


1 kg pełnotłustego twarogu
2 łyżki suszonej mięty
świeży olej lniany lub konopny
sól

Twaróg ugnieść z miętą na jednolitą masę np. tłuczkiem do ziemniaków. Formować w dłoniach kulki o wielkości 2-3 centymetrów. Jeśli ser zbytnio klei się do rąk, można do masy dodać łyżkę masła. Homiłki rozkładać na blasze w niewielkich odstępach i suszyć w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach w temperaturze 75 stopni przez około godzinę. Zostawić na kilka godzin w temperaturze pokojowej do wystygnięcia i dalszego obsychania. Podawać skropione olejem lub przełożyć do słoika, lekko posolić i zalać olejem tak, by nie wystawały. Przechowywać w lodówce, zużyć w ciągu miesiąca.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

czerwcowa piekarnia

Zawsze podobała mi się inicjatywa Amber, wspólne internetowe pieczenie. Tym razem nic nie stanęło na przeszkodzie, żebym mogła w nim wziąć udział, a wybrany do Czerwcowej Piekarni przepis przywoływał same przyjemne wspomnienia. Czeskie drożdżowe pieczywo i ser blaťák na śniadanie...




Rohlík oczywiście kojarzy się z rogalikiem, ale wcale nie musi być formowany w półksiężyc, zwykle ma formę grubego palucha, za to koniecznie trzeba go zwijać z trójkąta. To delikatne pieczywo na mleku, często posypywane nasionami maku lub kminku. Moje są z wiesiołkiem dwuletnim.
Z części ciasta zrobiłam małe rogaliki do pochrupania jak paluszki, dużo cieniej rozwałkowane i mniej więcej trzy razy lżejsze od rogali. Kibice i miłośnicy chlebowej skórki - to coś dla was.




rohlíky se semínky pupalky

(czeskie rogale z nasionami wiesiołka)


przepis źródłowy: zaproszenie Amber
składniki na 16 rogali lub około 48 chrupiących rogalików:

500 g mąki pszennej typ 550 lub orkiszowej
300 ml mleka
25 g masła
10 g soli
6 g suszonych drożdży
1 żółtko jaja

1 jajko
nasiona wiesiołka do posypania

Zagnieść mąkę, mleko, masło, sól, drożdże i żółtko jaja, wyrabiać przez około 15 minut, aż ciasto będzie gładkie. Umieścić je w lodówce na około 14 godzin.
Po wyjęciu z lodówki zostawić ciasto w temperaturze pokojowej przez 1,5 godziny i podzielić na cztery równe części. Pozostawić je na kolejne 20 minut. Rozwałkować kawałki niezbyt cienko na prostokąty, przekroić każdy na cztery trójkąty i zwinąć rogale. Dać rogalom rosnąć przez 45 minut.
Ubić jajko i posmarować nim rogale, posypać nasionami. Piec w temperaturze 200° C przez 20 minut.





poniedziałek, 19 marca 2018

cokolwiek bądź

Na co jest teraz sezon? Tak naprawdę na resztki zapa­sów, koń­cówki gro­ma­dzo­nych za zimę suszy i prze­two­rów, cokol­wiek-za-długo-zaj­mu­jące-miej­sce-w-szaf­kach. Przy­po­mi­nają o tym ostat­nie mrozy i pokrywa śnieżna. U mnie na brą­zowe i zie­lo­nia­ste nasionka.
Robimy miej­sce na nowe!




kra­kersy lniano-pokrzy­wowe


1 szklanka sie­mie­nia lnia­nego
0,5 szklanki wody
2 łyżki nasion pokrzywy
spora szczypta soli

Nasiona pokrzywy zalać gorącą wodą i odsta­wić do napęcz­nie­nia. W tym cza­sie roz­drob­nić sie­mię za pomocą młynka lub blen­dera. Nie musi to być kon­sy­sten­cja mąki, ale dobrze, jakby całe ziarna były w mniej­szo­ści. Poso­lić, dodać pokrzywę razem z wodą i dokład­nie wymie­szać.
Nagrzać pie­kar­nik do 180 stopni. Wyło­żyć masę na bla­chę pokrytą sili­ko­nową matą lub papie­rem do pie­cze­nia i równo roz­pro­wa­dzić sta­ra­jąc się doci­skać. Ide­alna byłaby gru­bość około 3 mm. Na brze­gach, które zawsze wycho­dzą luź­niej­sze, może być tro­chę gru­biej, żeby nie pękały, bo one i tak pieką się naj­szyb­ciej. Naciąć powierzch­nię w kształt kra­ker­sów: na pro­sto­kąty, romby czy tam trój­kąty. Piec 20 minut, w razie potrzeby tro­chę prze­dłu­żyć. Stu­dzić w cie­płym pie­kar­niku uchy­la­jąc drzwiczki, potem łamać wzdłuż nacięć.

poniedziałek, 9 października 2017

porcini!

Jesteśmy otoczeni bogactwem. Grzyby podchodzą już pod bramę, w dodatku nawet wstępnie oczyszczone. Żeby się nie dać klęsce urodzaju, oprócz żmudnego przerabiania, pilnuję, żeby był czas na przyjemności. Choćby świeże borowiki szlachetne (Boletus edulis) na surowo. Na tą potrawę starczy nawet jeden malutki porcino.




świerkowe carpaccio z borowików

nieduży borowik szlachetny
dziewicza oliwa
sól świerkowa

Borowiki pociąć na plasterki grubości papieru - niezastąpiona będzie mandolina. Rozłożyć na talerzu i pokropić oliwą. Posypać aromatyzowaną solą w ostatniej chwili, żeby nie zdążyła rozpuścić się na grzybach. Pasuje świeża ciabatta.



środa, 4 października 2017

po-krzywe ciastka

Może się to wydać zaskakujące, ale owoce pokrzywy są orzechami, jak nasiona bardzo wielu innych roślin. Są jadalne, bardzo odżywcze, tylko małe. Dlatego przy okazji choćby buszowania pod leszczyną, warto ich trochę zebrać i ususzyć. Tak, razem z tym zielonym (okwiatem), kto by to przesiewał.





kruche ciastka z nasionami pokrzywy

Jeżeli masz swój ulubiony przepis na kruche ciasto, to pomiń moje składniki, proporcje i przygotowanie. Możesz trochę zmniejszyć ilość cukru, np. o 1/4.

350 g mąki krupczatki
180 g zimnego masła
120 g cukru pudru
1 jajko + 1 żółtko
szczypta soli

nasiona pokrzywy na posypkę

Mąkę przesiać, dodać resztę składników i posiekać wszystko nożem, a potem szybko zagnieść kulę. (Oczywiście można też przygotować ciasto w malakserze.) Wstawić do lodówki na co najmniej godzinę. Rozwałkować i wycinać dowolne kształty. Nasiona pokrzywy wysypać cienką warstwą na talerzyk i zanurzać w nich z jednej strony każde ciastko, lekko dociskając. Układać na papierze do pieczenia, nasionami do góry, pamiętając o odstępach. Wstawiać do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika i piec aż się zezłocą - u mnie wyszło około 10 minut.




PS.
Ciekawostka, jedyna pokrzywa na Islandii (jaką widziałam). Tak, jest podpisana po łacinie Urtica dioica, bo znajduje się w ogrodzie botanicznym w Akureyri.

wtorek, 29 sierpnia 2017

islandzkie krakersy Black Lava

Islandczycy wydają się mieć słabość do czarnego jedzenia. Obowiązkowo nazywają je jakoś lawopodobnie i nie wiem, ile z tego jest obliczone na dobrą zabawę, a ile na turystów, ten potężny żywioł opływający Wyspę. Pewnie z resztą łączą te dwie sprawy, skoro w sklepach oprócz drażetek czekoladowych podpisanych jako lawowe kamyki, leżą też inne koloru khaki nazwane... końskie bobki.




Svartkex, czyli czarne ciastka kusiły mnie od samego powrotu. Trochę zajęło mi wymyślenie proporcji i technologii pozwalającej bezproblemowo w każdej kuchni odtworzyć czarne maślane krakersy dokładnie-jak-z-Islandii. Udało się świetnie, ale przyznam się do pewnego odstępstwa od oryginału. Skoro i tak żadnym sposobem nie mogły być wegańskie z powodu islandzkiej maślanej dumy, postanowiłam dodać jajko, żeby uniknąć ewentualnych problemów z konsystencją. Sprawdziłam też wersję zastępującą kwaśny węglan amonu (ten "amoniak" z ciastek amoniaczków) łatwiej dostępnymi spulchniaczami - proszkiem do pieczenia i sodą. Natchnęło mnie do tego nieudane poszukiwanie amoniaku spożywczego w Miasteczku. Pół łyżeczki amoniaku w przepisie może być zastąpione mieszanką pół łyżeczki sody i pół łyżeczki proszku, dodaną bezpośrednio do suchych składników ciasta. Jeśli zdecydujecie się na takie zamienniki, sprawdźcie później koniecznie, dlaczego Nordycy tak lubią węglan w wypiekach. Wietrzenie kuchni podczas pieczenia jest konieczne, ale uzyskana chrupkość ciastek może być tego warta.




Zaopatrzenie w odpowiedni spulchniacz pewnie będzie niejedynym wyzwaniem, bo do zebrania składników trzeba odwiedzić też aptekę oraz dobrze zaopatrzony sklep zielarski i zachować wyjątkową czujność. Możliwe, że zamiast płucnicy islandzkiej zielarze zaproponują płucnik, czyli miodunkę plamistą, rodzime ziółko o podobnych właściwościach leczniczych, ale tu chodzi o aromat i autentyczność przepisu, więc miodunka odpada. Jeżeli zielarz nie będzie znał nazwy botanicznej, płucnica nic mu nie powie, więc należy dopytać jeszcze o islandzki porost i islandzki mech. Oczywiście na Islandii można zebrać porost samemu. W Polsce jest rzadki i chroniony.




svartkex og kol Islensk Hraefni
(krakersy z węglem Czarna Lawa)

90 g wrzącej wody na napar
pół łyżeczki płucnicy islandzkiej

260 g mąki pszennej
70 g drobnej kaszy jęczmiennej zmielonej w młynku do kawy
łyżeczka cukru trzcinowego
pół łyżeczki soli morskiej
3,2 g węgla aktywowanego - 16 kapsułek 200 mg

60 g masła
1 jajko
pół łyżeczki amoniaku spożywczego
łyżka wody

Zaparzyć płucnicę i zostawić na pół godziny do naciagnięcia.

Zmieloną kaszę przesiać przez sitko. Suche składniki (poza amoniakiem) wsypać do miski, dodać do nich węgiel wysypany z kapsułek i mieszać do uzyskania jednolitego koloru popiołu. Napar z płucnicy przecedzić, powąchać i wyobrazić sobie krajobraz, który tak pachnie. Masło podgrzać do stopienia, a amoniak rozpuścić w łyżce wody. Wymieszać napar, amoniak, masło i jajko, a następnie dodać do suchych składników. Ręcznie zagnieść jednolite ciasto. Powinno być plastyczne i nie brudzić mimo ciemnego koloru.

Rozgrzać piekarnik do 150 stopni. Ciasto podzielić na dwie części, każdą uformować w kulę i rozwałkować pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość nie większą niż 2 mm. Ważne żeby warstwa była równa. Papier z dołu będzie się marszczył, więc trzeba uważać na zagniecenia, które mogą sprawić, że ciasto będzie w tym miejscu pękać. Najłatwiej temu zapobiec, obracając placek podczas wałkowania, odklejając i prostując papier. Ślady pozostałe na powierzchni będą markować powierzchnię lawowego pola.

Zdjąć wierzchnią warstwę papieru i przełożyć rozwałkowane połówki (bez krojenia!) każdą na oddzielna blachę, razem z papierem na spodzie. Podpiec przez 10 minut, po czym wyjąć i pokroić radełkiem, nożem do pizzy albo zwykłym stołowym nożem na prostokąty. Nie trzeba rozdzielać. Można dla ozdoby ponakłuwać widelcem. Piec dalej około 20-25 minut nie zmieniając temperatury, aż będą zupełnie twarde. Wyłączyć piekarnik i zostawić z uchylonymi drzwiczkami na 5 minut, a potem zamknąć zostawiając krakersy w środku do zupełnego wystygnięcia. Przechowywane w szczelnym pojemniku wytrzymają kilka tygodni.




Jak to zjeść? Chrupać podczas slajdowiska z Islandii, tradycyjnie posmarować dżemem z jarzębiny albo z czerwonej porzeczki i posypać macierzanką lub pójść za kontynentalnym podszeptem intuicji, że będą świetne z każdym wyrazistym serem.




piątek, 12 maja 2017

liścia chrup!

Czo­sna­czek wybu­jał, że można go zry­wać na sto­jąco. Dora­sta do metra, więc co wyż­szym do pasa. To prze­ko­nuje nie­któ­rych do spró­bo­wa­nia w tere­nie, bo na takiej wyso­ko­ści od tro­pów zwie­rzyny w miarę bez­piecz­nie. Jeśli tra­fi­cie na opor­nych degu­sta­cyj­nie wyciecz­ko­wi­czów, zostają jesz­cze liście lipy.




A jeśli po powro­cie do domu zasta­nie­cie inną sałatkę, z zebra­nej zie­le­niny można zro­bić chrupki.
Trój­kąty – czo­sna­czek pospo­lity (Allia­ria petio­lata), ser­du­cha – lipa drob­no­listna (Tilia cor­data).




czipsy z liści lipy i czo­snaczka

Liście umyć i wysu­szyć, a potem sma­ro­wać cienką war­stwą oliwy z oli­wek i ukła­dać na bla­sze wyło­żo­nej papie­rem do pie­cze­nia. Wsta­wić do pie­kar­nika nagrza­nego do 150 stopni na górny poziom i około 3–4 minuty, aż będą chru­piące, ale cią­gle zie­lone. Poso­lić (lub nie).





Lipa jest moim fawo­ry­tem, to czy­sta chrup­kość. Czo­sna­czek nie ma tak zachwy­ca­ją­cej struk­tury, ale sma­kuje wyraź­niej, wytrawno-kapu­ścia­nie.

sobota, 1 kwietnia 2017

top(inambur) czips

Czasami jedzenie chwastów oznacza coś zdrowego i zielonego, a czasami urodziny ma wielki-miłośnik-czipsów-i-tym-podobnych. Wtedy wyciąga się z szafki wielką butlę oleju. Trudno, cel uświęca środki, a to chrupadło jest świetne. I najlepszego, Franuś!




chipsy z topinamburu

bulwy
rafinowany olej rzepakowy
sól

Bulwy umyć, można obrać. Pokroić na plasterki grubości około 1-2mm, za pomocą ostrego noża lub innego sprytnego ostrza: obieraczki, mandoliny, czegokolwiek, co się sprawdzi.
(Włączyć okap, jeśli się tylko posiada.) Wrzucać po plasterku na rozgrzany w miarę głęboki olej, w sumie cienką warstwę, ale niekoniecznie pojedynczą. Powinny być zanurzone i od razu bąblować. Kilka razy podczas smażenia potrząsnąć patelnią. Kiedy plasterki osiągną przyjemną rumianość, wyjmować i odsączyć na papierowym ręczniku, nawet jeśli jeszcze są elastyczne - po ostygnięciu staną się kruche i chrupkie. Jeśli potrzeba, rozłączyć posklejane. Przełożyć do miski i posolić.


niedziela, 19 marca 2017

czosnaczek

Czo­sna­czek pospo­lity (Allia­ria petio­lata) to nie­po­zorny krew­niak kapu­sty. W leśnym goto­wa­niu jest cenną przy­prawą, bo cała roślina pach­nie czosn­kiem, co łatwo spraw­dzić roz­cie­ra­jąc liść. Wpraw­dzie dużo bar­dziej poszu­ki­wany jest czo­snek niedź­wie­dzi, ale nie wszę­dzie rośnie, a do tego jest objęty ochroną. A ten oto zie­lony zamien­nik czosnku jest jak naj­bar­dziej legalny i pospo­lity.




Na zdję­ciu powy­żej widać tego­roczne młode dolne liście, które mają ner­ko­waty kształt i cha­rak­te­ry­styczną fak­turę. W miarę wzro­stu rośliny zmie­niają kształt na bar­dziej trój­kątny, te tak zwane górne liście oraz kwiaty są widoczne TUTAJ.




sos czo­snacz­kowy

200g jogurtu natu­ral­nego (grecki będzie świetny)
4 gar­ście list­ków czo­snaczka
sól, pieprz

Liście umyć i dokład­nie zblen­do­wać z jogur­tem. Dopra­wić solą i pie­przem.



Sos będzie paso­wał do pizzy z chwa­stem oraz suro­wych i pie­czo­nych warzyw, ale nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby wyko­rzy­stać go do sała­tek, kanapek i burgerów. Jest zie­lony w smaku i cał­kiem pikantny.

sobota, 4 lutego 2017

zmieniam na-wyki

Od kiedy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na wieś, Mia­sto czeka, Mia­steczko jest dalej niż kie­dy­kol­wiek. Bli­sko jest Powiat. A nie­da­leko ratu­sza skle­pik z ziar­nami. Żyto, sorgo, gryka, wyka… Mia­łam w pla­nie zebrać kie­dyś nasion dzi­kiej wyki do eks­pe­ry­men­tów, ale jedyne obie­cu­jące ilo­ściowo sta­no­wi­ska jakie namie­rzy­łam, były poło­żone bli­sko dróg. Na razie mam kupną wykę siewną – całe 2,50 zł za kilo­gram.

Wyka siewna (Vicia sativa) to jadalna roślina strącz­kowa. Ma kuli­ste ziarna wiel­ko­ścią zbli­żone do socze­wicy. Roz­pa­dają się na połówki, zupeł­nie jak groch. Upra­wia się ją powszech­nie, ale nie dla celów prze­my­słu spo­żyw­czego, tylko na paszę. Zie­lone czę­ści jedzą głów­nie prze­żu­wa­cze, nasio­nami karmi się drób. Szcze­gól­nie ujął mnie jeden opis. „Nie­zbyt smaczna, nie bar­dzo strawna, za to wyjąt­kowo pożywna. Plotki gło­szą, że jest zbyt gorzka dla koni – to zależy od odmiany, bo są takie pozba­wione gory­czy. A co do pożyw­no­ści, zawiera tyle samo przy­swa­jal­nego białka, co socze­wica, wię­cej od fasoli i gro­chu. Mówi się też, że może być szko­dliwa, jed­nak więk­szość odmian upraw­nych zostało pozba­wio­nych nie tylko gorz­kiej wicja­niny, ale też pro­ble­ma­tycz­nych alka­lo­idów, żeby nawet przy spo­rych ilo­ściach paszy nie szko­dziły zwie­rzę­tom. Z kolei sapo­niny usuwa się w przy­go­to­wa­niu razem z odle­waną wodą. Kto cią­gle nie­prze­ko­nany, niech spraw­dzi, że wyką jest także bób.

Żeby uzdat­nić nasiona do spo­ży­cia, moczy się je w zim­nej wodzie kil­ka­na­ście godzin, odlewa wodę (będzie mętna), i gotuje w dwóch eta­pach. Zalewa świeżą zimną wodą i gotuje przez godzinę, a potem odlewa (będzie ciemna) i zale­wa­jąc ziarna nową – tym razem gorącą – wodą, gotuje znów godzinę. Tylko tro­chę wię­cej roboty niż z gro­chem, ale za to wykę trud­niej przy­pa­lić. To wer­sja ostroż­no­ściowa, bo odmiany spraw­dzone wcze­śniej na sobie i łagodne w smaku można pró­bo­wać pre­pa­ro­wać kró­cej.

Ugo­to­wana wyka jest bar­dzo podobna w smaku do socze­wicy i z powo­dze­niem może ją zastą­pić we wszyst­kich potra­wach. Bar­dzo dobrze łączy się z przy­pra­wami, tak jak cie­ciorka, dla­tego daje pra­wie nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści przy­rzą­dza­nia.


wyka siewna, vicia sativa, rośliny pastewne, jadalne chwasty, pieczone nasiona wyki


chrupki z wyki

szklanka suchych nasion wyki
woda
łyżka oleju rze­pa­ko­wego lub sło­necz­ni­ko­wego
1/2 łyżeczki soli
drobno zmie­lone przy­prawy: papryka, czo­snek, tymia­nek, pieprz, nasiona kolen­dry, ore­gano
(lub ulu­biona mie­szanka – uwaga na sól w skła­dzie!)

Nasiona namo­czyć w przed­dzień. Po kil­ku­na­stu godzi­nach mocze­nia odlać wodę, zalać od nowa zimną i goto­wać godzinę. Po tym cza­sie zagoto­wać w czaj­niku wodę, wykę ponow­nie odlać, zalać wrząt­kiem i znów godzinę goto­wać. Następ­nie odce­dzić i osu­szyć. Nasiona wymie­szać z ole­jem i przy­pra­wami – deli­kat­nie, żeby nie zgnieść zia­ren. Wysy­pać na wyło­żoną papie­rem bla­chę; taka ilość powinna pokryć ją rów­no­mier­nie poje­dyn­czą war­stwą. Piec 35–40 minut w 200 stop­niach. Więk­szość pie­kar­ni­ków roz­grzewa się nie­rów­no­mier­nie, więc dobrze cza­sem chrupki prze­mie­szać, zwłasz­cza pod koniec pie­cze­nia. Są gotowe, kiedy przy­jem­nie chru­pią.