Połowa maja. Zbieram kwiatostany sosny z drzewa rosnącego na skraju mazowieckiego lasu. Nie mam czasu się nimi zająć, więc usuwam brązowe łuski i zalewam miodem spadziowym iglastym, prezentem z Podlasia. Wstawiam słoik do lodówki.
Połowa października. Wracam z porannych zakupów z chlebem gryczanym z pobliskiej piekarni. Pieczony na liściach, w smaku jest jak gościnna zamojszczyzna. Wyciągam masło i hajnowski ser z popiołem w typie Morbier od Serów z Puszczy. Patrzę na ten kontrastowy marmurek, gryzę szeroki plaster. Jest kremowy i taki pełny w smaku, ale rozglądam się jeszcze za ostatnim elementem. I przypomina mi się ta majowa sosna.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanapki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanapki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 października 2020
geografia regionalna
piątek, 3 sierpnia 2018
fuzja bez konfuzji
Zdaję sobie sprawę, że to kontrowersyjne twierdzenie, ale istnieją kulinarne połączenia lepsze niż pol-viet-taj. A na serio, kiedy usłyszałam o japońskiej wariacji na temat typowo włoskiego sosu, od razu wiedziałam, że to coś dla mnie.
duża garść liści złocienia wieńcowego czyli jadalnej chryzantemy
jajko
ząbek czosnku
łyżka sosu rybnego albo jego wegan-odpowiednika
(lub ostatecznie ćwierć arkusza nori i kropla sosu sojowego)
łyżka kaparów z zalewy octowej
100 ml oliwy z oliwek
pieprz, sól
(bułka lub inne białe pieczywo)
Jajko ugotować na twardo i obrać. Liście chryzantemy umyć, dokładnie odsączyć. Składniki drobno posiekać, po czym wymieszać z oliwą, sosem i doprawić pieprzem, albo, dla uzyskania gładszej konsystencji, po prostu wszystko krótko zblendować. W razie potrzeby dosolić. Przechowywać w lodówce do 3 dni.
W wegańskiej wersji oczywiście należy pominąć jajko, a dla konsystencji można dodać na etapie blendowania miąższ z jednej bezmlecznej bułki lub podobnej ilości chleba.
Klasycznie ten sos byłby podawany do ryb i białych mięs. Pasuje do wszelkich kanapek, świetnie zastępuje majonez, gdziekolwiek go używacie. A skoro już mieszamy tradycje kulinarne, idealnie nada się do faszerowania jajek i jako okrasa do młodych ziemniaków.
shungiku salsa verde
duża garść liści złocienia wieńcowego czyli jadalnej chryzantemy
jajko
ząbek czosnku
łyżka sosu rybnego albo jego wegan-odpowiednika
(lub ostatecznie ćwierć arkusza nori i kropla sosu sojowego)
łyżka kaparów z zalewy octowej
100 ml oliwy z oliwek
pieprz, sól
(bułka lub inne białe pieczywo)
Jajko ugotować na twardo i obrać. Liście chryzantemy umyć, dokładnie odsączyć. Składniki drobno posiekać, po czym wymieszać z oliwą, sosem i doprawić pieprzem, albo, dla uzyskania gładszej konsystencji, po prostu wszystko krótko zblendować. W razie potrzeby dosolić. Przechowywać w lodówce do 3 dni.
W wegańskiej wersji oczywiście należy pominąć jajko, a dla konsystencji można dodać na etapie blendowania miąższ z jednej bezmlecznej bułki lub podobnej ilości chleba.
Klasycznie ten sos byłby podawany do ryb i białych mięs. Pasuje do wszelkich kanapek, świetnie zastępuje majonez, gdziekolwiek go używacie. A skoro już mieszamy tradycje kulinarne, idealnie nada się do faszerowania jajek i jako okrasa do młodych ziemniaków.
sobota, 16 czerwca 2018
tosta z chwasta?
Czerwiec zdążył mi dopiec zepsutą lodówką, wirusem komputerowym i wirusami ludojadami. Mam więc jeszcze więcej niż zwykle sympatii do rzeczy najprostszych.
chleb z formy
słony ser żółty np. morski
camembert
pęczek dwurzędu czyli fałszywej rukoli
talerz młodych liści komosy białej czyli lebiody
Zieleninę umyć. Liście komosy zanurzyć na kilka minut we wrzątku i dokładnie odsączyć, ale nie odciskać. Dwurząd pozbawić gałązek i ewentualnie grubo pokroić. Składać kanapki z sera żółtego z lebiodą oraz sera pleśniowego z dwurzędem. Zapiekać w tosterze kilka minut aż będą odpowiednio rumiane.
tosty z komosą białą i dwurzędem
chleb z formy
słony ser żółty np. morski
camembert
pęczek dwurzędu czyli fałszywej rukoli
talerz młodych liści komosy białej czyli lebiody
Zieleninę umyć. Liście komosy zanurzyć na kilka minut we wrzątku i dokładnie odsączyć, ale nie odciskać. Dwurząd pozbawić gałązek i ewentualnie grubo pokroić. Składać kanapki z sera żółtego z lebiodą oraz sera pleśniowego z dwurzędem. Zapiekać w tosterze kilka minut aż będą odpowiednio rumiane.
piątek, 27 kwietnia 2018
ljonez
Mniszek to świetne warzywo. Idziesz wczesną wiosną do warzywnika powzdychać nad ledwo kiełkującą rzodkiewką osłaniające zaklęcia, a on już tam jest, gotowy do jedzenia. Nic tylko kosić, zapominając o zwykłych przy częstowaniu się zieleniną skrupułach, bo niezależnie ile go zjesz, mleczy nie zabraknie. Zrywając takie na przykład fiołki, zachowuję parytety. Skubię co jakiś czas i nie za dużo. Z korzeni wielu roślin rezygnuję, żeby nie zaprzepaścić szans na kwiaty i nasiona. Jego można nigdy nie żałować. Choć przyznaję, ta goryczka nie jest dla każdego. Francuzi specjalnie uprawiają oddziczone odmiany, sprzedają całe wielkie rozety na targach. U nas nie uświadczysz, ale przecież surowca wszędzie pełno.
Francuskie są też czerwone wodorosty dulse (krasnorost Palmaria Palmata), które zawdzięczam Peterkowi i Oli. Morskie algi w ogóle darzę sympatią. To dzikie niepodległe warzywa, które trochę nie mieszczą się w polskiej tradycji kulinarnej, ale wiele europejskich narodów je docenia. W sałatce dodadzą trochę smaku umami, którego brak, gdy nie używa się tradycyjnego smażonego bekonu. Niespecjalnie smakują bekonem, są słone i wyraziście morskie, ale pasują tu doskonale.
A w ogóle co powiecie na więcej tematów wodorostowych na blogu?
sos
2 łyżki octu winnego
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka musztardy dijon
ząbek czosnku
Przeciśnięty przez praskę czosnek zmiksować z pozostałymi składnikami, żeby powstał kremowy sos.
jajka w koszulkach
4 jajka
1 litr wody
2 łyżki octu
Zagotować wodę z octem. Jajka przygotowywać pojedynczo. Wbić do miseczki. Gotującą się wodę energicznie zamieszać, żeby powstał na środku wir i od razu przelać jajko na środek, nadając mu jak najbardziej zwarty kształt. Gotować na małym ogniu około 3 minuty, aż białko się zetnie, ale żółtko pozostanie płynne. Przekładać łyżką do miski z bardzo zimną wodą.
sałatka
około litr najmłodszych liści mniszka
(lub ich mieszanka z sałatą frisée)
pół pęczka szczypiorku
4 kromki białego pieczywa
masło lub oliwa do smarowania grzanek
suszone wodorosty dulse
Liście umyć i osuszyć. Mniszek (i sałatę) można porwać na mniejsze kawałki. Szczypiorek drobno pokroić. Pieczywo posmarować tłuszczem i zrobić chrupiące grzanki. Moje są z opiekacza, ale równie dobre będą zezłocone na patelni. Wymieszać zieleninę z sosem, doprawić do smaku solą i pieprzem, rozłożyć na talerze. Posypać grzankami i algami, na wierzchu porcji układając jajko i od razu podawać. Albo podpiec bułki w całości i złożyć ljońskie burgery.
Francuskie są też czerwone wodorosty dulse (krasnorost Palmaria Palmata), które zawdzięczam Peterkowi i Oli. Morskie algi w ogóle darzę sympatią. To dzikie niepodległe warzywa, które trochę nie mieszczą się w polskiej tradycji kulinarnej, ale wiele europejskich narodów je docenia. W sałatce dodadzą trochę smaku umami, którego brak, gdy nie używa się tradycyjnego smażonego bekonu. Niespecjalnie smakują bekonem, są słone i wyraziście morskie, ale pasują tu doskonale.
A w ogóle co powiecie na więcej tematów wodorostowych na blogu?
salade lyonnaise végétarienne
(sałatka lyońska z wege-nie-bekonem)
(4 porcje)sos
2 łyżki octu winnego
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka musztardy dijon
ząbek czosnku
Przeciśnięty przez praskę czosnek zmiksować z pozostałymi składnikami, żeby powstał kremowy sos.
jajka w koszulkach
4 jajka
1 litr wody
2 łyżki octu
Zagotować wodę z octem. Jajka przygotowywać pojedynczo. Wbić do miseczki. Gotującą się wodę energicznie zamieszać, żeby powstał na środku wir i od razu przelać jajko na środek, nadając mu jak najbardziej zwarty kształt. Gotować na małym ogniu około 3 minuty, aż białko się zetnie, ale żółtko pozostanie płynne. Przekładać łyżką do miski z bardzo zimną wodą.
sałatka
około litr najmłodszych liści mniszka
(lub ich mieszanka z sałatą frisée)
pół pęczka szczypiorku
4 kromki białego pieczywa
masło lub oliwa do smarowania grzanek
suszone wodorosty dulse
Liście umyć i osuszyć. Mniszek (i sałatę) można porwać na mniejsze kawałki. Szczypiorek drobno pokroić. Pieczywo posmarować tłuszczem i zrobić chrupiące grzanki. Moje są z opiekacza, ale równie dobre będą zezłocone na patelni. Wymieszać zieleninę z sosem, doprawić do smaku solą i pieprzem, rozłożyć na talerze. Posypać grzankami i algami, na wierzchu porcji układając jajko i od razu podawać. Albo podpiec bułki w całości i złożyć ljońskie burgery.
Etykiety:
chwasty,
dzikie rośliny jadalne,
Francja,
kanapki,
mniszek lekarski,
na wsi,
rośliny dziko rosnące,
sałatki,
szczypiorek,
wegetariańskie,
wodorosty
sobota, 25 listopada 2017
podmienione jagody
Słyszeliście o skandynawskim chlebie z jagodami? Może zaważyły regionalizmy, że w przepisie z książki "Kuchnia skandynawska" pani
Cichowicz-Porady z lat dziewięćdziesiątych nie są sprecyzowane owoce i w
ten sposób wyjątek przebił się jako reguła i w Polsce najczęściej jest to chleb z borówką czernicą, czarną jagodą.
W pierwotnej postaci to bardzo jesienny chleb, w Szwecji piecze się go, kiedy z dzikich jagód dostępne są już tylko brusznice (czyli teraz!), to właśnie one są w składzie i nazywa się wtedy lingonbröd. Uważny czytelnik "Kuchni skandynawskiej" dostrzeże na ilustracji, że bochenek narysowany jest z czerwonymi, nie fioletowymi ciapkami. Ale faktycznie, w wielu szwedzkich przepisach jest wskazówka, żeby użyć takich jagód, jakie akurat ma się pod ręką, świeżych lub mrożonych. Są wersje na zakwasie, sodzie, ta akurat jest na drożdżach. Ponieważ miałam resztkę zamrożonych w sezonie czarnych jagód, też zrobiłam go jako blåbärsbröd.
Przepis pochodzi z powyższej książki z małymi zmianami w kolejności mieszania składników, owoce dodałam po pierwszym wyrastaniu ciasta i piekłam go w żeliwnym garnku nieco dłużej. Autorka poleca ten chleb na kanapki z twarożkiem i dodatkami takimi jak rzodkiewka czy rzeżucha, mimo to moi domownicy postanowili go zjeść w połowie na sucho, a resztę z masłem i powidłami.
Decylitry w przepisie zostawiam, to taki skandynawski folklor, ale przeliczone miary pewnie będą wygodniejsze. No i dodaję do akcji Mopsa. :)
blåbärsbröd
50 g drożdży
4 dl letniej wody /400 g
2 łyżki oleju
6 dl mąki żytniej /360 g
4 dl mąki pszennej /240 g
2 łyżeczki soli
2,5 dl jagód /szklanka
do obtoczenia:
3 łyżki płatków owsianych i 3 łyżki żytniej mąki
Drożdże rozpuścić w letniej wodzie i dolać olej. W misce wymieszać oba rodzaje mąki i sól. Wlać rozczyn drożdżowy do suchej mieszanki i wyrobić jednolite ciasto. Odstawić na pół godziny w ciepłe miejsce przykrywając ściereczką. Stolnicę podsypać mąką, delikatnie wmieszać jagody do ciasta i uformować bochenek, obtaczając w mące z płatkami. Zostawić przykryty do wyrośnięcia około pół godziny, powinien wyraźnie urosnąć, w tym czasie rozgrzać piekarnik (z garnkiem) do 200 stopni. Przełożyć bochenek do garnka lub na blachę i piec 40-60 minut. Mój piekłam godzinę, ponieważ wydawał się dość mokry. Wyjąć i odłożyć na kratkę do wystudzenia.
W pierwotnej postaci to bardzo jesienny chleb, w Szwecji piecze się go, kiedy z dzikich jagód dostępne są już tylko brusznice (czyli teraz!), to właśnie one są w składzie i nazywa się wtedy lingonbröd. Uważny czytelnik "Kuchni skandynawskiej" dostrzeże na ilustracji, że bochenek narysowany jest z czerwonymi, nie fioletowymi ciapkami. Ale faktycznie, w wielu szwedzkich przepisach jest wskazówka, żeby użyć takich jagód, jakie akurat ma się pod ręką, świeżych lub mrożonych. Są wersje na zakwasie, sodzie, ta akurat jest na drożdżach. Ponieważ miałam resztkę zamrożonych w sezonie czarnych jagód, też zrobiłam go jako blåbärsbröd.
Przepis pochodzi z powyższej książki z małymi zmianami w kolejności mieszania składników, owoce dodałam po pierwszym wyrastaniu ciasta i piekłam go w żeliwnym garnku nieco dłużej. Autorka poleca ten chleb na kanapki z twarożkiem i dodatkami takimi jak rzodkiewka czy rzeżucha, mimo to moi domownicy postanowili go zjeść w połowie na sucho, a resztę z masłem i powidłami.
Decylitry w przepisie zostawiam, to taki skandynawski folklor, ale przeliczone miary pewnie będą wygodniejsze. No i dodaję do akcji Mopsa. :)
blåbärsbröd
(szwedzki chleb z czarnymi jagodami)
50 g drożdży
4 dl letniej wody /400 g
2 łyżki oleju
6 dl mąki żytniej /360 g
4 dl mąki pszennej /240 g
2 łyżeczki soli
2,5 dl jagód /szklanka
do obtoczenia:
3 łyżki płatków owsianych i 3 łyżki żytniej mąki
Drożdże rozpuścić w letniej wodzie i dolać olej. W misce wymieszać oba rodzaje mąki i sól. Wlać rozczyn drożdżowy do suchej mieszanki i wyrobić jednolite ciasto. Odstawić na pół godziny w ciepłe miejsce przykrywając ściereczką. Stolnicę podsypać mąką, delikatnie wmieszać jagody do ciasta i uformować bochenek, obtaczając w mące z płatkami. Zostawić przykryty do wyrośnięcia około pół godziny, powinien wyraźnie urosnąć, w tym czasie rozgrzać piekarnik (z garnkiem) do 200 stopni. Przełożyć bochenek do garnka lub na blachę i piec 40-60 minut. Mój piekłam godzinę, ponieważ wydawał się dość mokry. Wyjąć i odłożyć na kratkę do wystudzenia.
czwartek, 12 października 2017
olej, grzyby i haluny
U nas na wsi znana jest taka potrawa, która zawsze budzi we mnie śródziemnomorskie skojarzenia. To olej rzepakowy z cebulą i chlebem, wymieniane właśnie w tej kolejności. Ale jaki to jest olej i jaki chleb! Żytni chleb z formy, na zakwasie z piekarni na górce za kościołem. Nie ma lepszego ciemnego chleba. Olej z pobliskiej tłoczni, ciemnozielony o wspaniałym orzechowym zapachu. A jak się zastanowić, całości naprawdę niedaleko do pszennego bochenka z oliwą i czosnkiem.
Tym razem oprócz oleju rzepakowego, wzięliśmy jeszcze butelkę o słonecznożółtej zawartości i ostrzejszym aromacie - olej rydzowy, czyli z lnianki. Ta lnianka, rydz, lnicznik (Camelina sativa) to wcale nierzadko spotykany chwast, wygląda podobnie do gorczycy i na szczęście gdzieniegdzie ciągle jest uprawiany. Bo tłoczony z nasion olej jest wyjątkowo smaczny, odporny na utlenianie i bardzo zdrowy (ochronny, przeciwzapalny, regulujący). Kto będzie miał ochotę, doczyta, ja wracam do śródziemnomorskich inspiracji kulinarnych.
PS. Zawsze mam złudzenie, że jest jeszcze tak duużo światła. A potem fotografuję o zmroku.
halloumi i borowiki w oleju rydzowym
200 g sera halloumi
8 małych prawdziwków
kilka szyszkojagód jałowca
łyżka ziaren pieprzu
ząbek czosnku
olej z lnianki zimnotłoczony
(4-6 liści mięty)
Ser i oczyszczone grzyby pokroić w półcentymetrowe plasterki. Ząbek czosnku przekroić na ćwiartki. (Jeżeli dodajesz liście mięty, pamiętaj, żeby je dokładnie umyć i równie dokładnie osuszyć.) Układać warstwowo, na przemian borowiki i ser, przesypując przyprawami. Zalać olejem i lekko ugnieść. Odstawić do lodówki na dzień lub dwa, w razie potrzeby uzupełniając olej.Podawać do chleba.
Ten przepis nie nadaje się na przetwory - nie zmieniłaby tego nawet pasteryzacja - zawartość słoika trzeba zjeść w ciągu 3 dni. Pozostały aromatyczny olej najlepiej zużyć do sałatek.
Tym razem oprócz oleju rzepakowego, wzięliśmy jeszcze butelkę o słonecznożółtej zawartości i ostrzejszym aromacie - olej rydzowy, czyli z lnianki. Ta lnianka, rydz, lnicznik (Camelina sativa) to wcale nierzadko spotykany chwast, wygląda podobnie do gorczycy i na szczęście gdzieniegdzie ciągle jest uprawiany. Bo tłoczony z nasion olej jest wyjątkowo smaczny, odporny na utlenianie i bardzo zdrowy (ochronny, przeciwzapalny, regulujący). Kto będzie miał ochotę, doczyta, ja wracam do śródziemnomorskich inspiracji kulinarnych.
PS. Zawsze mam złudzenie, że jest jeszcze tak duużo światła. A potem fotografuję o zmroku.
halloumi i borowiki w oleju rydzowym
200 g sera halloumi
8 małych prawdziwków
kilka szyszkojagód jałowca
łyżka ziaren pieprzu
ząbek czosnku
olej z lnianki zimnotłoczony
(4-6 liści mięty)
Ser i oczyszczone grzyby pokroić w półcentymetrowe plasterki. Ząbek czosnku przekroić na ćwiartki. (Jeżeli dodajesz liście mięty, pamiętaj, żeby je dokładnie umyć i równie dokładnie osuszyć.) Układać warstwowo, na przemian borowiki i ser, przesypując przyprawami. Zalać olejem i lekko ugnieść. Odstawić do lodówki na dzień lub dwa, w razie potrzeby uzupełniając olej.Podawać do chleba.
Ten przepis nie nadaje się na przetwory - nie zmieniłaby tego nawet pasteryzacja - zawartość słoika trzeba zjeść w ciągu 3 dni. Pozostały aromatyczny olej najlepiej zużyć do sałatek.
czwartek, 14 września 2017
jajko i kurka
Grzybowy rok, wszyscy tak mówią. Faktycznie, gdziekolwiek się ruszymy, jest mnóstwo grzybów (i grzybiarzy). Borowiki w parku, kurki na leśnym szlaku, pniak opieniek, parasol z kani na skraju lasu, starszawy żółciak po środku parkingu. No i te niejadalne do podziwiania: koralówki, pięknorogi, prążkowane kubki.
Więc cieszymy się z końcówki lata, robimy zupy z podgrzybków i opieniek, próbujemy oszczędzać borowiki na zimę i smażymy kanie, bo ciągle ich nie dość, a mój Potwór to prawdziwy pies na czubajki, jak się okazało. Wołają do niego chyba, albo świecą w jakimś niewidocznym dla innych pasmie.
A kiedy z takiego przypadkowego grzybobrania przyniosę poza borowikami tylko garść kurek, za mało na jakieś samodzielne danie, improwizuję pastę na kanapki. Na przykład taką.
pasta jajeczna z kurkami
3 jajka
spora garść kurek
borowik
cebula
łyżka masła
mały ząbek czosnku
rozmaryn, sól, pieprz
(ewentualnie natka pietruszki)
Jajka ugotować na twardo, wystudzić. Obrać i rozgnieść widelcem. Na łyżce masła zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać posiekane grzyby i małą szczyptę rozmarynu, dusić do miękkości. Zdjąć z kuchenki, dodać przetarty lub wyciśnięty czosnek i sól, bez obaw, całkiem sporo soli. Lekko przestudzone grzyby przełożyć do jajek i dokładnie wymieszać. Posypać świeżo mielonym pieprzem (i natką). Podawać z pieczywem.
Więc cieszymy się z końcówki lata, robimy zupy z podgrzybków i opieniek, próbujemy oszczędzać borowiki na zimę i smażymy kanie, bo ciągle ich nie dość, a mój Potwór to prawdziwy pies na czubajki, jak się okazało. Wołają do niego chyba, albo świecą w jakimś niewidocznym dla innych pasmie.
A kiedy z takiego przypadkowego grzybobrania przyniosę poza borowikami tylko garść kurek, za mało na jakieś samodzielne danie, improwizuję pastę na kanapki. Na przykład taką.
pasta jajeczna z kurkami
3 jajka
spora garść kurek
borowik
cebula
łyżka masła
mały ząbek czosnku
rozmaryn, sól, pieprz
(ewentualnie natka pietruszki)
Jajka ugotować na twardo, wystudzić. Obrać i rozgnieść widelcem. Na łyżce masła zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać posiekane grzyby i małą szczyptę rozmarynu, dusić do miękkości. Zdjąć z kuchenki, dodać przetarty lub wyciśnięty czosnek i sól, bez obaw, całkiem sporo soli. Lekko przestudzone grzyby przełożyć do jajek i dokładnie wymieszać. Posypać świeżo mielonym pieprzem (i natką). Podawać z pieczywem.
piątek, 14 lipca 2017
dzikie rośliny jadalne Islandii - co na sałatki i kanapki
Kiedy wylądowaliśmy na wulkanicznej wyspie, była końcówka maja. Przenieśliśmy się więc z późnej wiosny kipiącej zielenią do pory kwitnienia fiołków i podbiału. I łubinu oczywiście. Odpowiedź na pytanie, jaka to pora roku, nie była prosta. Według Islandczyków trwało lato.
Na Islandii są dwie zwyczajowe pory roku – lato i zima. Wbrew arktycznym pozorom zima nie oznacza wcale ekstremalnie niskich temperatur wymrażających wszystko, co żyje, bo na terenach zamieszkałych rzadko temperatura spada bardziej niż kilka stopni poniżej zera. Ale trzeba się mierzyć z całodobowa ciemnością, silnym wiatrem i zimowymi sztormami oraz niedostępnością niektórych dróg i terenów. Lato liczy się od maja do września i w tym czasie rośliny wyrabiają się, żeby wzejść, zakwitnąć i wydać owoce. Pewnie udaje im się to tylko dlatego, że słońce praktycznie nie zachodzi.
Wyszukiwanie dzikich warzyw to oczywiście moja pasja, ale okazała się bardzo praktyczna. Owoce i warzywa, które można kupić w islandzkich sklepach, są zwykle dość nieświeże i mało apetyczne. Importowane egzotusy, pomarańcze i ananasy, jeszcze jakoś trzymają fason, ale poza stolicą typowy dział warzywny to dwa smętne ogórki i zwiędła sałata w bardzo wysokich cenach. Jeśli ma się szczęście, bo inaczej pozostaje groszek w puszce produkcji angielskiej. Trafiają się też sałatki z gotowanych warzyw utopione w kiepskiej jakości majonezie. Nic dziwnego: ziem uprawnych niewiele, okres wegetacji krótki, import na wyspę utrudniony i nie ta tradycja. Za to zbieractwo ma się całkiem nieźle, pozyskiwane są głównie owoce i zioła przyprawowe, ale też porosty i niektóre gatunki wodorostów.
Nieważne, czy jesteś miłośnikiem narodowego dania Islandzczyków, pylsura, czy też żywisz się kupnym hummusem albo gotujesz w domu – w razie głodu zieloności, na sałatkę i kanapkę polecam: liście mniszka lekarskiego, cykorii (dla miłośników goryczki), pięciornika gęsiego, liście i kwiaty fiołków, alpejskiej rukwieli i rzeżuchy. Większość tych roślin wygląda i brzmi znajomo, prawda?
Bażyna czarna (Empetrum nigrum).
Na Islandii są dwie zwyczajowe pory roku – lato i zima. Wbrew arktycznym pozorom zima nie oznacza wcale ekstremalnie niskich temperatur wymrażających wszystko, co żyje, bo na terenach zamieszkałych rzadko temperatura spada bardziej niż kilka stopni poniżej zera. Ale trzeba się mierzyć z całodobowa ciemnością, silnym wiatrem i zimowymi sztormami oraz niedostępnością niektórych dróg i terenów. Lato liczy się od maja do września i w tym czasie rośliny wyrabiają się, żeby wzejść, zakwitnąć i wydać owoce. Pewnie udaje im się to tylko dlatego, że słońce praktycznie nie zachodzi.
Zawciąg pospolity (Armeria maritima).
Wyszukiwanie dzikich warzyw to oczywiście moja pasja, ale okazała się bardzo praktyczna. Owoce i warzywa, które można kupić w islandzkich sklepach, są zwykle dość nieświeże i mało apetyczne. Importowane egzotusy, pomarańcze i ananasy, jeszcze jakoś trzymają fason, ale poza stolicą typowy dział warzywny to dwa smętne ogórki i zwiędła sałata w bardzo wysokich cenach. Jeśli ma się szczęście, bo inaczej pozostaje groszek w puszce produkcji angielskiej. Trafiają się też sałatki z gotowanych warzyw utopione w kiepskiej jakości majonezie. Nic dziwnego: ziem uprawnych niewiele, okres wegetacji krótki, import na wyspę utrudniony i nie ta tradycja. Za to zbieractwo ma się całkiem nieźle, pozyskiwane są głównie owoce i zioła przyprawowe, ale też porosty i niektóre gatunki wodorostów.
Pylsur, czyli buła z parówką, zwykle z dodatkiem remulady i prażonej cebuli.
Sama kiełbaska to pylsa, mają nawet podlaska pylsa i zwyczajna pylsa.
Nieważne, czy jesteś miłośnikiem narodowego dania Islandzczyków, pylsura, czy też żywisz się kupnym hummusem albo gotujesz w domu – w razie głodu zieloności, na sałatkę i kanapkę polecam: liście mniszka lekarskiego, cykorii (dla miłośników goryczki), pięciornika gęsiego, liście i kwiaty fiołków, alpejskiej rukwieli i rzeżuchy. Większość tych roślin wygląda i brzmi znajomo, prawda?
Mniszek lekarski (Taraxacum officinale).
Pięciornik gęsi (Potentilla argentea).
Fiołek psi (Viola canina).
Arktyczna rukwiel (Cakile arctica).
Rzeżucha (Cardamine).
Caaałe łąki rzeżuchy.
piątek, 19 maja 2017
opędzlowane
Chyba ostatnio nie wspomniałam, że właściwie każdy świerk trochę inaczej smakuje? Z tych, których próbowałam tej wiosny, najsmaczniejszy był biały świerk stożkowy (Picea glauca ’Conica’), ale one tak wolno rosną, że nie miałam serca go skubać. Za to świerki pospolite (Picea abies) u nas rosną odsłonięte od południa i przyrastają bardzo szybko. One między sobą też się różnią smakiem, ale to już zdecydowanie niuanse. Warto poszukać w okolicy drzewa o najmniejszej goryczce i najbardziej cytrusowym aromacie, szczególnie jeśli planuje się świerkowe desery.
Sól świerkowa już wyschła, więc trochę jej ubyło koloru, na szczęście nie smaku. Pomidory solić grzech, ale tym razem po prostu udzielcie sobie dyspensy.
pasta świerkowa z awokado
dojrzałe awokado
ząbek czosnku
2–3 cm miękkich pędzelków świerka
Awokado rozgnieść widelcem, czosnek zetrzeć lub przepuścić przez praskę, igły posiekać i rozetrzeć, na przykład w moździerzu. Tak przygotowane składniki wymieszać i podawać na świeżym chlebie z pomidorem i solą świerkową.
Sól świerkowa już wyschła, więc trochę jej ubyło koloru, na szczęście nie smaku. Pomidory solić grzech, ale tym razem po prostu udzielcie sobie dyspensy.
pasta świerkowa z awokado
dojrzałe awokado
ząbek czosnku
2–3 cm miękkich pędzelków świerka
Awokado rozgnieść widelcem, czosnek zetrzeć lub przepuścić przez praskę, igły posiekać i rozetrzeć, na przykład w moździerzu. Tak przygotowane składniki wymieszać i podawać na świeżym chlebie z pomidorem i solą świerkową.
poniedziałek, 25 lipca 2016
dzika sałata
Kto widział kwitnącą sałatę, ten pewnie rozpozna pokrewieństwo
z niektórymi chwastami. Najbardziej rzuca się w oczy, kiedy patrzy
się na mlecz warzywny i sałatę kompasową. Oba gatunki na surowo są
trochę gorzkie i straszą mlecznym sokiem, a sałata dodatkowo
grzebieniem kolców przez środek spodniej strony liści, ale kiedy
podsmaży się młode liście na dobrej oliwie, wychodzi idealny
dodatek do świeżej ciabatty albo bagietki. Listki świetnie chłoną
olej nabierając delikatności i niewiele więcej potrzeba do
szczęścia.
dzika sałata na oliwie
pęczek dzikiej sałaty: mlecza warzywnego albo sałaty kompasowej
oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
kwiaty i listki macierzanki piaskowej (lub tymianek), sól
pszenne pieczywo
Liście oddzielić od łodyżek – twarde części odrzucić. Zieleninę umyć i osuszyć, a pędy lepiej posiekać, bo bywają włókniste. Smażyć krótko na oliwie nie rozgrzewając zbytnio patelni. Na koniec posypać macierzanką i ewentualnie posolić. Podawać ze świeżym pieczywem.
Macierzankę piaskową (Thymus serpyllum) spotkaliśmy z Potworem brnąc rowerami piaszczystą drogą w sosnowym lesie. Bawiliśmy się w rozpoznawanie roślin z siodła podczas jazdy, ale dla tego maleństwa zrobiliśmy postój, żeby uzbierać trochę z przeznaczeniem do kuchni.
Mlecz warzywny (Sonchus oleraceus) jest dość daleko spokrewniony z mniszkiem lekarskim. Z wyglądu raczej drapaty, ale młode liście wyglądają nawet apetycznie. Tego poniżej postanowiły podgryźć miniarki.
Sałata kompasowa (Lactuca serriola) nadaje się do jedzenia, póki młoda. Starsze liście odstraszają wyschniętymi kolcami, które na tym etapie są już twarde i zniechęcają słusznie, bo stare rośliny mogą być przyczyną zatruć. Na zdjęciu widać je jako jeszcze miękkie nieszkodliwe igiełki.
Jeszcze inną dziką sałatą jest cykoria podróżnik, ale na nią są też inne sposoby.
dzika sałata na oliwie
pęczek dzikiej sałaty: mlecza warzywnego albo sałaty kompasowej
oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
kwiaty i listki macierzanki piaskowej (lub tymianek), sól
pszenne pieczywo
Liście oddzielić od łodyżek – twarde części odrzucić. Zieleninę umyć i osuszyć, a pędy lepiej posiekać, bo bywają włókniste. Smażyć krótko na oliwie nie rozgrzewając zbytnio patelni. Na koniec posypać macierzanką i ewentualnie posolić. Podawać ze świeżym pieczywem.
Macierzankę piaskową (Thymus serpyllum) spotkaliśmy z Potworem brnąc rowerami piaszczystą drogą w sosnowym lesie. Bawiliśmy się w rozpoznawanie roślin z siodła podczas jazdy, ale dla tego maleństwa zrobiliśmy postój, żeby uzbierać trochę z przeznaczeniem do kuchni.
Mlecz warzywny (Sonchus oleraceus) jest dość daleko spokrewniony z mniszkiem lekarskim. Z wyglądu raczej drapaty, ale młode liście wyglądają nawet apetycznie. Tego poniżej postanowiły podgryźć miniarki.
Sałata kompasowa (Lactuca serriola) nadaje się do jedzenia, póki młoda. Starsze liście odstraszają wyschniętymi kolcami, które na tym etapie są już twarde i zniechęcają słusznie, bo stare rośliny mogą być przyczyną zatruć. Na zdjęciu widać je jako jeszcze miękkie nieszkodliwe igiełki.
Jeszcze inną dziką sałatą jest cykoria podróżnik, ale na nią są też inne sposoby.
niedziela, 10 lipca 2016
lili-laj!
Liliowce jedliśmy żywcem, były też piklami. Teraz mają farsz i również im pasuje. W naszym letnim świecie to taki odpowiednik kanapek z białym serem.
Chrupiące kwiaty o onieśmielających cytrusowych kolorach, im bliżej ogonka, tym ostrzejsze w smaku. Z czymś dobrym w środku. Szybkie jedzenie w rękę na wynos – na ogród.
kwiaty liliowca faszerowane serem
10 rozwiniętych kwiatów liliowca
ok. 5 dużych pąków kwiatowych
spory pęczek szczypiorku
200 g twarogu
100 g topionego serka śmietankowego
sól, pieprz
Z kwiatów usunąć słupki i pręciki. Pączki i szczypiorek drobno posiekać, połączyć z serami na jednolitą plastyczną masę, doprawiając solą i pieprzem. Każdy kwiat nadziewać niedużą ilością farszu (objętości pełnej łyżeczki raczej niż łyżki), najłatwiej jedną ręką, żeby druga pozostawała sucha do trzymania kwiatów. Podawać od razu, otwarte.
Chrupiące kwiaty o onieśmielających cytrusowych kolorach, im bliżej ogonka, tym ostrzejsze w smaku. Z czymś dobrym w środku. Szybkie jedzenie w rękę na wynos – na ogród.
kwiaty liliowca faszerowane serem
10 rozwiniętych kwiatów liliowca
ok. 5 dużych pąków kwiatowych
spory pęczek szczypiorku
200 g twarogu
100 g topionego serka śmietankowego
sól, pieprz
Z kwiatów usunąć słupki i pręciki. Pączki i szczypiorek drobno posiekać, połączyć z serami na jednolitą plastyczną masę, doprawiając solą i pieprzem. Każdy kwiat nadziewać niedużą ilością farszu (objętości pełnej łyżeczki raczej niż łyżki), najłatwiej jedną ręką, żeby druga pozostawała sucha do trzymania kwiatów. Podawać od razu, otwarte.
czwartek, 9 czerwca 2016
chwasty na warsztat
Z niektórymi ludźmi aż chciałoby się usiąść i pogadać… o jedzeniu. A że apetyt rośnie w miarę gadania, to i
coś przegryźć. To dlatego wyprawiłam się na Pragę, gdzie zapowiedziała się Gosia Kalemba-Drożdż z Pinkcake.
Inspirujących rozmów i dobrego – dzikiego – jedzenia nigdy dość. A dziś konkretnie nie dość dżemów kwiatowych i świerkowego, herbaty z liści mirabelki, lemoniady bzowej, marynowanych pączków lipy i pesto z chwastów. Chrobotek reniferowy też niczego sobie. A później zaglądanie dyni pod spódnicę i spacer po Skaryszaku. Dzięki!
pesto z chwastów
kilka garści liści: podagrycznika, pokrzywy, babki lancetowatej, szczawiu, krwawnika
ok. 50 g orzechów włoskich
2 ząbki czosnku czosnku
oliwa z oliwek
Składniki zblendować lub utrzeć na gładki sos, dolewając oliwy. Podawać na chlebie albo z makaronem.
Inspirujących rozmów i dobrego – dzikiego – jedzenia nigdy dość. A dziś konkretnie nie dość dżemów kwiatowych i świerkowego, herbaty z liści mirabelki, lemoniady bzowej, marynowanych pączków lipy i pesto z chwastów. Chrobotek reniferowy też niczego sobie. A później zaglądanie dyni pod spódnicę i spacer po Skaryszaku. Dzięki!
pesto z chwastów
kilka garści liści: podagrycznika, pokrzywy, babki lancetowatej, szczawiu, krwawnika
ok. 50 g orzechów włoskich
2 ząbki czosnku czosnku
oliwa z oliwek
Składniki zblendować lub utrzeć na gładki sos, dolewając oliwy. Podawać na chlebie albo z makaronem.
piątek, 8 sierpnia 2014
Haile Silesia!
Śląsk. Po drodze w góry spieszyliśmy się tak bardzo, że nie zdążyłam spytać Pani Heli o przepis na miodek z dziewanny, który robiła. Za domem obsypane kwiatami łodygi celowały w niebo, tak samo jak u mnie, w Miasteczku.
W górach trafił się kiepski czas na jakiekolwiek zbiory. Wszystko nasiąkło wodą, a burze i grad zniechęcały do szukania jedzenia w terenie. Duże skupisko kurek minęliśmy bez zatrzymania wiejąc przed burzą spod szczytu. A jak już udało się uzbierać trochę borowików ceglastoporych, zginęły w trakcie suszenia (sprawców nie znaleźliśmy). Za to wszędzie było pełno zdziczałego niecierpka himalajskiego, który rozprzestrzeniając się wzdłuż rzek opanował prawie cały Górny Śląsk. Chrupaliśmy z Potworem jego lekko gorzkawe, podobne w smaku do niedojrzałych orzechów laskowych nasiona. Na surowo, chociaż kiedyś muszę spróbować zebrać ich więcej i uprażyć.
Na szczęście udało się zajechać i nadrobić dziewannowe zaniedbanie w drodze powrotnej, chociaż po żółto ukwieconych badylach nie było śladu, bo po zbiorze kwiatów skończyły w ogniu.
Przepis okazał się prosty, mimo braku miar wiem, że wyjdzie. (Tylko nie w tym roku, bo i w Miasteczku dziewanny zostały pod moją nieobecność sprzątnięte z ogrodu.) Dostałam na wzór mały słoik ciemnobrązowego syropu w prezencie urodzinowym.
Do czego może służyć? Działa osłaniająco na gardło, oskrzela i układ pokarmowy, do tego ma właściwości przyspieszające gojenie. Zamiast miodu na świeżym chlebie też daje radę.
przepis Dziadka Janka Porwoła na miodek z dziewanny (od Pani Heleny)
Zbieram kwiatuszki ledwo rozwinięte i nie płukam, yno muszki wydmuchuję. Zasypuję cukrem. Cukru na oko. Jak dam kwiatuszków, to zaś zasypię.
Tydzień musisz mieć w cukrze; miodek zrobi się żółto-brązowy. Po trzech dniach trzeba sprawdzić.
Potem to wszystko wyciskam, najpierw na sitku, a potem w rękach. Można dać wody, żeby się lepiej wycisło. Ja żech zagotowała sobie słoiki, bo inaczej trzeba w ciągu dwóch tygodni zużyć.
W górach trafił się kiepski czas na jakiekolwiek zbiory. Wszystko nasiąkło wodą, a burze i grad zniechęcały do szukania jedzenia w terenie. Duże skupisko kurek minęliśmy bez zatrzymania wiejąc przed burzą spod szczytu. A jak już udało się uzbierać trochę borowików ceglastoporych, zginęły w trakcie suszenia (sprawców nie znaleźliśmy). Za to wszędzie było pełno zdziczałego niecierpka himalajskiego, który rozprzestrzeniając się wzdłuż rzek opanował prawie cały Górny Śląsk. Chrupaliśmy z Potworem jego lekko gorzkawe, podobne w smaku do niedojrzałych orzechów laskowych nasiona. Na surowo, chociaż kiedyś muszę spróbować zebrać ich więcej i uprażyć.
Na szczęście udało się zajechać i nadrobić dziewannowe zaniedbanie w drodze powrotnej, chociaż po żółto ukwieconych badylach nie było śladu, bo po zbiorze kwiatów skończyły w ogniu.
Przepis okazał się prosty, mimo braku miar wiem, że wyjdzie. (Tylko nie w tym roku, bo i w Miasteczku dziewanny zostały pod moją nieobecność sprzątnięte z ogrodu.) Dostałam na wzór mały słoik ciemnobrązowego syropu w prezencie urodzinowym.
Do czego może służyć? Działa osłaniająco na gardło, oskrzela i układ pokarmowy, do tego ma właściwości przyspieszające gojenie. Zamiast miodu na świeżym chlebie też daje radę.
przepis Dziadka Janka Porwoła na miodek z dziewanny (od Pani Heleny)
Zbieram kwiatuszki ledwo rozwinięte i nie płukam, yno muszki wydmuchuję. Zasypuję cukrem. Cukru na oko. Jak dam kwiatuszków, to zaś zasypię.
Tydzień musisz mieć w cukrze; miodek zrobi się żółto-brązowy. Po trzech dniach trzeba sprawdzić.
Potem to wszystko wyciskam, najpierw na sitku, a potem w rękach. Można dać wody, żeby się lepiej wycisło. Ja żech zagotowała sobie słoiki, bo inaczej trzeba w ciągu dwóch tygodni zużyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





