Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła lecznicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła lecznicze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2019

wąkrota

Skoro to czytasz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie wróciłeś do domu z pęczkiem nieznanej zieleniny z wietnamskiego sklepu. Jeśli byłeś na tyle sprytny, żeby poprosić sprzedawczynię o zapisanie nazwy ziela, oszczędziłeś sobie czasu poszukiwań nazwy rośliny. Możliwe również, że jako miłośnik kuchni azjatyckich, znasz ją od dawna, chociaż wyłącznie ze słowa pisanego. Wąkrota azjatycka (Centella asiatica, a na karteczce od sympatycznej Wietnamki rau má). Uwaga, spojler - to jedno z gorzkich ziół. Wiedziałeś już, czy nie, spróbuj podejść do niego bez uprzedzeń. Na początek proponuję zupę. Nieprzypadkowo, "zupa" jest najczęstszą odpowiedzią na pytania o zastosowanie najróżniejszych wietnamskich warzyw.




Wąkrotka smakuje ziołowo, lekko piecze w język, ma coś z ogórka, ale ogólnie jest nie bardzo podobna do czegokolwiek, no i jest gorzka. Niekoniecznie jednak je się ją ze względu na smak, raczej dla zdrowotności. Pomaga w stresie oraz leczeniu kontuzji mięśni i stawów, ułatwia koncentrację i zapamiętywanie, usuwa zmęczenie. Zalecana jest przy depresji i nadciśnieniu, a ze względu na silne właściwości przeciwzapalne, gojące i ujędrniające, szczególnie chętnie wykorzystywana w kosmetykach. Są też, oczywiście, ograniczenia. Powinny jej unikać kobiety w ciąży i karmiące. Lepiej nie jeść wąkroty wieczorem, żeby uniknąć kłopotów z zaśnięciem, ale dobra wiadomość jest taka, że nie ma przeciwwskazań do łączenia jej z kofeiną. Identyczne działanie ma nasz rodzimy gatunek, wąkrota pospolita (Hydrocotyle vulgaris). Dam znać, czy smak też się zgadza, gdy tylko ją znajdę na jakiejś podmokłej łące albo torfowisku.




canh rau má chay
(wegańska zupa z wąkrotką)

(2 porcje)

250 g boczniaków
cebula
łyżka oleju
garść liści wąkrotki
ok. 0,7 litra wody
sól, szczypta cukru
granulowany czosnek, kurkuma, biały pieprz

Liście przebrać i umyć, pokroić cebulę, a boczniaki porozrywać palcami. W garnku rozgrzać olej, podsmażyć cebulę i dodać grzyby. Kiedy trochę stracą na jędrności, zalać wszystko wodą i doprowadzić do wrzenia. Doprawić zupę, w ostatniej kolejności włożyć liście. (Azjaci dodaliby jeszcze glutaminianu sodu, którego nie wymieniam w składzie, bo nie posiadam.) Od razu podawać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

bylica

Na targach i w sklepach kuszą nowalijki, a w Mieście tęsknota za nimi jest jeszcze dotkliwsza. Młoda kapusta, szparagi i rzodkiewki. Albo bylica i chryzantemy.

Bylica pospolita (Artemisia vulgaris) jest popularnym chwastem o imponującym zasięgu występowania - obejmuje niemal całą północną półkulę. Jeszcze trzy wieki temu była najbardziej popularną rośliną przyprawową Europy, dziś po inspiracje do jej użycia w kuchni łatwiej sięgnąć do Azji. Tradycyjnie łączona z mięsem i strączkami, ma wspaniały balsamiczny zapach i lekko korzenny smak, pasujący również do lżejszych, jarskich dań. Może nawet być ich podstawą. W zależności od odmiany, zawiera różną ilość substancji gorzkich, ale co do zasady zbiera się wyłącznie szczyty pędów przed kwitnieniem. Później ziele nie nadaje się do użytku jako warzywo. Odmiany uprawne powinny być łagodniejsze w smaku od dzikich, więc na początku kulinarnych eksperymentów z tą rośliną, można zaopatrywać się w wietnamskich sklepach (pytajcie o ngải cứu, najłatwiej będzie pokazać tą nazwę zapisaną) albo u dystrybutorów ziół.




canh ngải cứu trứng gà
(wietnamska zupa bylicowa z jajkiem)

(2 porcje)

2 jajka
pęczek bylicy - po oczyszczeniu ok. 100 g liści
kawałek imbiru wielkości kciuka
0,8 litra bulionu
łyżka oleju do smażenia
sól
2 łyżki octu do gotowania jajek

Oddzielić liście i wierzchołki pędów bylicy od twardych łodyżek. Umyć, osuszyć i porwać lekko palcami. Imbir obrać ze skórki i bardzo drobno pokroić. W garnku rozgrzać olej, wrzucić imbir, a kiedy jego zapach zrobi się intensywny, dodać liście bylicy. Smażyć, ciągle mieszając, aż zmięknie, następnie zalać bulionem i doprowadzić do wrzenia. Doprawić solą, zwracając uwagę, że smak złagodnieje po dodaniu jajek.

Przygotować jajka w koszulkach, każde osobno. Zagotować litr wody z dwoma łyżkami octu. Jajko wbić do miseczki, wrzącą wodę zamieszać energicznie łyżką, żeby wirowała i wlać jajko próbując nadać mu jak najbardziej zwarty kształt. (Można spokojnie poćwiczyć, bo do zupy jajka nie muszą być idealne.) Po dokładnie 3 minutach przełożyć jajko łyżką cedzakową do zimnej wody. Identycznie przygotować drugie. Dodawać po jednym do każdej porcji. Oprócz łyżki można podać pałeczki.


[źródło: AnRo0002, licencja CC BY-SA 3.0]

Jest też drugi sposób podania jajka do zupy. Roztrzepuje się je pałeczkami w miseczce, a potem zalewa wrzącą zupą. Tworzy się wtedy coś w rodzaju lanych klusek, a zupa staje się bardziej zawiesista, choć trochę nieciekawa w kolorze. Tak na pewno jest szybciej, ale zdecydowanie wolę wersję klarowną. Sama zupa bylicowa ma również wiele odmian, nie tylko w zależności od dodanego bulionu. Niektórzy przygotowują ją z cebulą zamiast imbiru. A jej ekstremalną i prawdopodobnie najbardziej tradycyjną wersją jest ta z kaczymi embrionami, dłużej gotowana i zdecydowanie nie-wegetariańska.

Chociaż w Wietnamie potrawy z bylicą podaje się powszechnie "na wzmocnienie", zalecana jest ostrożność, ze względu na ryzyko alergii. Nie powinny też stosować jej kobiety w ciąży.

czwartek, 16 sierpnia 2018

a dla nas - ananas!

Dostałam ananasa, który kupiony długo był jeszcze niedojrzały, a potem przejrzał, zanim ktokolwiek się zorientował. Sama poprosiłam. Pachniał drożdżami i ulepną słodyczą. To najładniejszy twój ocet, stwierdziła potem Ad., przypatrując się zawartości słojów.





ocet ananasowy z krwawnikiem


przejrzały ananas
około 3-4 łyżki cukru
woda
garstka lub garść liści krwawnika

Ananasa pozbawić liści. Można cienko obrać, ja zaufałam zapewnieniom z etykietki, że jest pozbawiony szkodliwej chemii i nie odcinałam skórki, tylko umyłam. Pokroić go razem z głąbem w ćwierćplasterki, umieścić we wcześniej wyparzonym czterolitrowym słoju, sypnąć cukru i zalać wszystko wodą (niechlorowaną) w pokojowej temperaturze. W słoju powinno pozostać kilka centymetrów wolnego miejsca od góry. Wlot zabezpieczyć szmatką lub papierowym ręcznikiem i gumką. Nie zakręcać, bo ważny jest dostęp powietrza. Pierwszego dnia zamieszać kilka razy wyparzoną łyżką. Drugiego dodać umyty i pokrojony krwawnik. Mieszać codziennie rano i wieczorem. Najpierw nastaw będzie musował, po prawdopodobnie kilkunastu dniach się uspokoi. Gdy kawałki owoców i liści opadną na dno, będzie gotowy do przecedzenia.




Można pokusić się o przypisanie temu octowi pewnych właściwości leczniczych, ze względu na krwawnik, który poprawia odporność, łagodzi stany zapalne i infekcje układu pokarmowego, działa rozkurczowo, wspomaga trawienie i przyspiesza krzepnięcie krwi (szczegóły u dra Różańskiego KLIK). Ale przede wszystkim ocet przyda się do domowych napojów. Woda z miodem i żywym ananasowym octem smakuje naprawdę świetnie podczas upałów.

Gęsty ocet z samego dna słoja nie jest łatwy do filtrowania, więc warto przelać go w oddzielną butelkę i używać tam, gdzie nie będzie przeszkadzała jego konsystencja: do domowego chrzanu, ćwikły i musztardy, przyprawiania duszonej kapusty, jako składnika marynaty do mięs, w sałatkach ziemniaczanych albo śledziowych. Bez obaw, w wytrawnych daniach jego owocowość nie będzie się wybijała, tylko delikatnie podkreśli smak.




Inne domowe octy:

podstawowy ocet jabłkowy z papierówek
ocet z truskawek i kwiatów czarnego bzu
ocet głogowy
macerat i ocet świerkowy

wtorek, 14 sierpnia 2018

dmuchawce, dziurawce, wiatr

W tym roku rozmijałam się z dziurawcem. W okolicy rośnie go niewiele, a kiedy wreszcie znajdowałam obiecujące stanowisko gdzieś daleko, nie było możliwości szybkiego przetworzenia ziół, więc zostawały na łące albo przy leśnej drodze. Kiedy bociany zaczęły sejmikować, pomyślałam, że już nie będzie okazji. Ale potem wybraliśmy się do Kaś i M., na łąkę, w olszyny, posiedzieć we wrzosie. I był tam, żółte kępy pośród szarości traw. Dziurawiec zwyczajny (Hypericum perforatum).




Z dzieciństwa pamiętam respekt przed tym zielem. Było Jaskrawe, Pachnące i niewątpliwie Lecznicze. Leżąc w trawie oglądałam jego liście pod słońce, żeby znów popatrzeć charakterystyczne dziurki, bąbelki światła. Teraz wiem, że to prześwitujące zbiorniczki olejków eterycznych, ale to wcale nie odbiera mi frajdy przyglądania się tym punkcikom na zerwanym listku.





Nieprzekwitłe kwiaty i pączki oberwałam, skropiłam odrobiną alkoholu, a potem zalałam olejem, żeby powstał macerat. I czekam na nasyconą czerwień. Resztę suszę na herbatki. Taki olejowy macerat na zimno to świetne lekarstwo dla uszkodzonej skóry. Bardzo polecam wpis na ten temat u Małgorzaty z Ziołowej Wyspy. Z jej inspiracji eksperymentuję też z ekstrakcją na ciepło, żeby uzyskać macerat spożywczy, który będzie miał właściwości poprawiające nastrój. Marzy mi się sałata z dzikim winegretem na bazie oleju dziurawcowego i któregoś z moich żywych octów.




Jeśli jeszcze uda Wam się znaleźć nieprzekwitłe dziurawce, koniecznie pomyślcie o zrobieniu z nich jakichś przetworów, choćby suszu.
A jeśli chcecie, zerknijcie, jakie rzeczy powstają u Kaś z tych łąkowych i leśnych motywów -> KLIK.

wtorek, 17 lipca 2018

napój Saamów

Tym, co czytali "Dziennik Północny" Wilka, nie sprawi problemu wskazanie, gdzie żyje lud Saami. Nazywają swoją krainę Sapmi. Jest większa niż Polska, posiada własny hymn i flagę, cała znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, ale jej granice nijak się mają do podziału politycznego Europy. My ją znamy jako Laponię.

Czytając o kulturze Saamów trafiłam na przepis idealnie pasujący do zbioru Bardzo Prostych Herbat.
Owoce brusznicy już się pojawiały na blogu, teraz czas na liście.




lapońska herbata


pełna garść liści brusznicy czyli około 8 gałązek
litr miękkiej wody

Zebranym gałązkom dać wyschnąć, potem oberwać liście. Prażyć je na gorącej blasze lub patelni przez kilka minut ciągle mieszając. Podgrzane pachną słoneczną jesienią, poważnie! Tak przygotowane liście wsypać na wrzątek i gotować przez 10 minut. Zamieszać, żeby opadły na dno. Zostawić pod przykryciem do lekkiego ostudzenia.

Herbata smakuje bardzo delikatnie, choć pewnie można uzyskać bardzo wyrazisty odwar np. przez mocniejsze zrumienienie liści i gotowanie na ognisku bez przykrycia dla dymnego efektu. Mi smakuje taka łagodna liściasto-owocowa. Ta niespodziewana owocowość w tle zaskakiwała mnie już kiedyś w herbacie poziomkowej i jabłkowej.




Czy liść brusznicy ma jakieś działanie lecznicze? Nasza rodzima fitoterapia o odwarze nie wspomina, za to zaleca picie naparów z brusznicowych liści na zapalenia układu moczowego, kamicę nerkową, nieżyt przewodu pokarmowego i ogólnie cukrzykom. Stosuje się je też zewnętrznie, przeciwko infekcjom grzybicznym i bakteryjnym skóry, łojtokowi, stanom zapalnym, rozjaśniająco, w celu obkurczenia naczyń krwionośnych i porów. (Konkrety u dra Różańskiego, KLIK.)

czwartek, 12 kwietnia 2018

czaga

Może sły­sze­li­ście o fiń­skiej her­batce dzię­cioła Tik­ka­tee lub sybe­ryj­skim napa­rze z czar­nych guzów brzóz leczą­cym nowo­twory. Albo o tajem­ni­czym grzy­bie, który tak chło­nie ogień, że daje się roz­ża­rzyć jedną iskrą z krze­mie­nia, a w dodatku można zapa­rzyć z niego her­batę łudząco podobną do czar­nej i o wła­ści­wo­ściach popra­wia­ją­cych nastrój. To wszystko warianty tego samego napoju z bły­sko­porka pod­ko­ro­wego (Ino­no­tus obli­quus).




Bły­sko­po­rek czyli czyr paso­ży­tuje na róż­nych drze­wach liścia­stych, ale zbie­rany jest wyłącz­nie z brzóz i ich zasięg wystę­po­wa­nia wyzna­cza mu gra­nice. Może rosnąć nawet kil­ka­dzie­siąt lat razem z drze­wem, które go żywi, jed­nak powo­duje biały roz­kład drewna, więc działa na szkodę żywi­ciela. Wyko­rzy­stuje się owoc­nik widoczny na zdję­ciach, tak zwane skle­ro­cjum o czar­nej spę­ka­nej powierzchni przy­po­minającej zwę­gle­nie i rdza­wym wnę­trzu grzybni z żół­tymi żył­kami. Źró­dła twier­dzą, że naj­lep­sza pora na zbie­ra­nie to okres od jesieni do wcze­snej wio­sny, ale praw­do­po­dob­nie wynika tak po pro­stu z uła­twie­nia, jakim jest brak liści. Grzyby pozy­skane z mar­twych pni mogą być ska­żone ple­śnią, więc nie są zbie­rane, tak jak z tere­nów zanie­czysz­czo­nych np. przy dro­gach o dużym natę­że­niu ruchu.

Pewną trud­ność może spra­wiać roz­róż­nie­nie róż­nych typów naro­śli na pniach brzóz. Z daleka na bły­sko­porka może wyglą­dać rak drzewny lub cze­czota. Pierw­sze zja­wi­sko to objaw cho­roby, przy­po­mina ranę, czę­sto zabliź­nioną. Cza­sem towa­rzy­szą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształ­cie i roz­mia­rze liści drzewa. Nato­miast cze­czota jest wadą drewna, które wpraw­dzie jest zdrowe, jed­nak ma nie­ty­pową struk­turę, jakby skłę­bio­nych włó­kien. Oba typy naro­śli pokryte są korą jako zewnętrzną war­stwą, kry­jącą twarde drewno pod spodem, ina­czej niż czyr ze swoim kor­ko­wa­tym wnę­trzem i kru­chą powierzch­nią uda­jącą węgiel.




Prak­tyka ludowa przy­pi­sy­wała temu grzy­bowi lecze­nie nowo­two­rów, współ­cze­sna fito­te­ra­pia potwier­dza, że może poma­gać, rów­nież w cho­ro­bach skóry i prze­wodu pokar­mo­wego, miaż­dżycy, nad­ci­śnie­niu. Korzyst­nie wpływa na układ odpor­no­ściowy i ner­wowy oraz ogól­nie wzmac­nia. Jest bar­dzo wiele spo­so­bów przy­rzą­dza­nia, a te lecz­ni­cze zwy­kle obej­mują nie tylko eks­trak­cję wodną, ale też alko­ho­lową, żeby wyko­rzy­stać związki nie­roz­pusz­czalne w wodzie. Ja sku­pię się na popi­ja­niu rekre­acyj­nym i pro­fi­lak­tycz­nym.




Naj­pierw tylko jeden ważny szcze­gół. W Pol­sce bły­sko­po­rek pod­ko­rowy pod­lega ochro­nie czę­ścio­wej, ponie­waż został skla­sy­fi­ko­wany jako poten­cjal­nie zagro­żony z powodu ogra­ni­czo­nego zasięgu geo­gra­ficz­nego i małych obsza­rów sie­dli­sko­wych. W związku z tym zbie­ra­nie go jest nie­le­galne. Jak sobie z tym radzą zbie­ra­cze? Róż­nie. Pozy­skują z brzóz świeżo ścię­tych w związku z gospo­darką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sprosz­ko­wany w zie­lar­niach, przy­wożą w róż­nej for­mie ze Skan­dy­na­wii albo Rosji. Niek­tó­rzy mają zain­fe­ko­wane drzewa we wła­snym lesie lub na swo­jej działce i powo­łują się na zasady pro­wa­dze­nia gospo­darki lub nawet brak pre­cy­zji okre­śle­nia grzyby dziko wystę­pu­jące. Cała sprawa doty­czy zasad, ale tak naprawdę o wiele bar­dziej sumie­nia niż prawa.




Smak bły­sko­porka jest deli­katny i nie tyle her­ba­ciany, co leśny – tro­chę jak zapach mokrego mchu i kory, tro­chę zie­mi­sty, mało grzy­bowy. Bez gory­czy. Im ciem­niej­sze kawałki, tym bar­dziej nasy­cony kolor goto­wego napoju.

Zdo­byty grzyb naj­pierw trzeba roz­drob­nić. Świeże wnę­trze daje się ście­rać na tarce, z czar­nymi wierzch­nimi kawał­kami albo wysu­szoną grzyb­nią można sobie pora­dzić za pomocą moździe­rza lub młynka do kawy, wcze­śniej roz­kru­sza­jąc na drob­niej­sze kawałki na przy­kład młot­kiem przez płó­cienny worek. Wiem też, że nie­któ­rzy mielą (świeże lub namo­czone) owoc­niki w maszynce, ale nie pró­bo­wa­łam. Suszyć w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, roz­ło­żone cienką war­stwą kawałki lub pro­szek.


czaga – her­bata z bły­sko­porka pod­ko­ro­wego



fiń­ska Tik­ka­tee (metoda her­bat­kowa)


0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę

Bły­sko­porka zalać wrząt­kiem i zapa­rzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wie­lo­krot­nie zale­wać, wydłu­ża­jąc czas parze­nia: dru­gie do 20 minut, trze­cie około 45 itd.


pro­sta metoda zie­lar­ska


3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody

Zalać pro­szek wodą o tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, powoli dopro­wa­dzić do wrze­nia i odce­dzić. Pić szklankę raz dzien­nie.


metoda radziecka


6 łyże­czek proszku na każdą szklankę wody

Prze­go­to­waną wodę dopro­wa­dzić do tem­pe­ra­tury 50 °. Wsy­pać pro­szek do ter­mosu i zalać wodą, odsta­wić na 48 godzin. Prze­ce­dzić odci­ska­jąc fusy przez płótno. Wypi­jać do 3 szkla­nek napoju dzien­nie. Jego trwa­łość to około 4 dni w lodówce, więc można przy­go­to­wać od razu ilość na wła­śnie tyle czasu.


metoda bia­ło­ru­ska


2 łyżeczki proszku na 150 ml wody

Pro­szek zalać cie­płą wodą i odsta­wić na około 8 godzin (naj­le­piej na noc). Po tym cza­sie goto­wać 15–20 minut i pić małymi por­cjami cały dzień.




Ogra­ni­czeń w spo­ży­wa­niu jest bar­dzo mało. Z powodu braku odpo­wied­nich badań, czagi nie zaleca się kobie­tom w ciąży. Dla bez­pie­czeń­stwa warto przed wypi­ciem pierw­szej szklanki wywaru czy naparu wyko­nać próbę uczu­le­niową, szcze­gól­nie w przy­padku aler­gii na dowolny inny rodzaj grzy­bów. No i koniecz­nie poin­for­mo­wać leka­rza o sto­so­wa­niu bły­sko­porka przy poda­wa­niu glu­kozy lub kie­ro­wa­niu na bada­nia jej stę­że­nia we krwi.

Na koniec lita­nia nazw alter­na­tyw­nych: włók­no­uszek uko­śny, huba uko­śna, czarna huba brzo­zowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba sko­śno­rur­kowa, czer­niak brzozy, czer­ni­dło, czy­reń, czar­cie oko i chaga (tylko w piśmie).

sobota, 30 grudnia 2017

oliwkowa zieleń

Widać, że ostatnio lubuję się w Bardzo Prostych Herbatach. Ta może się wydawać trochę egzotyczna, ale południe Europy wcale nie jest tak daleko. A komu nie po drodze, pewnie bez większego trudu znajdzie wśród znajomych miłośnika wakacji nad Morzem Śródziemnym. Poproście takiego o przywiezienie oliwnych liści. Albo sami mu sprezentujcie paczkę oliwkowej zieleni po swoim urlopie.

Napar przypomina zieloną herbatę, ale smakuje taką znaną z oliwy zielonością, trochę jakby liściem laurowym i zdecydowanie oliwnym drewnem. Orzeźwiony łagodną cierpkością, ciepły, drzewny aromat. Wąchaliście kiedyś drewno oliwki? Mam nadzieję, że tak, bo nie podejmuję się opisać dokładniej tego zapachu.

Dla samego smaku to jedna z moich ulubionych herbat. Ale ma też właściwości lecznicze. W skrócie: pomaga na infekcje wirusowe, bakteryjne i grzybicze, zwalcza pasożyty, podnosi odporność, wygasza stany zapalne, chroni serce i utrudnia życie nowotworom. Jest polecana w cukrzycy i reumatyzmie oraz chorobach autoimmunologicznych. O konkretach można poczytać u dra Różańskiego (KLIK).

Liście zbiera się od wiosny do jesieni, a konkretnie od czasu przycinania drzew do zbioru owoców, jednak należy pamiętać, że oliwki uprawiane przemysłowo, przed zbiorami opryskiwane są środkami grzybobójczymi, których w herbacie nie chcemy. Najlepiej suszyć liście w zacienionym przewiewnym miejscu przez kilka dni, jednak spotkałam też informację, że temperatura do 65 stopni im nie szkodzi, więc suszarki lub piekarnik również wchodzą w grę.




infuso di foglie di olivo
(herbatka z liści oliwnych)


Do każdej filiżanki wsypać łyżkę suszonych liści, rozdrobnionych lub nie. W przypadku świeżych tą ilość trzeba podwoić. Zalać wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 10-15 minut, aż napar nabierze słomkowej barwy, a liście zmiękną. Wypić od razu lub przecedzić, bo po dłuższym pozostawieniu liści gorzknieje.

Dla efektu leczniczego stosuje się dwie lub trzy filiżanki dziennie przez miesiąc, a herbatka pita w mniejszych dawkach jest uznawana za bezpieczną dla dzieci (oczywiście nie poniżej 6 miesiąca życia), kobiet w ciąży i karmiących.


czwartek, 16 listopada 2017

jak Islandczycy po szwedzku Japonię interpretowali

Napój z prażonych ziaren jęczmienia raczej nie mieści się w islandzkiej tradycji, to prędzej wynalazek z czasów nowej kuchni nordyckiej. Ta herbatka to właśnie taki charakterystyczny zlepek luźnej inspiracji ciągniętej zewsząd i dumy ze składników zza własnego płota. Skoro we wschodniej Azji mogą popijać wywary z jęczmienia, a nasz jęczmień, wiadomo, że jest najlepszy, najzdrowszy i najislandszy, to doprawimy go ziołami spod wodospadu i przerobimy całość na lekki napar. To musiało być jakoś tak, myślałam, zerkając na etykietę zbożowej herbaty w sklepie. Ale potem pojawił się trop wskazujący, że pomysł mógł przyjść na Wyspę za pośrednictwem Szwecji (KLIK). I muszę przyznać, że ta islandzka wersja pasuje mi bardziej niż japońska mugi-cha. Smakuje popkornem i ziołami.




Nasion arcydzięgla (Angelica archangelica) trzeba wyglądać po wiejskich ogródkach, bo dziki jest u nas chroniony. Nawet w zielarniach o nie trudno, chociaż bywają. Tylko nie dajcie sobie sprzedać korzenia, bo tym razem się nie przyda i sami będziecie szukać, jak go spożytkować. Za to ze swojskim jęczmieniem nie będziecie mieli problemu, nawet w sklepie w Bartnem i u nas w GS-ie nie brakuje pęczaku.




Nie miał być to napój typowo leczniczy, ale już znaleźli się tacy, co mu wszelkie właściwości wypunktowali. Że jęczmień obniża poziom cholesterolu i reguluje ilość glukozy we krwi, a do tego ma działanie oczyszczające i przeciwzapalne, arcydzięgiel zwalcza wirusy i jest ogólnie kojący. Pewnie tak, ja ręczę tylko za to, że jest smaczny.




ristað bygg og hvannafræ te
(herbata z prażonego jęczmienia z arcydzięglem)

pęczak jęczmienny
nasiona arcydzięgla

Kaszę prażyć przez 15 minut, mieszając, żeby się nie przypaliła. Najlepiej wychodzi w żeliwnym garnku lub patelni, rozsypana warstwą niewiele grubszą niż pojedyncza, ale sprawdzi się też garnek postawiony na żeliwnej płytce albo patelnia z grubym dnem. Żeliwo można grzać tylko przez 10 minut, a potem wyłączyć.

Na każdy kubek herbaty sypnąć łyżkę jęczmienia i łyżeczkę arcydzięgla. Zalać prawie wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem 10 minut. Pić ciepłą.



sobota, 11 listopada 2017

Islandia - herbata na aklimatyzację

Przygotowania do wyjazdu na Islandię u nas miały kilka rozłożonych w czasie etapów. Bilety lotnicze, sprawy bankowe, wypożyczalnia samochodów. Czytanie map i przewodników, własne mapy. Szukanie wodoodpornych spodni, drobne naprawy merynosowej bielizny, ważenie sprzętu. Atlasy roślin, słownik z zakresu jedzenia, punkty z używanymi kartuszami gazowymi. I sprawdzanie pogody. Jakoś tak. Nie próbowaliśmy żadnej adaptacji kulinarnej. Czy coś takiego w ogóle jest potrzebne? Na pewno nie zaszkodzi.




Jeśli interesowaliście się tematem, pewnie z kuchnią islandzką kojarzycie zgniłego rekina, baranią głowę i podroby, potrawy z tamtejszych ptaków-maskotek maskonurów oraz wielorybów. Nie będę teraz pisać o żadnej z tych rzeczy, chociaż dla ciekawych i (uwaga wrażliwcy!) mięsożernych mam ciekawostkę prosto z Islandii. Jako zastępstwa dla mięsa wieloryba używa się koniny, ponoć najbardziej podobnego w smaku mięsa zwierząt hodowlanych.

Jak widać, to zupełnie odmienna od polskiej tradycja kulinarna. A mnie najbardziej interesują dzikie odmienności. Na przykład jedzenie porostów. Nie żeby u nas się nie trafiały restauracje podające dania z chrobotkiem reniferowym, ale to jednak elitarny przysmak. Na Islandii porosty, a konkretnie płucnica islandzka (Cetraria islandica) to składnik tradycyjnej kuchni i babcine lekarstwo. Tak, ten ostatni brzydal na powyższym zdjęciu fragmentu "mapy" roślin Islandii.

Porosty nie są roślinami, to bardzo ciekawe organizmy, które zwykle uznaje się za grzyby, bo to one budują plechę, ale jest ona wspólnym ciałem grzyba i współpracującego glona, a więc rośliny (lub rzadziej sinicy, która jest bakterią). Grzyb w tym związku zajmuje się zaopatrzeniem w wodę i minerały, glon zapewnia odżywianie. Dzięki takiej symbiozie, porosty są w stanie zajmować nowe, niedostępne wcześniej siedliska.




Polska nazwa porostu islandzkiego, płucnica, wskazuje na zastosowanie w leczeniu dróg oddechowych. Faktycznie, ma działanie osłonowe i zwalcza zakażenia bakteryjne, również w układzie pokarmowym. Po islandzku nazywa się fjallagrös, górska trawa, w angielskim to iceland moss, czyli islandzki mech.

Islandczycy nie tylko zachowali tradycyjne przepisy z wykorzystaniem tego ziółka, ale też wydają się dumni z nazwy wskazującej na ich państwo. Opakowania herbatki z porostów z zorzą polarną na kartoniku to jedna z najpopularniejszych pamiątek z Islandii, przebywając na północy można też samemu nazbierać surowca na tej napój. W Polsce płucnica jest rzadka i chroniona, a jej zbieranie zabronione, ale można ją kupić w sklepach zielarskich. Jeśli wybierzecie tą możliwość, koniecznie sprawdźcie jakość suszu przed wykorzystaniem w kuchni. Może być wymieszany np. z sosnowymi igłami albo kawałkami kory.

Na początek polecam najłagodniejszą wersję islandzkiej herbaty z porostem. Można kupić gotową mieszankę na Wyspie, ale jest banalnie prosta do wykonania w domu.




earl grey z płucnicą islandzką
na każdą filiżankę:

1 łyżeczka herbaty earl grey o niewielkiej goryczce
szczypta rozkruszonego porostu

Zalać prawie-wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 4-5 minut.




PS.
Z listopadem kojarzy mi sie właśnie ten mural w Reykjaviku. Days of gray.
Earl gray.

środa, 29 marca 2017

iglaste jagody

Są takie jagody, które można zbie­rać przez cały rok. Są cenioną przy­prawą, pięk­nie pachną i mają ape­tyczny śliw­kowy kolor. To szysz­ko­ja­gody jałowca.




Tak nie­po­dobne do wszyst­kich pozo­sta­łych szy­szek, zostały wyod­ręb­nione jako oddzielny typ. Owo­co­wa­nie jałowca zaczyna się, podob­nie jak u innych igla­ków, od zapy­le­nia żeń­skiego kwiatu, jed­nak szyszka zawie­ra­jąca nasiona zamiast tward­nieć, zra­sta się i two­rzy miąższ. Na poje­dyn­czej jago­dzie widać nawet te zro­śnięte łuski.




Jagody w pierw­szym roku są zie­lone, doj­rze­wają dopiero w dru­gim i wtedy przy­bie­rają ciemną barwę, coś z brą­zów i gra­na­tów. Mają natu­ralny biały nalot. Mogą znacz­nie róż­nic się kształ­tem, każdy owalny, okrą­gły, grusz­ko­waty i (jak te na zdję­ciach) rów­nież sze­rzy niż dłuż­szy jest w porządku. Obra­zowo – te w sło­iku są doj­rzałe i aro­ma­tyczne, obok nie­doj­rzałe lub podej­rzane, czyli pla­mia­ste i nie­zbyt wybar­wione. Tych dru­gich nie jemy.




Jało­wiec tra­dy­cyj­nie wyko­rzy­sty­wany jest do aro­ma­ty­zo­wa­nia jałow­cówki czyli ginu, mary­no­wa­nia mięsa (szcze­gól­nie woło­winy i dzi­czy­zny) i przy­pra­wia­nia dań z kapu­sty, ale jak naj­bar­dziej będzie paso­wał też do strącz­ków i warzyw­nych gula­szów. Jagody roz­drab­nia się bez­po­śred­nio przed uży­ciem, żeby nie tra­ciły aro­matu. Można je bar­dzo drobno posie­kać albo zgnieść w moździe­rzu i potem prze­pu­ścić przez mły­nek do pie­przu. Połą­cze­nie z czar­nym pie­przem i gałką musz­ka­to­łową uwiel­biam.




Jesz­cze dwie bar­dzo ważne uwagi.
Żad­nych ilo­ści jałowca nie wolno spo­ży­wać kobie­tom w ciąży i małym dzie­ciom.
Ist­nieją tru­jące jałowce. Przy takiej ilo­ści odmian i mie­szań­ców, jaką mamy, nie da się ich łatwo odróż­nić „na oko” od jadal­nych. Ale bez­błęd­nie można to zro­bić po zapa­chu. Tru­jące pachną nie­przy­jem­nie i wyraź­nie ina­czej niż jadalne. Nawet ktoś, kto ni­gdy dotąd nie zbie­rał jałowca, ale zna zapach jagód kupio­nych w skle­pie, jest bez­pieczny. To z prak­tycz­nego punktu widze­nia. Teoria jest taka, że do jedze­nia małych ilo­ści na pewno nadaje się jało­wiec pospo­lity (Juni­pe­rus com­mu­nis) – na pierwszej zielonej fotce, pest­ko­waty (J. dru­pa­cea), wir­gi­nij­ski (J. vir­gi­niana), skalny (J. sco­pu­lo­rum) – czyli praw­do­po­dob­nie ten ze zdję­cia powy­żej – i wiele innych gatun­ków. Tru­jący jest jeden, jało­wiec sabiń­ski (Juni­pe­rus sabina), w sta­nie dzi­kim nie­zwy­kle rzadki, a w dodatku cha­rak­te­ry­stycz­nie i nie­ład­nie pach­nący.


No to jak z tą jałow­cówką? Litrem dobrej wódki zalać łyżkę szysz­ko­ja­gód i nie­całą łyżkę cukru. Po dwóch mie­sią­cach nie­zbyt czę­stego potrzą­sa­nia zlać i odsta­wić do skla­ro­wa­nia na 2 tygo­dnie, a po tym cza­sie deli­kat­nie ścią­gnąć rurką płyn znad osadu.

środa, 25 stycznia 2017

to i owo na zimowo

Zimowy napój, a nic korzen­nego, cze­ko­la­do­wego ani nawet słod­kiego. Z zimo­wymi owo­cami, co wcale nie ozna­cza poma­rań­czy.


odwar głogowy, herbata z głogu i świerka, napój z igliwia, gotowanie na śniegu, kubek z włóczykijem


Mimo śniegu na gło­gach zostało trochę owoców. Namie­rzy­cie bez pro­blemu, cier­ni­ste krzewy albo nie­wiel­kie drzewka, gdzie­nie­gdzie listek, jak ten poni­żej i ciem­no­czer­wone kulki. Nie będą na pewno soczy­ste i słod­kie, bo wła­ści­wie ni­gdy nie były, ale świet­nie nadają się na zimową her­batkę w tere­nie. Dla wzbo­ga­ce­nia smaku naj­le­piej skom­po­no­wać je z czymś igla­stym.


głóg zimą, gatunki głogu, głóg jednoszyjkowy, cra­ta­egus mono­gyna


To głóg jed­no­szyj­kowy (Cra­ta­egus mono­gyna). Jego owoce mają w środku jedną pestkę. Tak wła­ści­wie mają głów­nie pestkę, miąż­szu jest zde­cy­do­wa­nie mniej. Jeżeli jed­nak zbie­rze­cie coś pasu­ją­cego do opisu, a przy roz­drab­nia­niu surowca na her­batkę okaże się, że pestek w środku jest wię­cej, dwie albo trzy, będzie rów­nie dobrze. To po pro­stu inny gatu­nek – głóg dwu­szyj­kowy (Cra­ta­egus laevi­gata), który użyt­kuje się tak samo.


rośliny lecznicze, głóg jednoszyjkowy, cra­ta­egus mono­gyna, dzikie rośliny jadalne, czerwone owoce


Innymi jadal­nymi czę­ściami głogu są bar­dzo młode liście i kwiaty, ale jedne i dru­gie są dostępne tylko wio­sną. Na nie pocze­kamy sobie aż do kwiet­nia. Kwiaty i owoce lubią zie­la­rze za łagodne dzia­ła­nie wspo­ma­ga­jące serce, wzmac­nia­jące naczy­nia i brak strasz­nych dzia­łań ubocz­nych. Dla mnie to dzi­kie roz­grze­wa­jące wita­miny.


owocowa herbata z dzikich roślin, owoce leśne, napar z głogu


zimowa her­batka z głogu i świerka
(na 1 por­cję)


łyżeczka – kil­ka­na­ście owo­ców – głogu
świer­kowa gałązka dłu­go­ści kciuka
0,25 l wody

Owoce pozba­wić pestek, cho­ciaż bar­dziej paso­wa­łoby tu odwrotne posta­wie­nie sprawy: pestki obrać z czer­wo­nego miąż­szu. Nasiona nie będą potrzebne, resztę zalać wodą i dopro­wa­dzić do wrze­nia. Goto­wać 5 minut, zdjąć z pal­nika albo ogni­ska i dodać gałązkę świerka. Przy­kryć na 10 minut. Jeżeli po tym cza­sie her­batka jest cią­gle za cie­pła do picia, prze­stu­dzić w śniegu.



herbata z ogniska, owoce głogu przepis, świerk jadalny, jadalne drzewa iglaste

sobota, 10 września 2016

chrzanić to!

Chrzan to chwast trudny do wytę­pie­nia, bo sie­dzi głę­boko jak mało co, odra­sta nawet z kawał­ków uła­ma­nych korzeni i nie ustę­puje pola. Ale ma też pewien immu­ni­tet dzięki przy­dat­no­ści do kisze­nia ogór­ków i wszyst­kim ale-tym-razem-na-Wielkanoc-bedzie-prawdziwy-tarty.


chrzan pospolity, liście chrzanu, korzenie chrzanu


Naj­ła­twiej roz­po­znać go po liściach. Jest pospo­lity, nie­po­dobny wła­ści­wie do niczego innego, a spore kępy liści trudno prze­ga­pić skoro dora­stają nawet do metra wyso­ko­ści. Ale zie­lone czę­ści nie sma­kują chrza­nem, raczej ostrzej­szą kapu­stą. W Nowy Rok nama­wia­łam do ich kuli­nar­nego wyko­rzy­sta­nia, więc oto jedna z inspi­ra­cji.




droż­dżowy chleb żytni z ostro­pe­stem na liściu chrzanu

na roz­czyn:
1/4 kostki droż­dży pie­kar­skich
łyżka mąki żyt­niej
łyżeczka cukru
odro­bina wody

na cia­sto:
4 szklanki mąki żyt­niej typ 720
3 łyżki zia­ren ostro­pe­stu pla­mi­stego
pła­ska łyżeczka soli
łyżeczka przy­praw np. świeżo zmie­lo­nego pie­przu
łyżka łagod­nego octu
2 łyżki oleju
około 2 szklanki wody

Wymie­szać skład­niki roz­czynu w spo­rym kubku i odsta­wić, aż zawar­tość kilka razy powięk­szy obję­tość. Czas zależy od tem­pe­ra­tury, zwy­kle to kil­ka­na­ście minut, ale jeśli użyje się zamro­żo­nych droż­dży, to nawet kil­ka­dzie­siąt.

Ostro­pest roz­drob­nić za pomocą maszynki do mie­le­nia maku albo młynka do kawy. W misce wymie­szać mąkę z ostro­pe­stem, solą i przy­pra­wami. Dodać płyny: ocet, olej i wodę. Wyra­biać 10 minut. Odsta­wić do wyro­śnię­cia na pół godziny. W tym cza­sie nagrzać do 220 stopni pie­kar­nik razem z żeliw­nym garn­kiem (lub szkla­nym naczy­niem żaro­od­por­nym z pokrywką) w środku – gazowy pół godziny, elek­tryczny około 15 minut, ter­mo­obieg nie będzie potrzebny. Po wyro­śnię­ciu cia­sto powinno mieć około dwu­krot­nie więk­szą obję­tość. Wyjąć z pie­kar­nika gorące naczy­nie, wyło­żyć liściem chrzanu i prze­ło­żyć na niego cia­sto, zawi­ja­jąc brzegi liścia. Chleb piec pół godziny pod przy­kry­ciem i jesz­cze kwa­drans dopie­kać bez pokrywki. Wyjąć na kratkę do cał­ko­wi­tego wysty­gnię­cia. Upie­czony chleb będzie wyda­wał głu­chy odgłos przy puka­niu pal­cem. Kroić chleb dopiero, gdy osią­gnie tem­pe­ra­turę poko­jową.





Chleb pie­czony tą metodą (garn­kową) ma kształt zgrab­nego bochenka, wspa­niale chru­piącą skórkę i co naj­waż­niej­sze – jest nie­ka­pry­śny. Przy­pad­kowe prze­dłu­że­nie pie­cze­nia, doda­nie zbyt dużej ilo­ści wody, uży­cie roz­czynu, który zdą­żył po dro­dze wyro­snąć, wyki­pieć i opaść ani kro­je­nie na gorąco wła­ści­wie nie są w sta­nie go wzru­szyć. Jest chyba tylko jeden spo­sób, żeby go popsuć: zapo­mnieć o soli.


chleb pieczony na liściu chrzanu, domowy chleb na drożdżach, pieczenie w żeliwnym garnku, chleb z garnka, pieczywo z ostropestem, pieczywo drożdżowe, ostropest plamisty, superfood


Wska­zówki:
* Doda­tek ostro­pe­stu można pomi­nąć albo zastą­pić sie­mie­niem lnia­nym. Tylko nie wybie­raj­cie zia­ren roz­drob­nio­nych przez pro­du­centa, bo takie są zwie­trzałe i nie­trwałe, szybko jeł­czeją.
* Spraw­dzi się rów­nież mąka pszenna, albo mie­szanka pszenno-żyt­nia. Może być peł­no­ziar­ni­sta albo innego typu, tylko praw­do­po­dob­nie zmieni to ilość potrzeb­nej wody. Przy eks­pe­ry­men­tach z mąkami warto pamię­tać, że doda­tek bez­glu­te­no­wych, np. kuku­ry­dzia­nej spra­wia, że chleb jest bar­dziej kru­chy, a nawet sto­sun­kowo nie­wielki udział skrobi ziem­nia­cza­nej wpływa na to, że gotowy chleb jest bar­dziej mokry w środku i może skut­ko­wać zakal­cem na dole bochenka.
* Do zakwa­sze­nia cia­sta nadaje się też sok z cytryny albo zalewa octowa z jakiejś domo­wej mary­naty, szcze­gól­nie jeśli wyko­rzy­stano do niej ocet jabł­kowy lub winny. W osta­tecz­no­ści nawet kwa­sek cytry­nowy spełni swoją rolę.
* Jeżeli cia­sto wyra­bia się ręcz­nie (łyżką), można dodać tro­chę wię­cej wody, żeby uła­twić sobie pracę.
* Przy zawi­ja­niu liścia, nerw główny w dol­nej jego czę­ści naj­wy­god­niej prze­ciąć nożem w miej­scu zała­ma­nia, żeby nie odsta­wał.
* Przy braku innej kratki do ostu­dze­nia chleba, dobrze spraw­dza się kratka kuchenki gazo­wej.

piątek, 15 lipca 2016

dwa atlasy

Dopóki nie zoba­czy­łam dwóch ksią­żek na raz, zasta­na­wia­łam się, czy są przy­go­to­wane jako zestaw. Nie są, co można było prze­wi­dzieć: różni auto­rzy, powta­rza­jące się infor­ma­cje, zdu­blo­wane sche­maty budowy roślin i słow­ni­czek. Wspólne są aż 42 gatunki, więc siłą rze­czy ich opisy zna­la­zły się w obu książ­kach, zwy­kle opa­trzone iden­tycz­nymi zdję­ciami. To nie­mal połowa wszyst­kich roślin ujętych w „Atla­sie dzi­kich kwia­tów” i trze­cia część zawar­to­ści „Atlasu ziół”. Te książki skom­pre­so­wane do jed­nego tomu byłyby świetne, ale i tak są dobre. Oba atlasy zawie­rają łaciń­skie nazwy oraz infor­ma­cje o wystę­po­wa­niu i cechach każ­dej opi­sa­nej rośliny i jej wyko­rzy­sta­niu. Oba mają rów­nie mylące pod­ty­tuły. Ale po kolei.


atlas ziół, atlas dzikich kwiatów, dzikie rośliny jadalne


Atlas ziół. Kuli­narne wyko­rzy­sta­nie roślin dziko rosną­cych” (AZ) jest tak naprawdę książką o rośli­nach przy­pra­wo­wych. Byli­nach, jed­no­rocz­nych, dwu- i wielo­let­nich, drze­wach, krze­wach. Dzi­kich, upraw­nych, dzi­cze­ją­cych. W sumie obec­ność około 40 roślin kłóci się z pod­ty­tu­łem, choćby ajo­wana, alpi­nii, anyżu gwiazd­ko­wa­tego, wasabi, cibory, trawy cytry­no­wej, kapara, kar­da­monu, kur­kumy, lawendy, lukre­cji, mirtu, musz­ka­to­łowca, sasa­frasu czy lauru. Z kolei zaska­kuje brak na przy­kład pio­łunu i tasz­nika.
Prze­pisy potrak­to­wane są hasłowo, jak zwy­kle bywa z przy­pra­wami. Recep­tur z poda­nymi cza­sami i dokład­nymi pro­por­cjami jest tylko kilka. Może to przy­spo­rzyć roz­te­rek nie­do­świad­czo­nym w kuchni, ale wię­cej szcze­gółów niż wymie­nie­nie zasto­so­wań byłoby zwy­czaj­nie nie­po­trzebne. (Roz­pi­sy­wa­nie dokład­nego prze­pisu np. na pie­czeń jagnięcą z maje­ran­kiem jako danie z dzi­kich roślin zawsze wyda­wało mi się śmieszne.)
Gdzie­nie­gdzie podane są alter­na­tywne nazwy. Bywają wspo­mniane wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze, ale tylko jako krótka wzmianka. Autorka przed­sta­wiona jest jako pra­cow­nik naukowy Kate­dry Bota­niki i Eko­lo­gii Roślin wro­cław­skiego Uni­wer­sy­tetu Przy­rod­ni­czego.



atlas dzikich kwiatów, dzikie rośliny jadalne, edible wild plants book


„Atlas dzi­kich kwia­tów. Kuli­narne i lecz­ni­cze wyko­rzy­sta­nie kwia­tów dziko rosną­cych” (ADK) we wstę­pie wyja­śnia, że opi­suje „rośliny kwia­towe”, co odpo­wia­da­łoby wszyst­kim rośli­nom nasien­nym, ale spis tre­ści pozwala przy­pusz­czać, że cho­dziło tylko o okry­to­na­sienne. Więk­szości opi­sa­nych roślin kwia­tów w ogóle się nie używa. Taka zmyła.
Hasła są przy­go­to­wane rze­tel­nie, sku­piają się bar­dziej na lecz­ni­czym zasto­so­wa­niu niż kuli­nar­nym, a mimo­cho­dem podają mnó­stwo przy­dat­nych szcze­gółów dla chwa­sto­żercy.
Dużym plu­sem jest szcze­gółowe uwzględ­nie­nie warun­ków susze­nia surowca zie­lar­skiego. Do zalet zali­czam też poda­nie biblio­gra­fii. Znam kilka z wyko­rzy­sta­nych pozy­cji, ale nie mia­łam wra­że­nia czy­ta­nia pozszy­wa­nej mozaiki wcze­śniej­szych źró­deł. Wadą jest brak zwy­cza­jo­wych nazw roślin.





Tra­fiają się błędy mery­to­ryczne, ale nie jest ich wiele i są nie­groźne. ADK infor­muje, że korzeń dzi­kiej mar­chwi jest nie­ja­dalny (!), a morwę białą nazywa morwą czarną suge­ru­jąc się ciem­nym kolo­rem jej owo­ców. AZ ilu­struje hasło o maku lekar­skim zdję­ciem maku polnego, a por­tu­lakę opi­suje jako słodko-kwa­śną w smaku, pod­czas gdy w dru­giej książce jest zde­cy­do­wa­nie bliż­szy praw­dzie opis: słono-kwa­śna.

Pod wzglę­dem gra­fiki jest naprawdę dobrze. Sta­ran­nie dobrane ilu­stra­cje poma­gają samo­dziel­nie ozna­czyć rośliny, szcze­gól­nie te, przy któ­rych zostały zamiesz­czone bota­niczne ryciny. Tro­chę mnie gry­zie w oczy brak justo­wa­nia w dużych blo­kach tek­stu, tym bar­dziej, że jest zasto­so­wane we wstęp­nych roz­dzia­łach, ale to raczej szcze­gół.
Okładki wpi­sują się w tra­dy­cję par­cia na fio­let. (Patrzę na półkę i książki o jadal­nych chwa­stach zawie­rają wię­cej fio­letu niż cała reszta spo­rego regału.)

To nie są książki w teren, twarda oprawa i mno­gość zdjęć szybko wzbu­dzi­łaby agre­sję w kimś, komu by przy­szło nosić któ­rąś z nich w ple­caku. W swo­jej biblio­teczce zali­czam je do domo­wych pomoc­ni­czych, ale spo­koj­nie mogą słu­żyć do zapo­zna­wa­nia się z rośli­nami dziko rosną­cymi oso­bom pew­nym sie­bie w kuchni (AZ) i nie­sy­tym pod­staw zie­lar­stwa (ADK).


(2015). Atlas ziół. Kuli­narne wyko­rzy­sta­nie roślin dziko rosną­cych. Wydaw­nic­two SBM. War­szawa

(2015). Atlas dzi­kich kwia­tów. Kuli­narne i lecz­ni­cze wyko­rzy­sta­nie kwia­tów dziko rosną­cych. Wydaw­nic­two SBM. War­szawa

piątek, 13 maja 2016

Le-czenie

Nagle oka­zało się, że Le potrze­buje lekar­stwa, które można wydo­być z kłą­czy rde­stowca japońskiego (Fal­lo­pia japo­ni­ca­), ale dopiero za kilka miesięcy, bo dwa tygo­dnie temu skoń­czył się pod­ręcz­ni­kowy czas zbioru. Na Krzu­nie jest duże sta­no­wi­sko – co rok więk­sze – które odwie­dza­łam nie raz, aku­rat w celach kuli­nar­nych. Zde­cy­do­wała wiara, że wła­sno­ręcz­nie przy­rzą­dzony lek roślinny jest sku­tecz­niej­szy niż gotowe pre­pa­raty. Choćby nawet te wio­senne dni zabrały więk­szość sub­stan­cji czyn­nych do liści, będę mieć naj­śwież­szy suro­wiec, mini­malny czas utle­nia­nia, a w butelce znaj­dzie się coś z dobrych życzeń i tro­ski. Moich, Potwora obsłu­gu­ją­cego szpadel i każ­dego kto przy­łoży rękę do przy­go­to­wa­nia, wstrzą­sa­nia, zle­wa­nia i poda­wa­nia. Pod wpły­wem mate­ria­łów Różań­skiego zde­cy­do­wa­łam, że powsta­nie intrakt.


rdestowiec japoński, fallopia japonica, podziemne łodygi, rośliny lecznicze, rośliny inwazyjne
 

Kilo kłą­czy zbie­ra­li­śmy w tere­nie godzinę, płu­ka­łam godzinę, kro­iłam godzinę, na prze­mian nożem i seka­to­rem. Pora­żone ple­śnią albo zbu­twiałe frag­menty były oddzie­lane, nie­zdrew­niałe kawałki rów­nież, według intu­icji, że skoro mają to być spóź­nione kwiet­niowe zbiory, to tych młod­szych części w kwiet­niu mogło nie być na świe­cie. Zostały ciemną nocą zalane wrzą­cym spi­ry­tu­sem i za dwa tygo­dnie lekar­stwo będzie gotowe.

Niech zdro­wieje.


surowiec zielarski, rdest japoński, nalewka lecznicza, japanese knotweed

wtorek, 10 maja 2016

trzymaj poziom

Jak zapi­jać suchy pro­wiant w tere­nie, to wła­śnie czymś takim. Liście dzikiej poziomki. Sma­kuje toto zie­lono, szpi­na­kowo, ale można doszu­kać się też słod­szych nieco owocowych tonów. Suro­wiec dostępny pra­wie wszę­dzie, a cha­rak­te­ry­styczne trój­listki można pomy­lić chyba tylko z tru­skawką, więc w dal­szym ciągu her­batka powinna się udać.


ziołowa herbatka, poziomka pospolita, fragaria vesca, wild strawberry leaf recipe


napar z liści dzikiej poziomki

Około cztery świeże listki na kubek zalać wrzącą wodą i zapa­rzać pod przy­kry­ciem kilka minut. 


Jak wia­domo, idę i myślę o jedze­niu, ale jak ktoś aku­rat aku­rat sie­dzi w necie i myśli o lecze­niu, to o wła­ści­wo­ściach liści poziomki może poczy­tać TUTAJ. Okład na łza­wiące oczy – do zapa­mię­ta­nia.


Przy pierw­szej spo­sob­no­ści wypró­bo­wa­łam wła­ści­wo­ści pozio­mek ogro­do­wych. Nie sma­ko­wały wła­ści­wie niczym, tak napar, jak same liście, które z nie­do­wie­rza­niem posta­no­wi­łam zjeść zaraz po napi­ciu się cie­płej wody, która mimo spo­rej ilo­ści zala­nych liści nie chciała być nawet zazie­le­niona. Niczym. Więc polecam napar tylko z dzikich poziomek.

środa, 16 marca 2016

proklamacja

Potwór dziś pro­kla­mo­wał wio­snę. Skło­niła go do tego, jak wyja­śnił, aura. Ja tam takiej miej­skiej aurze bez kon­kre­tów nie daję wiary, więc korzy­sta­jąc z oko­licz­no­ści szybko prze­spa­ce­ro­wa­łam się po Krzu­nie, skoro i tak inne sprawy zwa­biły nas w pobliże Mia­steczka.

Pozmie­niało się. Bar­dziej niż oznaki wio­sny widać nowe dzi­kie wysy­pi­sko, bez­czelną hałdę gruzu, lokalne skła­do­wi­ska popiołu i znisz­czone kopce mro­wisk. Szkoda, że obe­rwało się rud­ni­com, leśnym mrów­kom, któ­rych obec­ność jest jed­nym z dowo­dów, że Krzun nie jest tylko zadrze­wie­niem w gra­ni­cach admi­ni­stra­cyj­nych Mia­steczka, ale bar­dziej eko­to­nem, przy­rod­ni­czym pogra­ni­czem.

W osło­nię­tych miej­scach cią­gle leży śnieg. Z roślin odmel­do­wały się już roze­tki liści mniszka, gwiazd­nica, zeszło­roczne wie­siołki, pod­biał, wro­tycz, poda­grycz­nik, pokrzywa. Wszystko w ilo­ściach, jak na razie, przy­pra­wo­wych.

Dzi­kie śliwy zbie­rają się z pąkami, które są maleń­kie, a sma­kują jak pestki brzo­skwini i gorz­kie mig­dały.* Sku­bię pączek, żeby poczuć smak.




To jak z tą wio­sną? Zapach ściółki jest nie do podro­bie­nia i to na pewno nie zima tak pach­nie. Mamy przed­wio­śnie, nie­astro­no­miczną porę, pogra­ni­cze. Znowu ono.


* To nitry­lo­zydy, mię­dzy innymi amig­da­lina, nadają im ten aro­mat. Wpraw­dzie ich pochodna, cyja­no­wo­dór, jest tru­jąca, ale te same związki zawie­rają choćby pestki jabłek, a nikt się ich nie boi. Mają też wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze. O ich wpły­wie na zdro­wie (oraz zagro­że­niu) można poczy­tać TUTAJ.

sobota, 9 maja 2015

kurdebalans

Jakiś czas temu na sta­cji PKP spo­tka­łam Jo. Ona też jest z Mia­sta i mia­steczka, ale to nie takie pro­ste wziąć i się spo­tkać. Wie­czór, pocze­kal­nia, gada­nie o ostat­niej naszej dzia­łal­no­ści.
… i tro­chę zaję­łam się per­ma­kul­turą.
– Sta­bi­li­zu­jesz się, ja na razie jem dzi­kie, nie upra­wiam.
Dzi­kie? A nie boisz się ska­że­nia?
– Kon­kret­nie ska­że­nia roślin? Raczej nie. Na pewno gor­sze jest to, czym oddy­chamy.
No, ska­że­nia oło­wiem. To koniecz­nie jedz taką roślinkę, co odtruwa z oło­wiu: kur­de­ba­nek.


Blusz­czyk kur­dy­ba­nek (Glechoma hederacea) to wielki nie­obecny mojego dzie­ciń­stwa. Jak to się stało, że nie koja­rzę z tam­tych cza­sów jego ostrego, jakby kam­fo­ro­wego zapa­chu? Nie wiem, czy to moż­liwe, żeby nie rósł w oko­licy, choć mało żyzna gleba i miej­skie warunki mogły mu nie słu­żyć. Może też uwa­ża­łam go za jakąś odmianę jasnoty i w ogóle nic cie­ka­wego.


bluszczyk kurdybanek, glechoma hederacea, jadalne chwasty, dzikie rośliny jadalne, dzikie przyprawy, zioła lecznicze, ground-ivy


We wto­rek mama i sąsiadka roz­ma­wiały o chwa­stach. Po tej roz­mo­wie dosta­łam torbę sąsiedz­kiego kur­dy­banka z przy­ka­za­niem, żeby uwa­żać, nie roz­siać u sie­bie, a jak mi zabrak­nie, sąsia­dów odwie­dzić i zebrać sobie wię­cej, poma­ga­jąc wal­czyć z uprzy­krzo­nym ziel­skiem. Usu­szy­łam, będzie na zimę.


A dziś mmsowo ozna­cza­łam rośliny dla Ad. Ona wysyła fotki, ja odsy­łam nazwy i okre­ślam jadal­ność, potem Ad spraw­dza, czy wolno jeść kró­lom. Kur­dy­banka nie wolno, ale w sumie nie wia­domo czy na pewno i dla­czego (ana­lo­gia do koni mnie nie prze­ko­nuje). Kur­de­ba­lans.

sobota, 28 marca 2015

co wie siołek?

Tak po praw­dzie, Mia­steczko to raczej zadu­pie jest. Ma przy tym kolo­nialne aspi­ra­cje i oczy­wi­ście kresy, a mi naj­bli­żej na Kresy Połu­dniowe, czyli Kawał Krzuna i Wiel­błą­dzią Łączkę.
O Krzu­nie będzie kiedy indziej. Łączka to piasz­czy­sta gleba, nawło­cie, bażanty. Wie­sioł­kom pasuje.


wiesiołek dwuletni zimą, rozpoznawanie wiesiołka, nasiona wiesiołka, dzikie rośliny jadalne, rośliny łąkowe, oenothera biennis, evening primrose seeds


Marzec nie jest naj­lep­szą porą na zbie­ra­nie nasion, ale skoro w ogóle są jakieś nasiona do zbie­ra­nia, zna­czy, że jest w porządku. Nie wyszło tego dużo, po prze­sia­niu zmie­ściły się w małym sło­iku.


wiesiołek dwuletni, nasiona wiesiołka, zbiór nasion, dzikie rośliny jadalne, rosliny łąkowe, oenothera biennis, evening primrose seeds


Nasiona są chru­piące i przyjemne w smaku. Wyglą­dają z daleka jak drobne krysz­tałki kawy roz­pusz­czal­nej, nie­re­gu­larne, brą­zowe i kan­cia­ste, kilka razy mniej­sze od gryki. Jakby tak poczy­tać – pana­ceum. Skóra, wątroba, stawy, rege­ne­ra­cja orga­ni­zmu, odpor­ność, układ krwio­no­śny i ner­wowy, wszystko. Nie zamie­rzam się leczyć, więc czego nie schru­pię, pój­dzie na kiełki.

Na Łączce nie spo­tka­łam żywego ducha. W zasięgu wzroku żad­nych dzie­cia­ków z wykry­wa­czem metalu, hodow­ców jam­ni­ków ani spa­ce­rzy­stów. Strze­lam, że spo­kój spon­so­ruje litera P, jak przed­świą­teczne porządki.

Od wpa­try­wa­nia się w zie­mię ode­rwały mnie trąbki dzi­kich gęsi. Leciały pro­sto na wschód.


dzikie gęsi, migracja ptaków, klucz ptaków