Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dziczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dziczy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2020

owocności

Razem z początkiem epidemii zaczęłam więcej pracować. Tak wyszło, że sporo wcześniej na długie zimowe wieczory wzięłam sobie dodatkową robotę. Ale sytuacja rozwinęła się dość nieoczekiwanie. Zwykłe zadania i obowiązki nagle zyskały dodatkowy ciężar, bo chociaż nie jestem medykiem, po drugiej stronie byli pacjenci. Bez wyjątku - największe ryzyko, sama kruchość istnienia. Jeździłam przez wyludnione Miasto pustymi tramwajami do pracy, a wszystko wokół wyglądało jak nocne godziny podczas dnia polarnego. Z biur poznikali pracownicy, w holach wieżowców powoli usychały kwiaty doniczkowe, kolejne piekarnie i kawiarnie zdejmowały szyldy. Wracałam do domu i siadałam do drugiej, zupełnie innej roboty. Znajomi pisali o sposobach na nudę i dziesiątkach przeczytanych książek. Pękała mi skóra na dłoniach od dezynfekcji, a w nadwyrężonych oczach naczynka. Krótką przerwę raz dziennie rozpoczynałam od sprawdzenia, co u Kasi, która wtedy szła przez zimową Szwecję. Ta śnieżna wolność dodawała otuchy. A w jednym z budynków niedaleko pracy ktoś wieczorami grał na trąbce i w ciszy ten dźwięk niósł się niesamowicie daleko.

Pamiętam najdziwniejsze święta wielkanocne jako zanurzone w niekończącym się marcu. Mijały tygodnie, a to wrażenie i nieznośne napięcie nerwów nie odpuszczało całkiem. Najpierw namiastkę rozluźnienia dawały krótkie wybuchy czarnego humoru, potem powoli cały ten niepokój drętwiał, aż wszyscy przyzwyczaili się do niego. Ludzie zaczęli wracać na swoje miejsca, tłoczyć się w zbiorkomie. Ostrożnie wzięłam do rąk pierwszą od miesięcy książkę, sięgnęłam po aparat. Zorientowałam się że jest lato. I dzikie owoce.

Wszyscy wiemy, jak jest teraz, pod różnymi względami. Co u Was?


 
Trześnie, przysmak niedźwiedzi.

 
Dziki bieszczadzki agrest i agrestowo-bzowy beskidzki kompot, którego składu nie rozgryzłam.
 
 
Borówka bagienna we wrześniowym słońcu i sierpniowej mżawce.
 

Zbieranie żurawiny.


Mam trochę zdjęć i chociaż nie do końca wierzyłam, że w ogóle je tutaj pokażę, to przecież właśnie po to je robiłam. Nie chcę myśleć teraz o przyszłości, kto wie, jaka będzie - wolę wspominać. Tu jest tak kameralnie, że nikt nie będzie miał mi za złe, jak ucieknę wstecz. To uciekam.

niedziela, 30 czerwca 2019

glamping

Prawdziwy luksus w terenie to dla mnie kawiarka, wkład chłodzący w izolacyjnej torbie i para butów na zmianę. Ale może to też być ulubiony drink w szkle albo namiot, w którym można stanąć wyprostowanym i przyjąć gości. Zebraliśmy dziewięć osób, wszystkie nasze rozmaite style biwakowania, dwa języki urzędowe i rozbiliśmy glamorous camping nad Wigrami. To znaczy Asia i Andrzej zebrali, taka rodzinna integracja.

Na początek kilka zdjęć, ale ziołową zupę miso i tofu z pięciornikiem niedługo przedstawię bliżej.





wtorek, 7 maja 2019

chłopięca rzecz

Nie jest prosto odpowiedzieć na pytanie, jakie źródło wiedzy o jadalnych roślinach będzie najlepsze do zabrania w teren. Zerkam na półkę, a tam głównie twardo oprawione pokaźne tomiszcza. Jeśli wybieram się niedaleko, nie martwiąc się o wielkość i wagę bagażu, wybieram czasem „Polski zielnik kulinarny”. Jednak planując nosić cały ekwipunek na własnych plecach podczas dłuższej wędrówki, papier po prostu zostawiam w domu. Musi mi wtedy wystarczyć to, co wiem, tak jest lżej i swobodniej. Z drugiej strony, kiedyś trzeba tą wiedzę rozwijać, a piesze wypady to jedna z najlepszych sposobności.

Można wzdychać, że jedne książki za ciężkie, inne zbyt zdawkowe w opisie, a przydałaby się taka mała, poręczna choć trudnozniszczalna, bez wystylizowanych ilustracji dań i pasjonujących ciekawostek, a jednak z rycinami pomagającymi w oznaczaniu roślin. Można też samemu ją zredagować. Właśnie tak powstała „Zielona kuchnia” Bogdana Jaśkiewicza, może nawet nie tyle książka, co skrypt. Tworzenie go musiało mieć coś z zapełniania stron tradycyjnego zielnika i pakowania się na biwak.




Autor zajmuje się surwiwalem i pokrewnymi dziedzinami, jest instruktorem. Z praktycznych więc powodów rozszerzył treść swojej książki o uniwersalne przepisy, pieczywo z ogniska i zupy, test jadalności roślin oraz słowniczek botaniczny. Tak, żeby ewentualny brak doświadczenia zarówno botanicznego jak i kulinarnego jak najmniej przeszkadzał czytelnikowi. Założył też, że ze względów etycznych ominie rośliny chronione.

Każda ze 163 jadalnych roślin opisana jest nazwą botaniczną i łacińską oraz rodziną. Większość haseł posiada ilustracje (których autorzy lub źródła nie zostały podane). Dokładny opis rośliny i informacje o jej występowaniu uzupełnione są zwykle zastosowaniem, w tym również zielarskim, i przepisami zaczerpniętymi z bibliografii. Niestety, nie wszystkie cytowane receptury są możliwe do wykonania w polowych warunkach. Tu się jednak muszę zgodzić z tezą ze wstępu, że jeżeli wiadomo, jak przyrządzić jakąś roślinę w kuchni, od razu łatwiej jest znaleźć dla niej zastosowanie w terenie. Tam, gdzie do suchego opisu dodano bardziej osobiste wskazówki, można przeczytać na przykład, że biała kora [brzozy], którą niektórzy zalecają jeść jak makaron ma smak i wartość odżywczą papieru albo młode pędy [szparagów] same z siebie raczej nie mają smaku, ale z sosami są pyszne. Zgódźcie się lub nie, ale dopiero po spróbowaniu.





Na czterech kolorowych wkładkach przedstawiono zdjęcia wybranych roślin. Sportretowane są również dwie rośliny trujące (oznaczone czerwoną ramką), barszcz Sosnowskiego i mydlnica. Dobór trochę zaskakujący, ale w tekście pojawia się więcej ostrzeżeń przed szczególnie problematycznymi do oznaczenia roślinami trującymi podobnymi do jadalnych.

Dużą zaletą jest ujęcie wielu gatunków traw. Mam wrażenie, że te informacje najtrudniej odszukać w różnych źródłach. A skoro o źródłach mowa, „Zielona Kuchnia” ma bardzo solidną bibliografię, skrupulatnie podaną na ostatniej stronie. Mając te pozycje w podręcznym księgozbiorze, można mieć wprawdzie wrażenie dublowania treści, ale tylko do czasu pakowania plecaka.




Mój egzemplarz pochodzi z szóstego wydania i 2007 roku. Wygląda, jakby został złożony w MS Word i wydrukowany na atramentówce. Ma twardą oprawę i gabaryty typowego brulionu A5, waży 325 g. Trudno pisać o rzeczach do poprawy bez najnowszej edycji w ręku, więc mam tylko nadzieję, że później została zlecona korekta, ujednolicone nazwy siedlisk i wyeliminowane drobne nieścisłości, jak ta o kontakcie z barszczem Sosnowskiego.

Żeby stosować tą książkę w terenie, trzeba się jej najpierw nauczyć, zapoznać z treścią i wiedzieć, jakie są jej ograniczenia. Polecam też robić notatki ołówkiem na marginesach.

Dla kogo? Piechurów i praktykantów surwiwalu.
W kate­go­rii DZIKIE GOTOWANIE W TERENIE –> 9/10.


Jaśkiewicz Bogdan (2007). Zielona kuchnia czyli zielnik dziko rosnących roślin jadalnych. Nakład własny autora. Warszawa

wtorek, 23 kwietnia 2019

10 ziół z polany

Gdy tylko okazało się, że będziemy mieli trzy dni wolnego, postanowiliśmy, że jedziemy do Puszczy Białowieskiej z namiotem. Przestaliśmy liczyć, który to już raz. Ale naszej nowej miejscówki jeszcze nie znaliśmy. Czekał tam na nas kawałek gościnnej ziemi do złażenia (i spróbowania!), buczenie bekasa kszyka i wycie wilków.




Dla mnie Puszcza najpiękniejsza jest w kwietniu, ze swoimi dywanami z zawilców, rozwijającymi się dopiero liśćmi, wiosennymi grzybami i przylatującymi krętogłowami. Kiedy las nie jest taki nieprzenikniony dla oka, pokrzywy jeszcze sięgają kostek, a komarów nie ma.




śniadanie w Teremiskach


kostka twarogu półtłustego z OSM w Hajnówce
bochenek świeżego chleba
zioła:
rozetka wiesiołka spod kapliczki
szczaw ze skraju podmokłej łąki
krwawnik z cienia pod brzozą
nać dzikiej marchwi z miedzy sąsiada
podagrycznik i wyka z kępy obok żywopłotu
mniszek i przytulia z przychacia
ziarnopłon i kurdybanek wydobyte spod kęp zeszłorocznej trawy

Zioła dokładnie umyć. Mam na to biwakowy patent - kilkakrotne płukanie w woreczku strunowym. (Ten na zdjęciu jest gruby i wielorazowy, zrobiony z bioplastiku.) Jeśli rośliny są zapiaszczone, za każdym razem trzeba wyjąć je delikatnie z wody górą i wypłukać worek, w innym przypadku można odlewać je nieszczelnie zapinając torebkę. Na chwilę zostawić do przeschnięcia, a potem wszystkie liście i łodyżki drobno pokroić, wymieszać z serem. Gotowy ziołowy twarożek wyjadać skórką od chleba z menażki.




wtorek, 8 stycznia 2019

Bieszczad

Kończę wywoływać zdjęcia z gór, a w Mieście sypie. Nie jest to wprawdzie bieszczadzki śnieg po pas, ale też zrobiło się biało.




Wrzucisz te fotki na bloga? A co dzikiego dziś zjemy? Śnieg!
Bieszczadzki śnieg jest wyjątkowo czysty i smakuje węglem drzewnym. Topiliśmy go do gotowania.




Na więcej dzikiego faktycznie nie liczyliśmy. Przecierając szlak trzeba zachować koncentrację i rezerwę sił. Wchodząc na grań walczyć z wiatrem i zawiewanym śniegiem. A kiedy się już wraca o zmroku do chałupy, sprzęt wymaga suszenia i nierzadko napraw. Moje stare rakiety śnieżne dwa razy zmieniały konstrukcję podczas tych kilku dni, bo oryginalny tylny pasek nie wytrzymał warunków i upływu czasu. Teraz na pięcie zapinają się na rzepy – dzięki, Sławek!




W takich warunkach trudno jest pozyskać w terenie cokolwiek jadalnego, żeby wzbogacić zapasy jedzenia suszonego, puszkowanego i pakowanego próżniowo. Mi udało się zebrać uszaki rosnące na czarnych bzach w dolince potoku i dojrzałe szyszkojagody jałowca. Na krzakach zostało jeszcze trochę tarniny. Zielone gałązki czarnej jagody, gdzieniegdzie odsłonięte spod śniegu przez piechurów lub narciarzy, myślę, że nadałyby się na herbatkę. Na pewno nadają się gałązki świerków. Nic wielkiego, trochę smaku i witamin dla podniesienia morale.




Podgotowane uszaki dodałam do ryżu z suszonymi warzywami. Ryż nie kojarzy się może z jedzeniem do szybkiego przygotowania na turystycznym palniku gazowym i sama go długo unikałam na wyjazdach. 15 minut gotowania to mnóstwo czasu i dużo paliwa. Ale jest na to sposób. Ryż wrzuca się na wrzątek, czeka chwilę, żeby woda wróciła do wrzenia i przykryty garnek odstawia na kwadrans w możliwie ciepłe miejsce. Można go dodatkowo okryć na przykład czymś bawełnianym z odzieży. W tym czasie palnik jest wolny, więc to dobry moment na przygotowanie herbaty albo błyskawicznej zupy. Po piętnastu minutach (i kilku solidnych łykach rozgrzewającego płynu), stawiam ryż z powrotem na gazie i sprawdzam, powinien być już półtwardy. Wiele oczywiście zależy od temperatury otoczenia, jednak gotowanie do miękkości nie zajmuje zwykle więcej niż kilka minut.
Podobnie można przygotować każdą kaszę wymagająca gotowania i straszliwie zepsuć każdy makaron.




Na zdjęciu najmniejszy garnek z nowego tytanowego kompletu. Pierwsze testy wyszły bardzo pomyślnie.

wtorek, 17 lipca 2018

napój Saamów

Tym, co czytali "Dziennik Północny" Wilka, nie sprawi problemu wskazanie, gdzie żyje lud Saami. Nazywają swoją krainę Sapmi. Jest większa niż Polska, posiada własny hymn i flagę, cała znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, ale jej granice nijak się mają do podziału politycznego Europy. My ją znamy jako Laponię.

Czytając o kulturze Saamów trafiłam na przepis idealnie pasujący do zbioru Bardzo Prostych Herbat.
Owoce brusznicy już się pojawiały na blogu, teraz czas na liście.




lapońska herbata


pełna garść liści brusznicy czyli około 8 gałązek
litr miękkiej wody

Zebranym gałązkom dać wyschnąć, potem oberwać liście. Prażyć je na gorącej blasze lub patelni przez kilka minut ciągle mieszając. Podgrzane pachną słoneczną jesienią, poważnie! Tak przygotowane liście wsypać na wrzątek i gotować przez 10 minut. Zamieszać, żeby opadły na dno. Zostawić pod przykryciem do lekkiego ostudzenia.

Herbata smakuje bardzo delikatnie, choć pewnie można uzyskać bardzo wyrazisty odwar np. przez mocniejsze zrumienienie liści i gotowanie na ognisku bez przykrycia dla dymnego efektu. Mi smakuje taka łagodna liściasto-owocowa. Ta niespodziewana owocowość w tle zaskakiwała mnie już kiedyś w herbacie poziomkowej i jabłkowej.




Czy liść brusznicy ma jakieś działanie lecznicze? Nasza rodzima fitoterapia o odwarze nie wspomina, za to zaleca picie naparów z brusznicowych liści na zapalenia układu moczowego, kamicę nerkową, nieżyt przewodu pokarmowego i ogólnie cukrzykom. Stosuje się je też zewnętrznie, przeciwko infekcjom grzybicznym i bakteryjnym skóry, łojtokowi, stanom zapalnym, rozjaśniająco, w celu obkurczenia naczyń krwionośnych i porów. (Konkrety u dra Różańskiego, KLIK.)

sobota, 3 lutego 2018

kici kici

Dopiero zaczął się luty, a już kwitną pierw­sze kwiaty. Dziś w peł­nym słońcu żółte kotki lesz­czyny świe­ciły jak odbla­ski na tle drzew­nej sza­ro­ści. Na razie pylą raczej nie­śmiało i słusz­nie, w końcu powin­ni­śmy mieć cią­gle zimę, ale ten ich kolor wydał mi się wyjąt­kowo ape­tyczny.




Nie mia­łam dokład­nego planu na jedze­nie, bo to w tere­nie ni­gdy się nie spraw­dza, tylko kilka bazo­wych skład­ni­ków: maka­ron, wodę, tro­chę oliwy, sól i pieprz. Szu­ka­łam roślin, które będą w jakiś spo­sób paso­wały. Gwiazd­nica ani drzewa igla­ste tym razem mnie nie por­wały, dopiero lesz­czyna pod­su­nęła pomysł warty reali­za­cji.

Kotki nie są tu tylko ele­men­tem prze­ła­mu­ją­cym kon­sy­sten­cję maka­ronu, bo zamknięty w nich pyłek zawiera też dużo białka i skład­ni­ków mine­ral­nych. Dla­tego wła­śnie należy wybie­rać kwia­to­stany nie cał­kiem doj­rzałe – miękko zwi­słe ale jesz­cze przed otwar­ciem pyl­ni­ków.




tere­nowy maka­ron ryżowy z lesz­czy­no­wymi kot­kami

 na każdą por­cję:

porcja 60–80 g makaronu z „zupki” instant pho
1–2 łyżki oliwy
duża garść męskich kwia­to­sta­nów lesz­czyny
sól, pieprz
ok. 0,5 l wody do przy­go­to­wa­nia maka­ronu

Zago­to­wać na kuchence wodę. Maka­ron zalać wrząt­kiem, poso­lić i po kilku minu­tach odce­dzić w miej­scu pozba­wio­nym roślin.
W suchym naczy­niu roz­grzać oliwę, dodać kwiaty i sma­żyć na chrupko, pod koniec oso­lić. Wymie­szać z maka­ro­nem, przed poda­niem posy­pać pie­przem.




Na bły­ska­wiczny maka­ron ryżowy zacza­jam się w więk­szych mia­stach, bo u nas na wsi nie można go kupić. Ten tu nie zachwy­cał skła­dem – na 6 skład­ni­ków połowa była z tych zbęd­nych, nie­zbyt mile widzia­nych – dla­tego nie polecę firmy i będę szu­kać lep­szego.

Jako kuchenka polowa wystę­puje ike­owy ocie­kacz ze stali nie­rdzew­nej. Po drob­nej mody­fi­ka­cji, pole­ga­ją­cej na wycię­ciu z boku otworu do dokła­da­nia opału w cza­sie goto­wa­nia, służy ide­al­nie. Ma śred­nicę pasu­jącą do typo­wych naczyń, pali się spraw­nie, dzięki otwo­rom ogień się nie dusi, a po wszyst­kim bla­cha szybko sty­gnie. To praw­do­po­dob­nie naj­lżej­sza z dostęp­nych na rynku kuche­nek (i zde­cy­do­wa­nie naj­tań­sza!). Spo­dzie­wam się, że nie będzie bar­dzo trwała, ale to nie­duża nie­do­god­ność, gdy trzeba nosić cały sprzęt ze sobą. Poza tym nie uży­wam jej znowu tak czę­sto.
Okienko było wyci­nane małą szli­fierką kątową, a brzegi zostały zakute do wewnątrz, żeby zabez­pie­czyć ostre kra­wę­dzie. Tech­no­lo­gię i wyko­na­nie zawdzię­czam Potwo­rowi.

niedziela, 7 stycznia 2018

ahoj!

Mieliśmy na przełom roku solidny plan objazdowy, ale potem okazało się, że Czech nam mało, gór nam mało, trzeba więcej. Choćby takich niewysokich. A Beskid Śląsko-Morawski poczęstował nas płomiennicami zimowymi czyli zimówkami. Rosły na pniu jawora pośród świerków.




O szybkim gotowaniu na szlaku pisałam TUTAJ. Ten sam uniwersalny schemat, kasza z dodatkami, sprawdza się również zimą. Tym razem danie, które można nazwać odświętnym, bo nie jest jednogarnkowe, a w terenie raczej nie dysponuje się takimi składnikami, jak cebula albo ulubione przyprawy. Tak się jednak akurat zdarzyło, że Ola spakowała je z prowiantem. Przepis jest dla inspiracji, bo trudno planować dostępność dzikich składników, szczególnie w nowych miejscach.




terenowa polenta kukurydziana z zimówkami

na każdą porcję:

70-90 g suchej kaszy kukurydzianej
ok. 160-200 ml wody
łyżeczka oleju rzepakowego
3 garście młodych grzybów (jeśli są starsze, to same kapelusze)
mała cebula
sól, pieprz, czosnek granulowany
garść liści szczawiku zajęczego

Zimówki kilkakrotnie opłukać z kawałków kory, a szczawik umyć. Cebulę pokroić i zeszklić na oleju, dodać grzyby i dusić kilka minut, na koniec doprawić solą, pieprzem i na przykład granulowanym czosnkiem albo choćby szczyptą drobno posiekanych sosnowych igieł. W innym naczyniu zagotować osoloną wodę, wlać olej i na wrzątek wsypywać kaszę, od razu mieszając. Wody powinno być koniecznie ponad 2 razy więcej niż objętości kaszy. Nieprzerwanie mieszać aż zgęstnieje, wchłonie wodę i odpowiednio zmięknie, mi zajęło to około 7 minut (chociaż na opakowaniu proponowali 15). Przykryć i odstawić jeszcze na chwilę, w tym czasie można podgrzać grzyby. Podawać z liśćmi szczawiku jako sałatką.




Przyznam się, że gotuję terenowo znacznie częściej, niż tu pokazuję. Przeszkadza mi w tym zwykle pogoda, brak aparatu lub światła. Jednym z dalszych powodów jest też zwykła próżność. Pospieszne zdjęcia w metalowych naczyniach przy światle latarki to nie jest coś, z czego byłabym szczególnie dumna. Ale przebywanie nawet w umiarkowanej dziczy, a szczególnie w górach, pomaga wartościować rzeczy. Po całodziennym marszu zimą ciepły posiłek to konieczność, a noszenie zbędnych akcesoriów albo powtarzanie ujęcia stygnącej potrawy w poszukiwaniu lepszego oświetlenia jest tylko kaprysem, który w dodatku może nas niepotrzebnie osłabić.
Teraz obiecałam sobie więcej relacji ze szlaków; brakowało mi tego. Czy to wygląda jak noworoczne postanowienie?

niedziela, 1 października 2017

brusznica

Grzybiarze, turyści i leśni spacerowicze, to coś dla Was - borówka brusznica (Vaccinium vitis-idaea).




Idealna leśna przekąska na surowo, a w razie nadwyżki na kompot czy kisiel z ogniska albo przetwory. Zbiera się bardzo przyjemnie, nawet nie brudzi rąk. Orzeźwiająco kwaśna, z lekką goryczką ma według mnie bogatszy smak niż żurawina i łatwiej ją znaleźć. U nas rośnie typowo dla siebie, czyli w lesie iglastym, na stanowiskach borowych, tam gdzie wrzosy.




Ostatnio w Bieszczadach chłonęłam wzrokiem borówczyska na połoninach. Liście z czarnych jagód w większości już opadły, zostały ostatnie owoce, ale brusznice ze swoimi zimozielonymi listkami i czerwonymi jagodami dojrzewają właśnie teraz. Cieszą oczy i ćwiczą charakter, bo w parku narodowym są chronione. Warto postarać się i nie schodzić ze szlaku, żeby nie przyłożyć nogi do zadeptywania cennych zbiorowisk roślinnych. To właśnie wpływ turystów sprawił, że niemal znikła z połonin bażyna czarna, jedna z najrzadszych u nas dzikich jagód. Po Islandii trochę liczyłam na wypatrzenie jej choćby z daleka.




W miastach (albo w necie) od początku września wszędzie głównie grzyby i dynie, więc przypominam jeszcze, że trwa właśnie ta pora roku, kiedy da się zdjąć wewnętrzną cienką skórkę ze świeżych orzechów włoskich. Takie są najlepsze.

środa, 25 stycznia 2017

to i owo na zimowo

Zimowy napój, a nic korzen­nego, cze­ko­la­do­wego ani nawet słod­kiego. Z zimo­wymi owo­cami, co wcale nie ozna­cza poma­rań­czy.


odwar głogowy, herbata z głogu i świerka, napój z igliwia, gotowanie na śniegu, kubek z włóczykijem


Mimo śniegu na gło­gach zostało trochę owoców. Namie­rzy­cie bez pro­blemu, cier­ni­ste krzewy albo nie­wiel­kie drzewka, gdzie­nie­gdzie listek, jak ten poni­żej i ciem­no­czer­wone kulki. Nie będą na pewno soczy­ste i słod­kie, bo wła­ści­wie ni­gdy nie były, ale świet­nie nadają się na zimową her­batkę w tere­nie. Dla wzbo­ga­ce­nia smaku naj­le­piej skom­po­no­wać je z czymś igla­stym.


głóg zimą, gatunki głogu, głóg jednoszyjkowy, cra­ta­egus mono­gyna


To głóg jed­no­szyj­kowy (Cra­ta­egus mono­gyna). Jego owoce mają w środku jedną pestkę. Tak wła­ści­wie mają głów­nie pestkę, miąż­szu jest zde­cy­do­wa­nie mniej. Jeżeli jed­nak zbie­rze­cie coś pasu­ją­cego do opisu, a przy roz­drab­nia­niu surowca na her­batkę okaże się, że pestek w środku jest wię­cej, dwie albo trzy, będzie rów­nie dobrze. To po pro­stu inny gatu­nek – głóg dwu­szyj­kowy (Cra­ta­egus laevi­gata), który użyt­kuje się tak samo.


rośliny lecznicze, głóg jednoszyjkowy, cra­ta­egus mono­gyna, dzikie rośliny jadalne, czerwone owoce


Innymi jadal­nymi czę­ściami głogu są bar­dzo młode liście i kwiaty, ale jedne i dru­gie są dostępne tylko wio­sną. Na nie pocze­kamy sobie aż do kwiet­nia. Kwiaty i owoce lubią zie­la­rze za łagodne dzia­ła­nie wspo­ma­ga­jące serce, wzmac­nia­jące naczy­nia i brak strasz­nych dzia­łań ubocz­nych. Dla mnie to dzi­kie roz­grze­wa­jące wita­miny.


owocowa herbata z dzikich roślin, owoce leśne, napar z głogu


zimowa her­batka z głogu i świerka
(na 1 por­cję)


łyżeczka – kil­ka­na­ście owo­ców – głogu
świer­kowa gałązka dłu­go­ści kciuka
0,25 l wody

Owoce pozba­wić pestek, cho­ciaż bar­dziej paso­wa­łoby tu odwrotne posta­wie­nie sprawy: pestki obrać z czer­wo­nego miąż­szu. Nasiona nie będą potrzebne, resztę zalać wodą i dopro­wa­dzić do wrze­nia. Goto­wać 5 minut, zdjąć z pal­nika albo ogni­ska i dodać gałązkę świerka. Przy­kryć na 10 minut. Jeżeli po tym cza­sie her­batka jest cią­gle za cie­pła do picia, prze­stu­dzić w śniegu.



herbata z ogniska, owoce głogu przepis, świerk jadalny, jadalne drzewa iglaste

niedziela, 27 listopada 2016

bukiew

Są takie orze­chy, o któ­rych się foodies nie śniło.

Kiedy po raz pierw­szy zna­la­złam pod nogami kol­cza­ste łupiny kasz­tana jadal­nego, byłam mała i prze­ko­nana, że to jakaś odmiana buka. Kasz­tany raz już jadłam – były łyse, brą­zowe i Zuzanna lubiła je tylko jesie­nią. Za to nie­duże buki o czer­wo­nych liściach rosły w parku nie­mal razem ze mną i ich trój­gra­nia­ste orze­chy scho­wane w dra­pa­tych toreb­kach sma­ko­wały tro­chę jak lesz­czy­nowe, a tro­chę nie­po­dob­nie do niczego.




Fak­tycz­nie, kasz­tany jadalne są bli­skimi krew­nymi buków, a te nieuprawne mają mniej­sze owoce niż znane ze skle­pów, ale tak samo obro­śnięte dłu­go­kol­cza­stą okrywą, czy to w Polsce, czy na Bał­ka­nach. Kol­cza­ste śród­ziem­no­mor­skie dęby też ujaw­niają pewne podo­bień­stwo nasion i to rów­nież zga­dza się z sys­te­ma­tyką.




Leśne buki owo­cują dopiero po kilku dzie­się­cio­le­ciach i też nie w każ­dym roku obfi­cie. Bukiew dojrzewa i opada w październiku i listopadzie. Ile orze­chów można zebrać, jak już się trafi nasienny rok? Leśnicy liczą, że 40 kg z hek­tara, czyli naj­mniej z gatun­ków drzew słu­żą­cych do zale­sień, ale oni mają swoje drze­wo­stany nasienne i pra­wie prze­my­słowe metody (gale­ria ze zbio­rów w jed­nym z nad­le­śnictw – KLIK). Oczy­wi­ście ten zbiór nie służy gro­ma­dze­niu poży­wie­nia, tylko nasion do pro­duk­cji sadzo­nek. Do chru­pa­nia na spacerze wystar­czy garść, którą też nie tak łatwo uzbie­rać, jak się wydaje, bo w tym roku tra­fiało się wiele pustych nasion.




Surowe orze­chy w małych ilo­ściach nie są szko­dliwe, ale jakby udały się więk­sze zbiory, wyłu­skane nasionka należy krótko pod­pra­żyć np. na patelni lub dodać do wypie­ków, wtedy roz­kłada się fagina i można ich jeść ile wle­zie. Albo zamiast pod­grze­wać, wyci­snąć na zimno olej – kie­dyś na pewno to zro­bię.

czwartek, 11 sierpnia 2016

za(kus)kusy czyli turystyczne jedzenie

Zła­zi­łam jakiś wiek temu War­mię z bochen­kiem bal­to­now­skiego i pła­skim czeskim salami w ple­caku. Dobrze to wspo­mi­nam, a Zośka też nie narze­kała. Doja­da­ły­śmy papie­rów­kami pro­sto z drzew.

Ale spo­ty­kam z nie­zwy­kłą powta­rzal­no­ścią zupeł­nie inny model tury­stycz­nego jadło­spisu. Kaszka dla nie­mow­ląt z mle­kiem w proszku i pasz­tet dro­biowy z puszki na chrup­kim pie­czy­wie (śnia­da­nie), kuskus z mie­lonką (obiad), zupka chiń­ska z Rado­mia znów z kon­serwą (kola­cja). A spo­ra­dycz­nie tra­fiają się woj­skowe racje żyw­no­ściowe obo­wiąz­kowo ze sztuć­cami, papie­rem toa­le­to­wym i cukier­kiem w środku albo pomy­sły typu sło­nina w pszen­nych tor­til­lach, żeby było na raz lekko i kalo­rycz­nie. Wia­domo jesz­cze, że ist­nieją lio­fi­li­zaty, ale jakoś ich powszech­nie na szla­kach nie widać. Każdy może wybrać, co mu pasuje, tylko warto wie­dzieć, że nie jest się ska­za­nym na kuskus.

Rów­nie lek­kie, co obrzy­dła kasza maka­ro­nowa są płatki zbo­żowe. Owsiane znają wszy­scy, są też takie z gryki, jęcz­mie­nia, żyta, prosa i psze­ni­cy­/or­ki­szu. Gnie­cione ziarno gotowe do spo­ży­cia po kil­ku­mi­nu­to­wym prze­go­to­wa­niu albo zapa­rze­niu. Zwy­kle i tak co naj­mniej raz dzien­nie potrzeba do cze­goś wrzątku, więc mie­sza­nie w garze na ogni­sku czy pal­niku dwie minuty dłu­żej nie sta­nowi pro­blemu. Do tego spora garść dzi­kiego ziel­ska i/lub grzyby, tro­chę ziół i tak, Fra­nuś, jak bar­dzo chcesz, możesz dorzu­cić kon­serwę.
 

grzyby leśne, grzybobranie


Ostat­nio grzyby dopi­sały, nie trzeba było nawet scho­dzić ze szlaku, żeby upo­lo­wać zajączki i kurki. Naj­prost­szą pro­po­zy­cją zamiast zupki w proszku i kuskusu jest gęsty krup­nik z pod­grzyb­kami i dzi­kim ore­gano. Aku­rat na desz­czowy wie­czór.


wegański krupnik, leśne grzyby, dzikie zioła


Dzi­kie ore­gano, czyli lebiodka pospolita (Origanum vulgare), jest łatwe do roz­po­zna­nia, zawsze też można upew­nić się po zapa­chu, czy wła­ści­wie się ozna­czyło napo­tkaną roślinę. Jest on bar­dziej aro­ma­tyczny i bar­dziej żywy, zie­lony niż w przy­padku suszo­nych ziół, ale zde­cy­do­wa­nie podobny. W krup­niku ore­gano można zastą­pić na przy­kład blusz­czy­kiem kur­dy­ban­kiem.




Danie oparte na tym samym zało­że­niu to kasza z kur­kami i krwaw­ni­kiem. Krwaw­nika (Achillea millefolium) jest wszę­dzie pełno, na zdję­ciu widać jego pie­rza­ste drobne listki i białe kwiaty. Paso­wa­łaby mi rów­nież macie­rzanka, ale w pobliżu jej nie było.


kurki przepis, pieprznik jadalny, chanterelle recipe, krwawnik pospolity, dzikie przyprawy, achillea millefolium recipe


kasza z kur­kami i krwaw­ni­kiem

pół litra wody
pół litra kurek
150 g płat­ków jęcz­mien­nych
listki krwaw­nika
sól, pieprz

Do oso­lo­nego wrzątku wsy­pać dokład­nie opłu­kane i nie­zbyt drobno pokro­jone kurki i goto­wać 5 minut. Dosy­py­wać po łyżce kaszę, a kiedy zacznie się pie­nić z zamia­rem wyki­pie­nia, zamie­szać, zdjąć z ognia i przy­kryty gar­nek odsta­wić na dwie minuty. Dopra­wić pie­przem i w razie potrzeby doso­lić. Goto­wać jesz­cze minutę cią­gle mie­sza­jąc. Przed poda­niem posy­pać drobno posie­ka­nym krwaw­ni­kiem.



Z poda­nych pro­por­cji wyszedł cały litrowy kubek, a więc spora por­cja dla dwóch ludzi. Świeże leśne grzyby nawet przy­rzą­dzone w tak pro­sty spo­sób biją sma­kiem kostki roso­łowe i temu podobne polep­sza­cze. Można je wcze­śniej prze­sma­żyć na oleju, który naj­wy­god­niej w teren zabrać w małej pla­sti­ko­wej bute­leczce po sosie sojo­wym, takiej jak dostaje się do sushi na wynos.

wtorek, 10 maja 2016

trzymaj poziom

Jak zapi­jać suchy pro­wiant w tere­nie, to wła­śnie czymś takim. Liście dzikiej poziomki. Sma­kuje toto zie­lono, szpi­na­kowo, ale można doszu­kać się też słod­szych nieco owocowych tonów. Suro­wiec dostępny pra­wie wszę­dzie, a cha­rak­te­ry­styczne trój­listki można pomy­lić chyba tylko z tru­skawką, więc w dal­szym ciągu her­batka powinna się udać.


ziołowa herbatka, poziomka pospolita, fragaria vesca, wild strawberry leaf recipe


napar z liści dzikiej poziomki

Około cztery świeże listki na kubek zalać wrzącą wodą i zapa­rzać pod przy­kry­ciem kilka minut. 


Jak wia­domo, idę i myślę o jedze­niu, ale jak ktoś aku­rat aku­rat sie­dzi w necie i myśli o lecze­niu, to o wła­ści­wo­ściach liści poziomki może poczy­tać TUTAJ. Okład na łza­wiące oczy – do zapa­mię­ta­nia.


Przy pierw­szej spo­sob­no­ści wypró­bo­wa­łam wła­ści­wo­ści pozio­mek ogro­do­wych. Nie sma­ko­wały wła­ści­wie niczym, tak napar, jak same liście, które z nie­do­wie­rza­niem posta­no­wi­łam zjeść zaraz po napi­ciu się cie­płej wody, która mimo spo­rej ilo­ści zala­nych liści nie chciała być nawet zazie­le­niona. Niczym. Więc polecam napar tylko z dzikich poziomek.

piątek, 29 kwietnia 2016

pierwiosna

Wywiało nas wehi­ku­łem czasu na pół­nocny wschód. Cof­nę­li­śmy się łagod­nie o jakieś dwa tygo­dnie, a może tylko tydzień – kto by tam zie­lo­ność sza­co­wał dokład­niej. Teraz, po zde­cy­do­wa­nie gwał­tow­niej­szym powro­cie, Mia­sto wydaje się podej­rza­nie zaawan­so­wane w wio­śnie. (I opa­no­wane przez drozdy.) Bo tu pier­wiosnki już poprze­kwi­tały.


wiosenne kwiaty, jadalne kwiaty, dzikie rośliny jadalne, jadalne rośliny ogrodowe, prymulki, primula veris, cowslip


Z resztą takich, naj­praw­dziw­szych, nie widzia­łam tutaj wcale. Pier­wio­snek lekar­ski (Primula veris), koniecz­nie żółto kwit­nący. Dziki, leśny lub łąkowy. Legalny, bo ochrona czę­ściowa została pół­tora roku temu zdjęta.


sałatka z kwia­tami pier­wiosnka

liście i kwiaty fiołka
kwiaty (i liście) pier­wiosnka
wierz­chołki pędów wyki
oliwa, sok z cytryny, pieprz

Liście deli­kat­nie umyć i osu­szyć, więk­sze można por­wać. Wymie­szać z kwia­tami. Dopra­wić oliwą i sokiem z cytryny, posy­pać pie­przem.



sałatka z kwiatami, pierwiosnek lekarski, pierwiosnek przepis, jadalne kwiaty, jadalne rośliny ogrodowe, dzikie rośliny jadalne, wiosenna sałatka, cowslip recipe


Sałatka w tej for­mie jest orzeź­wia­jąca i deli­katna. Oczy­wi­ście można każdą z tych roślin dodać do upraw­nych gatun­ków sałat i innych potraw dla wzbo­ga­ce­nia smaku albo samej deko­ra­cji. Pie­rza­ste liście wyki ptasiej (Vicia cracca) z zawi­nię­tymi pędami, ser­co­wate liście fiołka wonnego (Viola odorata) i kon­tra­stu­jące ze sobą kwiaty niosą wiele moż­li­wo­ści, ale im pro­ściej, tym lepiej.


sałatka z kwiatami, fiołek wonny, fiołki przepis, jadalne kwiaty, jadalne rośliny ogrodowe, dzikie rośliny jadalne, wiosenna sałatka, viola odorata, sweet violet recipe 


Za liśćmi pier­wiosnka nie prze­pa­dam, więc w mojej por­cji ich nie było. Są wpraw­dzie mięk­kie i bar­dzo łagodne w smaku, pozba­wione goryczki, o ile wybie­rze się młode, ale ich aro­mat mniej mi pasuje niż liści fiołka. Na pewno warto go poznać, żeby zde­cy­do­wać. Pier­wiosn­kowe kwiaty są słod­kawe i deli­katne – jak dla mnie sma­kują tak, jak wyglą­dają. Te ozdobne, ogro­dowe rów­nież są jadalne.


sałatka z kwiatami, wyka przepis, jadalne kwiaty, jadalne rośliny ogrodowe, dzikie rośliny jadalne, wiosenna sałatka, pędy wyki, vicia cracca, vicia recipe

niedziela, 7 lutego 2016

zimobranie

Piękną mamy wio­snę tej zimy chwi­lami. Dziś widzia­łam, że czarne bzy wypusz­czają liście. Nie­roz­sąd­nie z ich strony, ale nie dla­tego warto zwró­cić na nie uwagę. Na ich mar­twych gałę­ziach można spo­tkać uszaka bzo­wego. To atrak­cja cało­roczna, ale zimą najbar­dziej widoczna i jakby bar­dziej cie­szy niż uro­dzaj­nym latem. Uszaki nie ogra­ni­czają się do bzu, ale zde­cy­do­wa­nie go pre­fe­rują.


uszak bzowy, ucho bzowe, grzyby zimowe, grzyby wiosenne, jadalne huby, grzyb mun, grzyb mung, auricularia auricula-judae, wood ear, jelly ear


Ucho bzowe wie­dzie podwójne życie: w azja­tyc­kich knajp­kach chru­piące grzybki o jakichś takich ono­ma­to­pe­icz­nych nazwach (pozna­łam je jako grzib mun) budzą sym­pa­tię, a jako jadalna huba raczej nie­uf­ność, przy­naj­mniej na początku. Nawet infor­ma­cja, że gatu­nek wystę­puje pra­wie na całym świe­cie może się wydać podej­rzana. Nie­słusz­nie. Grzyby są super, rosną kiedy tylko nie ma mrozu i mają wystar­cza­jąco wil­gotno.Prak­tycz­nie nie da się ich z niczym pomy­lić. Zbie­rać można świeże, usu­szone i zamro­żone też, a powrót do wła­ści­wego kształtu zapewni im pod­go­to­wa­nie albo pół­go­dzinne namo­cze­nie w gorą­cej wodzie. Kiedyś zde­cy­duję się na pół­dziką uprawę. A na razie udało się zimo­bra­nie ze sta­nowisk natu­ral­nych.


uszak bzowy, ucho bzowe, grzyby zimowe, grzyby wiosenne, jadalne huby, grzyb mun, grzyb mung, auricularia auricula-judae, wood ear, jelly ear

uszak bzowy, ucho bzowe, grzyby zimowe, grzyby wiosenne, jadalne huby, grzyb mun, grzyb mung, auricularia auricula-judae, wood ear, jelly ear