Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2019

wąkrota

Skoro to czytasz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie wróciłeś do domu z pęczkiem nieznanej zieleniny z wietnamskiego sklepu. Jeśli byłeś na tyle sprytny, żeby poprosić sprzedawczynię o zapisanie nazwy ziela, oszczędziłeś sobie czasu poszukiwań nazwy rośliny. Możliwe również, że jako miłośnik kuchni azjatyckich, znasz ją od dawna, chociaż wyłącznie ze słowa pisanego. Wąkrota azjatycka (Centella asiatica, a na karteczce od sympatycznej Wietnamki rau má). Uwaga, spojler - to jedno z gorzkich ziół. Wiedziałeś już, czy nie, spróbuj podejść do niego bez uprzedzeń. Na początek proponuję zupę. Nieprzypadkowo, "zupa" jest najczęstszą odpowiedzią na pytania o zastosowanie najróżniejszych wietnamskich warzyw.




Wąkrotka smakuje ziołowo, lekko piecze w język, ma coś z ogórka, ale ogólnie jest nie bardzo podobna do czegokolwiek, no i jest gorzka. Niekoniecznie jednak je się ją ze względu na smak, raczej dla zdrowotności. Pomaga w stresie oraz leczeniu kontuzji mięśni i stawów, ułatwia koncentrację i zapamiętywanie, usuwa zmęczenie. Zalecana jest przy depresji i nadciśnieniu, a ze względu na silne właściwości przeciwzapalne, gojące i ujędrniające, szczególnie chętnie wykorzystywana w kosmetykach. Są też, oczywiście, ograniczenia. Powinny jej unikać kobiety w ciąży i karmiące. Lepiej nie jeść wąkroty wieczorem, żeby uniknąć kłopotów z zaśnięciem, ale dobra wiadomość jest taka, że nie ma przeciwwskazań do łączenia jej z kofeiną. Identyczne działanie ma nasz rodzimy gatunek, wąkrota pospolita (Hydrocotyle vulgaris). Dam znać, czy smak też się zgadza, gdy tylko ją znajdę na jakiejś podmokłej łące albo torfowisku.




canh rau má chay
(wegańska zupa z wąkrotką)

(2 porcje)

250 g boczniaków
cebula
łyżka oleju
garść liści wąkrotki
ok. 0,7 litra wody
sól, szczypta cukru
granulowany czosnek, kurkuma, biały pieprz

Liście przebrać i umyć, pokroić cebulę, a boczniaki porozrywać palcami. W garnku rozgrzać olej, podsmażyć cebulę i dodać grzyby. Kiedy trochę stracą na jędrności, zalać wszystko wodą i doprowadzić do wrzenia. Doprawić zupę, w ostatniej kolejności włożyć liście. (Azjaci dodaliby jeszcze glutaminianu sodu, którego nie wymieniam w składzie, bo nie posiadam.) Od razu podawać.

wtorek, 9 kwietnia 2019

w czasie suszy zbieram uszy

Założona rok temu hodowla uszaków bzowych powoli nabiera dojrzałości. Obecna pogoda nie sprzyja grzybom, bo jest zbyt sucho, żeby pojawiały się nowe owocniki. Te, które wyrosły po ostatnich opadach, zupełnie wysuszone czekają na deszcz i reaktywację. Ich obecna nieokazała forma może odstraszać, ale nadają się do zbiorów i mają kilka wspaniałych zalet. Przede wszystkim są gotowe do przechowywania. Brak wilgoci oznacza, że nie trzeba ich suszyć, a objętość i waga są minimalne. Zebrane do słoika szczelnie zakręcam i nie potrzebuję poświęcać im ani minuty dłużej. Mogę je też umieścić w torebce papierowej albo strunowej, żeby nie obciążać bagażu i od razu po zbiorach ruszać w drogę.




Naturalnie wysuszone grzyby mun będą wymagały etapu przygotowania przed dodaniem ich do potraw. (Można to uznać za wadę, ale i tak bilans wskazuję na oszczędność czasu, kiedy ominie się oczyszczanie, mycie i suszenie bezpośrednio po zbiorze.) Namoczone krótko w ciepłej wodzie, gdy odzyskają elastyczność, należy pocierając umyć z kurzu i zielonego nalotu oraz usunąć kawałki kory i drewna, które mogły zostać przy nasadzie – zbierając świeże grzyby robimy to od razu, ale przy suchych zdecydowanie szkoda paznokci i surowca.




Mój szybki zbiór to kubek suszu o wadze 40 g, który szacunkowo po namoczeniu da ponad litr grzybów ważących około 300 g.

wtorek, 8 stycznia 2019

Bieszczad

Kończę wywoływać zdjęcia z gór, a w Mieście sypie. Nie jest to wprawdzie bieszczadzki śnieg po pas, ale też zrobiło się biało.




Wrzucisz te fotki na bloga? A co dzikiego dziś zjemy? Śnieg!
Bieszczadzki śnieg jest wyjątkowo czysty i smakuje węglem drzewnym. Topiliśmy go do gotowania.




Na więcej dzikiego faktycznie nie liczyliśmy. Przecierając szlak trzeba zachować koncentrację i rezerwę sił. Wchodząc na grań walczyć z wiatrem i zawiewanym śniegiem. A kiedy się już wraca o zmroku do chałupy, sprzęt wymaga suszenia i nierzadko napraw. Moje stare rakiety śnieżne dwa razy zmieniały konstrukcję podczas tych kilku dni, bo oryginalny tylny pasek nie wytrzymał warunków i upływu czasu. Teraz na pięcie zapinają się na rzepy – dzięki, Sławek!




W takich warunkach trudno jest pozyskać w terenie cokolwiek jadalnego, żeby wzbogacić zapasy jedzenia suszonego, puszkowanego i pakowanego próżniowo. Mi udało się zebrać uszaki rosnące na czarnych bzach w dolince potoku i dojrzałe szyszkojagody jałowca. Na krzakach zostało jeszcze trochę tarniny. Zielone gałązki czarnej jagody, gdzieniegdzie odsłonięte spod śniegu przez piechurów lub narciarzy, myślę, że nadałyby się na herbatkę. Na pewno nadają się gałązki świerków. Nic wielkiego, trochę smaku i witamin dla podniesienia morale.




Podgotowane uszaki dodałam do ryżu z suszonymi warzywami. Ryż nie kojarzy się może z jedzeniem do szybkiego przygotowania na turystycznym palniku gazowym i sama go długo unikałam na wyjazdach. 15 minut gotowania to mnóstwo czasu i dużo paliwa. Ale jest na to sposób. Ryż wrzuca się na wrzątek, czeka chwilę, żeby woda wróciła do wrzenia i przykryty garnek odstawia na kwadrans w możliwie ciepłe miejsce. Można go dodatkowo okryć na przykład czymś bawełnianym z odzieży. W tym czasie palnik jest wolny, więc to dobry moment na przygotowanie herbaty albo błyskawicznej zupy. Po piętnastu minutach (i kilku solidnych łykach rozgrzewającego płynu), stawiam ryż z powrotem na gazie i sprawdzam, powinien być już półtwardy. Wiele oczywiście zależy od temperatury otoczenia, jednak gotowanie do miękkości nie zajmuje zwykle więcej niż kilka minut.
Podobnie można przygotować każdą kaszę wymagająca gotowania i straszliwie zepsuć każdy makaron.




Na zdjęciu najmniejszy garnek z nowego tytanowego kompletu. Pierwsze testy wyszły bardzo pomyślnie.

niedziela, 19 sierpnia 2018

dziwaki czyli jesienne skrzydła

Dostaliśmy w darze przyjaźni potężną ilość skrzydlatych baniek. Straszyły w kuchni na blacie, pstrokaciły altanę, pies Pipek z jedną w zębach biegał po podwórku. Trzeba było podjąć odważną decyzję.

To co zrobimy z tych dziwaków? Do jedzenia? Ale przecież one są ozdobne!




ozdobne dynie 'Autumn Wings' faszerowane żytem

(danie dla 2 osób lub przystawka dla 6)

6 dyniek wielkości męskiej pięści
oliwa z oliwek
pomidory drobnoowocowe np. Koralik
cebula
kapelusz jednej czubajki kani albo 2-3 łyżki pudru grzybowego
ok. 1,5 szklanki ugotowanej kaszy żytniej
ząbek czosnku
jajko
3 garście tartego żółtego sera
pół papryki żółtej lub czerwonej
sól, pieprz
świeże zioła np. lebiodka, kurdybanek, kwiaty rzodkiewki

Dynie umyć i odciąć wydłużoną stronę z ogonkiem na takiej wysokości, żeby odsłonić miąższ z pestkami. Od spodu również odciąć po małym kawałku, żeby owoce stabilnie stały. Wydrążyć łyżeczką - wyjąć nasiona z otaczającymi luźnymi włóknami. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Posmarować dynie w środku oliwą z oliwek i piec przez 20 minut w żaroodpornym naczyniu.

Cebulę drobno pokroić i zeszklić na oliwie. Dodać pokrojoną kanię, poczekać aż opadnie, wtedy wsypać kaszę i wymieszać. (W wersji z pudrem grzybowym proszek rozprowadzić w małej ilości zimnej wody i wlać po dodaniu kaszy. Mieszać, aż woda wsiąknie i odparuje.) Wyłączyć palnik, doprawić kaszę solą, pieprzem, czosnkiem i świeżymi lub suszonymi ziołami. Wbić jajko, wsypać ser, wszystko połączyć. Paprykę pokroić w kostkę. Nakładać masę łyżeczką do podpieczonych dyniek. Z wierzchu posypać papryką. Dołożyć do naczynia umyte pomidorki, podlać trzema łyżkami wody i włożyć wszystko z powrotem do piekarnika. Piec około 20 minut. Mniej więcej w połowie tego czasu, kiedy dynie zaczną się rumienić, przykryć pokrywką. Podawać posypane świeżymi ziołami.


Dopóki dynie tej odmiany są młode, bardzo łatwo je przekroić, a po upieczeniu mają miękką skórkę. Są świetne jako danie główne, jedzone w całości. Co nie znaczy, że te bardziej dojrzałe nie nadają się już do wykorzystania. Przygotowane identycznie, będą pasowały na przystawkę - po lekkim ostudzeniu można jeść miękki środek z farszem za pomocą łyżki, jak z fikuśnej miseczki, jednak ich miąższ będzie miał bardziej włóknistą strukturę, a w smaku może pojawić się lekka goryczka lub cierpkość, jednak bardzo przyjemnie równoważona słodyczą pomidorków. Wtedy warto upiec ich więcej.



sobota, 18 sierpnia 2018

pod sosną

Na siedzunie chodzę do lasu, który nie bardzo obfituje w inne grzyby i w ogóle żadne z niego cenne siedlisko. Trafia się po kilka kurek, czasem kania na skraju, ze zwierząt co najwyżej sarny, więc właściwie nic nie rozprasza w marszu zygzakiem od sosny do sosny. Pierwszego szmaciaka znalazłam tam kiedyś niespodziewanie. Później wiedziałam już, czego szukać. Kolejne trafienia zaznaczam na mapie - nie po to, żeby wrócić pod konkretne drzewo, bo raz zebrany owocnik nie odrośnie już w tym sezonie, a i w kolejnych latach nie musi się pojawić na znanym miejscu - rozkład punktów powoli się zagęszcza i mogę obserwować zasięg występowania tych grzybów. Nie są dobrą wróżbą dla porażonych sosen, bo grzyb rozkłada ich drewno, ale to sosny sadzone na opał, a pasożyt niezwykle ciekawy i wcale nie częsty.




Pokazywałam już przepis na siedzunia smażonego po polsku i wykorzystanie suszonego w zielonym risotto. Tym razem japońska receptura, która ma wszystko co potrzeba, czyli niewiele składników, słuszną prostotę i świetny smak.




hanabiratake bataa shoyu itame
(smażony siedzuń sosnowy w sosie sojowym)

(2 porcje)

niewielki siedzuń (ok. 200 g)
2 łyżki masła
2 łyżki wody
łyżka sosu sojowego
cebulowy szczypior do posypania

Siedzunia oczyścić z większych pozostałości leśnej ściółki, najlepiej kilka razy przepłukać i wysuszyć. Rozdzielić dłońmi na cząstki wielkości jednego kęsa, a twarde pasma znajdujące się wewnątrz, oddzielnie pokroić. Rozgrzać masło na patelni, na początek przesmażyć pokrojone kawałki, aż stracą objętość, wtedy dodać resztę grzyba. Smażyć chwilę, żeby wszystko równomiernie zmiękło, podlać wodą i odparować. Przed podaniem polać sosem sojowym i posypać cebulą.

wtorek, 24 lipca 2018

makabreska

Ręka, noga, mózg na ścianie, to nie flaki, tylko kanie!




flaczki z kani


5-7 dużych kapeluszy czubajki kani
cebula
2 marchewki
1 pietruszka
mały seler
mały por
ząbek czosnku
2-3 łyżki oleju lub masła
3 liście laurowe
4 kulki ziela angielskiego
3 litry wody
majeranek, gałka muszkatołowa, papryka słodka i ostra, imbir
sól, pieprz
świeża dzika lebiodka
(3 łyżki pudru grzybowego)

Cebulę podsmażyć na łyżce tłuszczu na złoto. Włoszczyznę obrać, korzenie pokroić w wąskie paski, pora i ogonki z naci w plasterki. Czosnek wycisnąć przez praskę lub drobno posiekać. Wszystko to przełożyć do garnka, dodać liście laurowe i ziele angielskie, zalać wodą i gotować kilkanaście minut. W tym czasie pokroić grzyby w paski w poprzek blaszek. Podsmażyć na patelni do zrumienienia, w razie potrzeby partiami. Dodać do zupy i gotować jeszcze kwadrans, pod koniec doprawić. Żeby zupa wyszła bardziej zawiesista, razem z grzybami można dodać puder grzybowy. Podawać posypaną listkami dzikiego oregano, tradycyjnie z pieczywem.


środa, 25 kwietnia 2018

uszywiście

Kie­dyś każdy spo­tkany w lesie uszak bzowy był dla mnie sporą atrak­cją. Znaj­dy­wa­łam je rzadko i marzyła mi się wła­sna hodowla grzy­bów mun, jakie widzia­łam na zdję­ciach z Chin. Drew­niane kozły pod­pie­ra­jące uło­żone równo pnie, cie­ni­sta wil­gotna dolina, takie tam. Potem zna­la­złam nie­za­wodne miej­sce zbio­rów, porzu­ci­łam pomysł uprawy i prze­zna­czy­łam na grzy­bowy susz wielki słój. Świeże jedli­śmy sma­żone z cebulką, pie­czone z ziem­nia­kami, suszone rato­wały nie­je­den bigos, a zwy­kle wyka­zy­wały się w potra­wach azja­tyc­kich.

Ale na wsi w tym roku kilka sta­rych bzów zostało wycię­tych pod drogę pro­wa­dzącą na pole. Patrzy­łam na leżące nie­równe pnie i poroz­ga­łę­ziane konary – każdy kawa­łek innej dłu­go­ści, od dawna mar­twe drewno obok takiego, które przed chwila jesz­cze żyło. Opał z tego żaden, popro­si­łam więc, żebym mogła je zabrać. Dosta­li­śmy z Potwo­rem wszyst­kie.




Zad­ba­li­śmy o względ­nie zacie­nione miej­sce i usta­wi­li­śmy kon­struk­cję na ste­lażu z naj­dłuż­szych gałęzi. Bez uży­cia gwo­ździ, żeby ewen­tu­alny demon­taż i nie­unik­niona bio­de­gra­da­cja nie spra­wiały żad­nych pro­ble­mów. Uprawa jest scho­wana za budyn­kami gospo­dar­czymi, więc nikomu nie prze­szka­dza jej wąt­pliwa uroda. I mimo małej ostat­nio wil­got­no­ści, poja­wiły się już pierw­sze grzyby. Czas i deszcz zro­bią swoje.


czwartek, 12 kwietnia 2018

czaga

Może sły­sze­li­ście o fiń­skiej her­batce dzię­cioła Tik­ka­tee lub sybe­ryj­skim napa­rze z czar­nych guzów brzóz leczą­cym nowo­twory. Albo o tajem­ni­czym grzy­bie, który tak chło­nie ogień, że daje się roz­ża­rzyć jedną iskrą z krze­mie­nia, a w dodatku można zapa­rzyć z niego her­batę łudząco podobną do czar­nej i o wła­ści­wo­ściach popra­wia­ją­cych nastrój. To wszystko warianty tego samego napoju z bły­sko­porka pod­ko­ro­wego (Ino­no­tus obli­quus).




Bły­sko­po­rek czyli czyr paso­ży­tuje na róż­nych drze­wach liścia­stych, ale zbie­rany jest wyłącz­nie z brzóz i ich zasięg wystę­po­wa­nia wyzna­cza mu gra­nice. Może rosnąć nawet kil­ka­dzie­siąt lat razem z drze­wem, które go żywi, jed­nak powo­duje biały roz­kład drewna, więc działa na szkodę żywi­ciela. Wyko­rzy­stuje się owoc­nik widoczny na zdję­ciach, tak zwane skle­ro­cjum o czar­nej spę­ka­nej powierzchni przy­po­minającej zwę­gle­nie i rdza­wym wnę­trzu grzybni z żół­tymi żył­kami. Źró­dła twier­dzą, że naj­lep­sza pora na zbie­ra­nie to okres od jesieni do wcze­snej wio­sny, ale praw­do­po­dob­nie wynika tak po pro­stu z uła­twie­nia, jakim jest brak liści. Grzyby pozy­skane z mar­twych pni mogą być ska­żone ple­śnią, więc nie są zbie­rane, tak jak z tere­nów zanie­czysz­czo­nych np. przy dro­gach o dużym natę­że­niu ruchu.

Pewną trud­ność może spra­wiać roz­róż­nie­nie róż­nych typów naro­śli na pniach brzóz. Z daleka na bły­sko­porka może wyglą­dać rak drzewny lub cze­czota. Pierw­sze zja­wi­sko to objaw cho­roby, przy­po­mina ranę, czę­sto zabliź­nioną. Cza­sem towa­rzy­szą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształ­cie i roz­mia­rze liści drzewa. Nato­miast cze­czota jest wadą drewna, które wpraw­dzie jest zdrowe, jed­nak ma nie­ty­pową struk­turę, jakby skłę­bio­nych włó­kien. Oba typy naro­śli pokryte są korą jako zewnętrzną war­stwą, kry­jącą twarde drewno pod spodem, ina­czej niż czyr ze swoim kor­ko­wa­tym wnę­trzem i kru­chą powierzch­nią uda­jącą węgiel.




Prak­tyka ludowa przy­pi­sy­wała temu grzy­bowi lecze­nie nowo­two­rów, współ­cze­sna fito­te­ra­pia potwier­dza, że może poma­gać, rów­nież w cho­ro­bach skóry i prze­wodu pokar­mo­wego, miaż­dżycy, nad­ci­śnie­niu. Korzyst­nie wpływa na układ odpor­no­ściowy i ner­wowy oraz ogól­nie wzmac­nia. Jest bar­dzo wiele spo­so­bów przy­rzą­dza­nia, a te lecz­ni­cze zwy­kle obej­mują nie tylko eks­trak­cję wodną, ale też alko­ho­lową, żeby wyko­rzy­stać związki nie­roz­pusz­czalne w wodzie. Ja sku­pię się na popi­ja­niu rekre­acyj­nym i pro­fi­lak­tycz­nym.




Naj­pierw tylko jeden ważny szcze­gół. W Pol­sce bły­sko­po­rek pod­ko­rowy pod­lega ochro­nie czę­ścio­wej, ponie­waż został skla­sy­fi­ko­wany jako poten­cjal­nie zagro­żony z powodu ogra­ni­czo­nego zasięgu geo­gra­ficz­nego i małych obsza­rów sie­dli­sko­wych. W związku z tym zbie­ra­nie go jest nie­le­galne. Jak sobie z tym radzą zbie­ra­cze? Róż­nie. Pozy­skują z brzóz świeżo ścię­tych w związku z gospo­darką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sprosz­ko­wany w zie­lar­niach, przy­wożą w róż­nej for­mie ze Skan­dy­na­wii albo Rosji. Niek­tó­rzy mają zain­fe­ko­wane drzewa we wła­snym lesie lub na swo­jej działce i powo­łują się na zasady pro­wa­dze­nia gospo­darki lub nawet brak pre­cy­zji okre­śle­nia grzyby dziko wystę­pu­jące. Cała sprawa doty­czy zasad, ale tak naprawdę o wiele bar­dziej sumie­nia niż prawa.




Smak bły­sko­porka jest deli­katny i nie tyle her­ba­ciany, co leśny – tro­chę jak zapach mokrego mchu i kory, tro­chę zie­mi­sty, mało grzy­bowy. Bez gory­czy. Im ciem­niej­sze kawałki, tym bar­dziej nasy­cony kolor goto­wego napoju.

Zdo­byty grzyb naj­pierw trzeba roz­drob­nić. Świeże wnę­trze daje się ście­rać na tarce, z czar­nymi wierzch­nimi kawał­kami albo wysu­szoną grzyb­nią można sobie pora­dzić za pomocą moździe­rza lub młynka do kawy, wcze­śniej roz­kru­sza­jąc na drob­niej­sze kawałki na przy­kład młot­kiem przez płó­cienny worek. Wiem też, że nie­któ­rzy mielą (świeże lub namo­czone) owoc­niki w maszynce, ale nie pró­bo­wa­łam. Suszyć w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, roz­ło­żone cienką war­stwą kawałki lub pro­szek.


czaga – her­bata z bły­sko­porka pod­ko­ro­wego



fiń­ska Tik­ka­tee (metoda her­bat­kowa)


0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę

Bły­sko­porka zalać wrząt­kiem i zapa­rzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wie­lo­krot­nie zale­wać, wydłu­ża­jąc czas parze­nia: dru­gie do 20 minut, trze­cie około 45 itd.


pro­sta metoda zie­lar­ska


3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody

Zalać pro­szek wodą o tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, powoli dopro­wa­dzić do wrze­nia i odce­dzić. Pić szklankę raz dzien­nie.


metoda radziecka


6 łyże­czek proszku na każdą szklankę wody

Prze­go­to­waną wodę dopro­wa­dzić do tem­pe­ra­tury 50 °. Wsy­pać pro­szek do ter­mosu i zalać wodą, odsta­wić na 48 godzin. Prze­ce­dzić odci­ska­jąc fusy przez płótno. Wypi­jać do 3 szkla­nek napoju dzien­nie. Jego trwa­łość to około 4 dni w lodówce, więc można przy­go­to­wać od razu ilość na wła­śnie tyle czasu.


metoda bia­ło­ru­ska


2 łyżeczki proszku na 150 ml wody

Pro­szek zalać cie­płą wodą i odsta­wić na około 8 godzin (naj­le­piej na noc). Po tym cza­sie goto­wać 15–20 minut i pić małymi por­cjami cały dzień.




Ogra­ni­czeń w spo­ży­wa­niu jest bar­dzo mało. Z powodu braku odpo­wied­nich badań, czagi nie zaleca się kobie­tom w ciąży. Dla bez­pie­czeń­stwa warto przed wypi­ciem pierw­szej szklanki wywaru czy naparu wyko­nać próbę uczu­le­niową, szcze­gól­nie w przy­padku aler­gii na dowolny inny rodzaj grzy­bów. No i koniecz­nie poin­for­mo­wać leka­rza o sto­so­wa­niu bły­sko­porka przy poda­wa­niu glu­kozy lub kie­ro­wa­niu na bada­nia jej stę­że­nia we krwi.

Na koniec lita­nia nazw alter­na­tyw­nych: włók­no­uszek uko­śny, huba uko­śna, czarna huba brzo­zowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba sko­śno­rur­kowa, czer­niak brzozy, czer­ni­dło, czy­reń, czar­cie oko i chaga (tylko w piśmie).

sobota, 20 stycznia 2018

mów do mnie tygrysie!

Z przy­mru­że­niem oka, ina­czej się nie da. Syn bry­tyj­skiego par­la­men­ta­rzy­sty, który nosząc imiona Edward Michał, zmie­nił je na ksywkę Misiek, wstą­pił na trzy lata do woj­ska, a potem został naczel­nym dowódcą skau­tów. Pisze powie­ści, kręci pro­gramy tele­wi­zyjne o sztuce prze­trwa­nia, kie­dyś wszedł na Eve­rest, a nie­dawno wydał książkę kuchar­ską bez­glu­te­nowo-bez­na­bia­łową (nie wie­dział­bym pew­nie o tym, ale jego zdję­cie z blen­de­rem kie­li­cho­wym zer­kało wtedy zachę­ca­jąco z wystaw wielu księ­garni). W każ­dym razie to wszystko wygląda, jakby świet­nie się bawił.




„Ekstre­malne jedze­nie” zostało prze­tłu­ma­czone na „Jeść, by prze­trwać”.
Napię­cie jest daw­ko­wane, więc po przed­sta­wie­niu kilku tech­nik kuchni polo­wej, opi­sy­wane są rośliny, potem grzyby, ryby i mor­skie stwo­rze­nia z wodo­ro­stami. Całe trzy­na­ście roślin podzie­lo­nych na cztery strefy kli­ma­tyczne, do tego sie­dem tru­ją­cych. Pięć grzy­bów jadal­nych i pięć tru­ja­ków. Sześć gatun­ków wodo­ro­stów i dzie­więć mor­skich zwie­rząt. Co cie­kawe, mor­skie ptaki też zostały zali­czone do frutti di mare. Następne roz­działy doty­czą polo­wa­nia na ssaki i ptaki oraz przy­go­to­wa­nia mięsa. Kolejne – owa­dów z paję­cza­kami, pła­zów i gadów. Opi­sa­nych jest tyle samo robali, co roślin. Jesz­cze tylko węzły i koniec.

Czarno-białe ryciny nie­zbyt wier­nie oddają rze­czy­wi­stość, więc ozna­cza­nie gatun­ków na ich pod­sta­wie jest raczej nie­moż­liwe. Łaciń­skie nazwy podane są tylko przy grzy­bach, jed­nak dziwi brak wzmianki o zarod­ni­kach jako cesze cha­rak­te­ry­stycz­nej przy roz­po­zna­wa­niu. Za to pod­kre­śla­nia pożyw­no­ści grzy­bów ni­gdy dość w kraju grzy­bia­rzy, gdzie cią­gle sły­szy się bzdurę, że grzyby nie mają żad­nych war­to­ści odżyw­czych.




Nie liczy­łam prze­pi­sów, nie­które wyglą­dają tak jak na zdję­ciu wyżej i nie sądzę, żeby kie­dy­kol­wiek mi się przy­dały – zawie­rają mięso niedź­wie­dzia czy ali­ga­tora, albo tylko kupne jajka w proszku. Więk­szość to bar­dziej zbiór wska­zó­wek, wzmia­nek, pomy­słów niż recep­tur.

To jaka jest ta książka? Zaska­ku­jąco cie­kawa. Test jadal­no­ści roślin, jak­kol­wiek sze­roko znany, zna­lazł się na wła­ści­wym miej­scu. Frag­menty o wodo­ro­stach i mor­skich mię­cza­kach to nie­zły wstęp do zgłę­bia­nia tematu, ostrze­że­nia o paso­ży­tach i tok­sycz­no­ści też bar­dzo ade­kwatne. No i może warto się dowie­dzieć, że wszyst­kie bez wyjątku ptaki są jadalne, żół­wie głowy bywają tru­jące, mięso lisa jest twarde, a opra­wia­nie fok może powo­do­wać zapa­le­nie skóry.

Jesz­cze o wadach. Pewna nie­spój­ność zawiera się w jed­no­cze­snym pod­kre­śla­niu koniecz­no­ści zapew­nie­nia huma­ni­tar­nej śmierci zwie­rzę­ciu i opi­sy­wa­niu metody przy­wią­zy­wa­nia żywej ryby jako zapasu świe­żego jedze­nia. Do tego całe to wie­lo­krotne zastrze­ga­nie, że wydawca nie ponosi odpo­wie­dzial­no­ści, a przed wypró­bo­wa­niem zapy­taj spe­cja­li­stę, no i ratuj życie, ale masz obo­wią­zek prze­strze­ga­nia prawa… takie mamy czasy, w pod­ręcz­ni­kach z lat 70-tych tego nie było.
Podroz­dział o nożach odro­binę żenu­jący. Styl ujdzie, mimo wszyst­kich wykrzyk­ni­ków, pusz­cza­nia oka znad halu­cy­no­gen­nego mucho­mora, nie­ru­cho­mej tafli rzeki itp. Tylko cisa mocno podob­nego do sosny nie prze­mil­czę, bo niby z któ­rej strony?! Kilka podob­nych głu­pot, ze dwa pod­pisy ilu­stra­cji do poprawki, redak­cyjny dro­biazg.

Dla kogo? Teore­ty­ków i prak­ty­ków jedze­nio­wego tabu (pozdra­wiam Kubę i Dże­rego!), począt­ku­ją­cych kłu­sow­ni­ków, fanów Bogu­sława Lindy.
W kate­go­rii DZIKIE GOTOWANIE W TERENIE –> 5/10.


Grylls Bear (2015). Jeść, by prze­trwać. Pascal. Biel­sko-Biała

niedziela, 7 stycznia 2018

ahoj!

Mieliśmy na przełom roku solidny plan objazdowy, ale potem okazało się, że Czech nam mało, gór nam mało, trzeba więcej. Choćby takich niewysokich. A Beskid Śląsko-Morawski poczęstował nas płomiennicami zimowymi czyli zimówkami. Rosły na pniu jawora pośród świerków.




O szybkim gotowaniu na szlaku pisałam TUTAJ. Ten sam uniwersalny schemat, kasza z dodatkami, sprawdza się również zimą. Tym razem danie, które można nazwać odświętnym, bo nie jest jednogarnkowe, a w terenie raczej nie dysponuje się takimi składnikami, jak cebula albo ulubione przyprawy. Tak się jednak akurat zdarzyło, że Ola spakowała je z prowiantem. Przepis jest dla inspiracji, bo trudno planować dostępność dzikich składników, szczególnie w nowych miejscach.




terenowa polenta kukurydziana z zimówkami

na każdą porcję:

70-90 g suchej kaszy kukurydzianej
ok. 160-200 ml wody
łyżeczka oleju rzepakowego
3 garście młodych grzybów (jeśli są starsze, to same kapelusze)
mała cebula
sól, pieprz, czosnek granulowany
garść liści szczawiku zajęczego

Zimówki kilkakrotnie opłukać z kawałków kory, a szczawik umyć. Cebulę pokroić i zeszklić na oleju, dodać grzyby i dusić kilka minut, na koniec doprawić solą, pieprzem i na przykład granulowanym czosnkiem albo choćby szczyptą drobno posiekanych sosnowych igieł. W innym naczyniu zagotować osoloną wodę, wlać olej i na wrzątek wsypywać kaszę, od razu mieszając. Wody powinno być koniecznie ponad 2 razy więcej niż objętości kaszy. Nieprzerwanie mieszać aż zgęstnieje, wchłonie wodę i odpowiednio zmięknie, mi zajęło to około 7 minut (chociaż na opakowaniu proponowali 15). Przykryć i odstawić jeszcze na chwilę, w tym czasie można podgrzać grzyby. Podawać z liśćmi szczawiku jako sałatką.




Przyznam się, że gotuję terenowo znacznie częściej, niż tu pokazuję. Przeszkadza mi w tym zwykle pogoda, brak aparatu lub światła. Jednym z dalszych powodów jest też zwykła próżność. Pospieszne zdjęcia w metalowych naczyniach przy światle latarki to nie jest coś, z czego byłabym szczególnie dumna. Ale przebywanie nawet w umiarkowanej dziczy, a szczególnie w górach, pomaga wartościować rzeczy. Po całodziennym marszu zimą ciepły posiłek to konieczność, a noszenie zbędnych akcesoriów albo powtarzanie ujęcia stygnącej potrawy w poszukiwaniu lepszego oświetlenia jest tylko kaprysem, który w dodatku może nas niepotrzebnie osłabić.
Teraz obiecałam sobie więcej relacji ze szlaków; brakowało mi tego. Czy to wygląda jak noworoczne postanowienie?

czwartek, 30 listopada 2017

po prostu z porostu

Ostatnio wszystkie północne przepisy tak bardzo sprawdziły się w mojej kuchni, aż zapomniałam już, że tak naprawdę to jeden wielki eksperyment. W końcu różnice kulturowe są naprawdę spore i nie każda do bezproblemowego przeskoczenia.

Chleb z porostem islandzkim jest idealnym przykładem, ale skoro płucnicę wykorzystywałam już do krakersów i mieszanek herbacianych, nie wydawał mi się większym ryzykiem niż one. Islandzkie źródła rzadko podają konkretny przepis na fjallagrasabrauð. Po prostu radzą wziąć swój zwykły przepis na chleb i wzbogacić go o ten jeden składnik. To niezła myśl, jednak jeśli zależy nam na prawdziwie północnym wypieku, lepiej w imię autentyzmu poszukać czegoś islandzkiego i sprawdzić, czy okaże się bardzo odmienne od naszych przyzwyczajeń.

Kiedy mówię o prostym chlebie, przeważnie mam na myśli drożdżowy. Zakwas jest powszechnie uważany za kolejne wtajemniczenie. Na nordyckiej i skandynawskiej północy najprostszy chleb oznacza jednak zwykle pieczywo na proszku do pieczenia lub sodzie. Właśnie tak wyglądała większość islandzkich przepisów na chleb z porostem. Zaryzykowałam.

Jeszcze zanim podam przepis, ostrzeżenie. Jeżeli pieczesz swój własny chleb i uwielbiasz zapach drożdżowego ciasta roznoszący się po domu, jeśli lubisz pracować z zakwasem i nic cię tak nie cieszy, jak idealnie wyrośnięty i kształtny bochenek upieczony na blasze, albo jak jesteś mistrzem pieczenia chlebów wyrastających wieloetapowo, pewnie tym wypiekiem poczujesz się rozczarowany. Mi najbardziej przypomina wytrawne babeczki, które zdarzało mi się piec, na proszku i aromatyzowanej oliwie (na przykład z suszonymi pomidorami i parmezanem). Wyszedł kruchy, dość ciężki i nie zjadłabym go dużo na raz. Porost jest wyczuwalny w co którymś kęsie i to akurat bardzo przyjemny i niedominujący efekt. Oryginalny przepis TUTAJ.
I ach, byłabym zapomniała - nie nadaje się na tosty. To dla niektórych bardzo ważna informacja.




gerlaust fjallagrasabrauð

(islandzki przaśny chleb z porostem)


300 g mąki orkiszowej
200 g mąki pszennej
2 łyżki ziaren sezamu
4 łyżeczki proszku do pieczenia
(w źródle jest proszek na winianie potasu)
2 łyżeczki drobnej soli
1 łyżka kawy - u mnie zbożowa

2 szklanki mleka np. roślinnego
1 łyżka oleju

1 łyżka rozkruszonego porostu islandzkiego
wrzącej wody tyle, żeby przykryć porost w szklance

Porost zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut, żeby zmiękł. Wymieszać w misce suche składniki chleba. Dolać mleko i olej, a także napar razem z porostowymi fusami. Dokładnie wymieszać ciasto. Blachę keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia i wylać ciasto wyrównując powierzchnię łyżką. Piec godzinę w 160 stopniach.

sobota, 11 listopada 2017

Islandia - herbata na aklimatyzację

Przygotowania do wyjazdu na Islandię u nas miały kilka rozłożonych w czasie etapów. Bilety lotnicze, sprawy bankowe, wypożyczalnia samochodów. Czytanie map i przewodników, własne mapy. Szukanie wodoodpornych spodni, drobne naprawy merynosowej bielizny, ważenie sprzętu. Atlasy roślin, słownik z zakresu jedzenia, punkty z używanymi kartuszami gazowymi. I sprawdzanie pogody. Jakoś tak. Nie próbowaliśmy żadnej adaptacji kulinarnej. Czy coś takiego w ogóle jest potrzebne? Na pewno nie zaszkodzi.




Jeśli interesowaliście się tematem, pewnie z kuchnią islandzką kojarzycie zgniłego rekina, baranią głowę i podroby, potrawy z tamtejszych ptaków-maskotek maskonurów oraz wielorybów. Nie będę teraz pisać o żadnej z tych rzeczy, chociaż dla ciekawych i (uwaga wrażliwcy!) mięsożernych mam ciekawostkę prosto z Islandii. Jako zastępstwa dla mięsa wieloryba używa się koniny, ponoć najbardziej podobnego w smaku mięsa zwierząt hodowlanych.

Jak widać, to zupełnie odmienna od polskiej tradycja kulinarna. A mnie najbardziej interesują dzikie odmienności. Na przykład jedzenie porostów. Nie żeby u nas się nie trafiały restauracje podające dania z chrobotkiem reniferowym, ale to jednak elitarny przysmak. Na Islandii porosty, a konkretnie płucnica islandzka (Cetraria islandica) to składnik tradycyjnej kuchni i babcine lekarstwo. Tak, ten ostatni brzydal na powyższym zdjęciu fragmentu "mapy" roślin Islandii.

Porosty nie są roślinami, to bardzo ciekawe organizmy, które zwykle uznaje się za grzyby, bo to one budują plechę, ale jest ona wspólnym ciałem grzyba i współpracującego glona, a więc rośliny (lub rzadziej sinicy, która jest bakterią). Grzyb w tym związku zajmuje się zaopatrzeniem w wodę i minerały, glon zapewnia odżywianie. Dzięki takiej symbiozie, porosty są w stanie zajmować nowe, niedostępne wcześniej siedliska.




Polska nazwa porostu islandzkiego, płucnica, wskazuje na zastosowanie w leczeniu dróg oddechowych. Faktycznie, ma działanie osłonowe i zwalcza zakażenia bakteryjne, również w układzie pokarmowym. Po islandzku nazywa się fjallagrös, górska trawa, w angielskim to iceland moss, czyli islandzki mech.

Islandczycy nie tylko zachowali tradycyjne przepisy z wykorzystaniem tego ziółka, ale też wydają się dumni z nazwy wskazującej na ich państwo. Opakowania herbatki z porostów z zorzą polarną na kartoniku to jedna z najpopularniejszych pamiątek z Islandii, przebywając na północy można też samemu nazbierać surowca na tej napój. W Polsce płucnica jest rzadka i chroniona, a jej zbieranie zabronione, ale można ją kupić w sklepach zielarskich. Jeśli wybierzecie tą możliwość, koniecznie sprawdźcie jakość suszu przed wykorzystaniem w kuchni. Może być wymieszany np. z sosnowymi igłami albo kawałkami kory.

Na początek polecam najłagodniejszą wersję islandzkiej herbaty z porostem. Można kupić gotową mieszankę na Wyspie, ale jest banalnie prosta do wykonania w domu.




earl grey z płucnicą islandzką
na każdą filiżankę:

1 łyżeczka herbaty earl grey o niewielkiej goryczce
szczypta rozkruszonego porostu

Zalać prawie-wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 4-5 minut.




PS.
Z listopadem kojarzy mi sie właśnie ten mural w Reykjaviku. Days of gray.
Earl gray.

czwartek, 12 października 2017

olej, grzyby i haluny

U nas na wsi znana jest taka potrawa, która zawsze budzi we mnie śródziemnomorskie skojarzenia. To olej rzepakowy z cebulą i chlebem, wymieniane właśnie w tej kolejności. Ale jaki to jest olej i jaki chleb! Żytni chleb z formy, na zakwasie z piekarni na górce za kościołem. Nie ma lepszego ciemnego chleba. Olej z pobliskiej tłoczni, ciemnozielony o wspaniałym orzechowym zapachu. A jak się zastanowić, całości naprawdę niedaleko do pszennego bochenka z oliwą i czosnkiem.

Tym razem oprócz oleju rzepakowego, wzięliśmy jeszcze butelkę o słonecznożółtej zawartości i ostrzejszym aromacie - olej rydzowy, czyli z lnianki. Ta lnianka, rydz, lnicznik (Camelina sativa) to wcale nierzadko spotykany chwast, wygląda podobnie do gorczycy i na szczęście gdzieniegdzie ciągle jest uprawiany. Bo tłoczony z nasion olej jest wyjątkowo smaczny, odporny na utlenianie i bardzo zdrowy (ochronny, przeciwzapalny, regulujący). Kto będzie miał ochotę, doczyta, ja wracam do śródziemnomorskich inspiracji kulinarnych.

PS. Zawsze mam złudzenie, że jest jeszcze tak duużo światła. A potem fotografuję o zmroku.




halloumi i borowiki w oleju rydzowym

200 g sera halloumi
8 małych prawdziwków
kilka szyszkojagód jałowca
łyżka ziaren pieprzu
ząbek czosnku
olej z lnianki zimnotłoczony
(4-6 liści mięty)

Ser i oczyszczone grzyby pokroić w półcentymetrowe plasterki. Ząbek czosnku przekroić na ćwiartki. (Jeżeli dodajesz liście mięty, pamiętaj, żeby je dokładnie umyć i równie dokładnie osuszyć.) Układać warstwowo, na przemian borowiki i ser, przesypując przyprawami. Zalać olejem i lekko ugnieść. Odstawić do lodówki na dzień lub dwa, w razie potrzeby uzupełniając olej.Podawać do chleba.

Ten przepis nie nadaje się na przetwory - nie zmieniłaby tego nawet pasteryzacja - zawartość słoika trzeba zjeść w ciągu 3 dni. Pozostały aromatyczny olej najlepiej zużyć do sałatek.

poniedziałek, 9 października 2017

porcini!

Jesteśmy otoczeni bogactwem. Grzyby podchodzą już pod bramę, w dodatku nawet wstępnie oczyszczone. Żeby się nie dać klęsce urodzaju, oprócz żmudnego przerabiania, pilnuję, żeby był czas na przyjemności. Choćby świeże borowiki szlachetne (Boletus edulis) na surowo. Na tą potrawę starczy nawet jeden malutki porcino.




świerkowe carpaccio z borowików

nieduży borowik szlachetny
dziewicza oliwa
sól świerkowa

Borowiki pociąć na plasterki grubości papieru - niezastąpiona będzie mandolina. Rozłożyć na talerzu i pokropić oliwą. Posypać aromatyzowaną solą w ostatniej chwili, żeby nie zdążyła rozpuścić się na grzybach. Pasuje świeża ciabatta.



sobota, 16 września 2017

skandalicznie późna kolacja

Potwór codziennie przyjeżdża po pracy z czubatym parasolem w ręku. Albo dwoma, albo koszem, jak dziś. Zobaczył z daleka, rosły na wzniesieniu, taka łączka była... Pies na kanie, mówiłam.




Wyjeżdżamy jutro na kilka dni, więc wzięło mnie na opróżnianie lodówki. Niewykorzystany do zupy bulion, kawałek parmezanu i zeschniętego queijo curado, borowiki, które miały zostać bardzo-wyszukaną-potrawą-ale-nie-wiadomo-czym-dokładnie. Do tego dzisiejszy koszyk kań. I otwarta paczka ryżu arborio w szafce. Wybór dania sam się cisnął, brakowało tylko flaszki białego wina. No i dodatkowego czasu na pakowanie, bo jakoś tak się zeszło, że kolacja wypadła w środku nocy, a spanie jeszcze bardziej wypadło mi z planu.




Czubajkę kanię wbrew obiegowej opinii nie tak łatwo pomylić z którymkolwiek muchomorem, nawet młodą. Ma luźny pierścień na trzonie, ciemny wypukły czubek, orzechowy zapach, a brązowe łuski trzymają się tak luźno, że same odchodzą, można je dosłownie zdmuchnąć. Dojrzałe parasole są też od muchomorów sporo większe. Warto zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz - czerwieniejący miąższ to cecha charakterystyczna innego gatunku, czubajki czerwieniejącej, a te bywają trujące, jeśli wyrosną na ziemi ogrodowej. Kania będzie w środku zawsze biała.




risotto z borowikami i kaniami

200g ryżu arborio
litr bulionu
mała cebula - pokrojona w drobną kostkę
3 łyżki masła
5 borowików - w plasterki
2-3 młode kanie - pokrojone
70 g twardego sera dojrzewającego - startego na tarce

Ryż przepłukać w bulionie, odcedzić i smażyć 4-5 minut na 2 łyżkach masła. Dodać cebulę i przesmażyć około minuty. Bulion po płukaniu ryżu zamieszać, żeby rozprowadzić skrobię i wlać na patelnię prawie cały, zostawiając około pół szklanki do późniejszego kontrolowania konsystencji. Grzyby dodać po 15 minutach gotowania z bulionem. Gotować jeszcze 5 minut, w razie potrzeby dolewając płynu. Kiedy ryż będzie gotowy, półtwardy, energicznie wmieszać łyżkę masła i ser. Podawać od razu, darować sobie foodpornowe zdjęcia.

czwartek, 14 września 2017

jajko i kurka

Grzybowy rok, wszyscy tak mówią. Faktycznie, gdziekolwiek się ruszymy, jest mnóstwo grzybów (i grzybiarzy). Borowiki w parku, kurki na leśnym szlaku, pniak opieniek, parasol z kani na skraju lasu, starszawy żółciak po środku parkingu. No i te niejadalne do podziwiania: koralówki, pięknorogi, prążkowane kubki.




Więc cieszymy się z końcówki lata, robimy zupy z podgrzybków i opieniek, próbujemy oszczędzać borowiki na zimę i smażymy kanie, bo ciągle ich nie dość, a mój Potwór to prawdziwy pies na czubajki, jak się okazało. Wołają do niego chyba, albo świecą w jakimś niewidocznym dla innych pasmie.




A kiedy z takiego przypadkowego grzybobrania przyniosę poza borowikami tylko garść kurek, za mało na jakieś samodzielne danie, improwizuję pastę na kanapki. Na przykład taką.




pasta jajeczna z kurkami

3 jajka
spora garść kurek
borowik
cebula
łyżka masła
mały ząbek czosnku
rozmaryn, sól, pieprz
(ewentualnie natka pietruszki)

Jajka ugotować na twardo, wystudzić. Obrać i rozgnieść widelcem. Na łyżce masła zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać posiekane grzyby i małą szczyptę rozmarynu, dusić do miękkości. Zdjąć z kuchenki, dodać przetarty lub wyciśnięty czosnek i sól, bez obaw, całkiem sporo soli. Lekko przestudzone grzyby przełożyć do jajek i dokładnie wymieszać. Posypać świeżo mielonym pieprzem (i natką). Podawać z pieczywem.

wtorek, 29 sierpnia 2017

islandzkie krakersy Black Lava

Islandczycy wydają się mieć słabość do czarnego jedzenia. Obowiązkowo nazywają je jakoś lawopodobnie i nie wiem, ile z tego jest obliczone na dobrą zabawę, a ile na turystów, ten potężny żywioł opływający Wyspę. Pewnie z resztą łączą te dwie sprawy, skoro w sklepach oprócz drażetek czekoladowych podpisanych jako lawowe kamyki, leżą też inne koloru khaki nazwane... końskie bobki.




Svartkex, czyli czarne ciastka kusiły mnie od samego powrotu. Trochę zajęło mi wymyślenie proporcji i technologii pozwalającej bezproblemowo w każdej kuchni odtworzyć czarne maślane krakersy dokładnie-jak-z-Islandii. Udało się świetnie, ale przyznam się do pewnego odstępstwa od oryginału. Skoro i tak żadnym sposobem nie mogły być wegańskie z powodu islandzkiej maślanej dumy, postanowiłam dodać jajko, żeby uniknąć ewentualnych problemów z konsystencją. Sprawdziłam też wersję zastępującą kwaśny węglan amonu (ten "amoniak" z ciastek amoniaczków) łatwiej dostępnymi spulchniaczami - proszkiem do pieczenia i sodą. Natchnęło mnie do tego nieudane poszukiwanie amoniaku spożywczego w Miasteczku. Pół łyżeczki amoniaku w przepisie może być zastąpione mieszanką pół łyżeczki sody i pół łyżeczki proszku, dodaną bezpośrednio do suchych składników ciasta. Jeśli zdecydujecie się na takie zamienniki, sprawdźcie później koniecznie, dlaczego Nordycy tak lubią węglan w wypiekach. Wietrzenie kuchni podczas pieczenia jest konieczne, ale uzyskana chrupkość ciastek może być tego warta.




Zaopatrzenie w odpowiedni spulchniacz pewnie będzie niejedynym wyzwaniem, bo do zebrania składników trzeba odwiedzić też aptekę oraz dobrze zaopatrzony sklep zielarski i zachować wyjątkową czujność. Możliwe, że zamiast płucnicy islandzkiej zielarze zaproponują płucnik, czyli miodunkę plamistą, rodzime ziółko o podobnych właściwościach leczniczych, ale tu chodzi o aromat i autentyczność przepisu, więc miodunka odpada. Jeżeli zielarz nie będzie znał nazwy botanicznej, płucnica nic mu nie powie, więc należy dopytać jeszcze o islandzki porost i islandzki mech. Oczywiście na Islandii można zebrać porost samemu. W Polsce jest rzadki i chroniony.




svartkex og kol Islensk Hraefni
(krakersy z węglem Czarna Lawa)

90 g wrzącej wody na napar
pół łyżeczki płucnicy islandzkiej

260 g mąki pszennej
70 g drobnej kaszy jęczmiennej zmielonej w młynku do kawy
łyżeczka cukru trzcinowego
pół łyżeczki soli morskiej
3,2 g węgla aktywowanego - 16 kapsułek 200 mg

60 g masła
1 jajko
pół łyżeczki amoniaku spożywczego
łyżka wody

Zaparzyć płucnicę i zostawić na pół godziny do naciagnięcia.

Zmieloną kaszę przesiać przez sitko. Suche składniki (poza amoniakiem) wsypać do miski, dodać do nich węgiel wysypany z kapsułek i mieszać do uzyskania jednolitego koloru popiołu. Napar z płucnicy przecedzić, powąchać i wyobrazić sobie krajobraz, który tak pachnie. Masło podgrzać do stopienia, a amoniak rozpuścić w łyżce wody. Wymieszać napar, amoniak, masło i jajko, a następnie dodać do suchych składników. Ręcznie zagnieść jednolite ciasto. Powinno być plastyczne i nie brudzić mimo ciemnego koloru.

Rozgrzać piekarnik do 150 stopni. Ciasto podzielić na dwie części, każdą uformować w kulę i rozwałkować pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość nie większą niż 2 mm. Ważne żeby warstwa była równa. Papier z dołu będzie się marszczył, więc trzeba uważać na zagniecenia, które mogą sprawić, że ciasto będzie w tym miejscu pękać. Najłatwiej temu zapobiec, obracając placek podczas wałkowania, odklejając i prostując papier. Ślady pozostałe na powierzchni będą markować powierzchnię lawowego pola.

Zdjąć wierzchnią warstwę papieru i przełożyć rozwałkowane połówki (bez krojenia!) każdą na oddzielna blachę, razem z papierem na spodzie. Podpiec przez 10 minut, po czym wyjąć i pokroić radełkiem, nożem do pizzy albo zwykłym stołowym nożem na prostokąty. Nie trzeba rozdzielać. Można dla ozdoby ponakłuwać widelcem. Piec dalej około 20-25 minut nie zmieniając temperatury, aż będą zupełnie twarde. Wyłączyć piekarnik i zostawić z uchylonymi drzwiczkami na 5 minut, a potem zamknąć zostawiając krakersy w środku do zupełnego wystygnięcia. Przechowywane w szczelnym pojemniku wytrzymają kilka tygodni.




Jak to zjeść? Chrupać podczas slajdowiska z Islandii, tradycyjnie posmarować dżemem z jarzębiny albo z czerwonej porzeczki i posypać macierzanką lub pójść za kontynentalnym podszeptem intuicji, że będą świetne z każdym wyrazistym serem.




piątek, 16 czerwca 2017

żółciak siarkowy

Żółta huba (Laetiporus sulphureus) to jeden z wiosennych grzybów jadalnych. Jego owocniki pokazują się w maju - czerwcu i chociaż latem też można go znaleźć, trudno już o młode, czyli jadalne okazy. Grzyby w różnych odcieniach żółci i pomarańczy można spotkać głównie na drzewach liściastych takich jak dąb i topola, ale częściej w parku lub przy drodze niż w lesie. Te rosną na starych wierzbach nad zalewem. Dla drzew oznacza to bliski koniec, bo na tym etapie rozwoju grzybni całe ich wnętrze jest porażone, nastąpił brunatny rozkład drewna, a środek pnia stał się lekki i kruchy. Dopóki stoją, świetnie nadają się na dziuple, ale za kilka lat obumrą.




Żółciaka nie da się właściwie pomylić z innym gatunkiem, a na pewno z niczym trującym. Przyrasta bokiem do drzewa, dachówkowato i wachlarzowato, bez trzonu, ma charakterystyczny "siarkowy" kolor, który z wiekiem słabnie i zamszową powierzchnię. Młody miąższ jest jasny, miękki i soczysty.




Amerykanie nazywają go leśnym kurczakiem (chicken of the woods) i właśnie w ten sposób traktują w kuchni - jako bezmięsny substytut drobiu, ale świeży nadaje się do wszystkich grzybowych zastosowań i w dodatku dobrze się przechowuje mrożony. Trzeba tylko pamiętać, że przed właściwym przyrządzeniem wymaga obgotowania.



sobota, 20 maja 2017

zielone ryżotto

Jak już robić risotto, to ze wszyst­kimi szy­ka­nami: dobry domowy bulion, białe wino i doj­rze­wa­jący ser. Ale od pew­nego czasu kusiła mnie metoda Kenji, jako mniej pra­co­ch­łonna – bez dole­wa­nia płynu po cho­chli jest naprawdę spryt­niej. I kusiły majowe pokrzywy.




risotto z pokrzywą, miętą i sie­dzu­niem sosno­wym
(4 porcje)

garść suszo­nych kawał­ków sie­dzu­nia
6 łyżek masła
pół cebuli
300 ml bia­łego wina
200 g ryżu arbo­rio
600 ml gorą­cego bulionu
2 szklanki liści pokrzyw
4 gałązki mięty
5 łyżek star­tego par­me­zanu (Džiu­gas też nada się ide­al­nie)
pieprz

sól (jeżeli bulion nie był słony)

Grzyby zalać gorącą wodą i odsta­wić na co naj­mniej godzinę. Odsą­czyć, ale zacho­wać szklankę wody z nama­cza­nia.
Pokrzywę umyć, 5 minut goto­wać i zblen­do­wać razem z list­kami mięty i małym dodat­kiem wody z goto­wa­nia na jed­no­lity prze­cier.
Ryż prze­płu­kać w bulio­nie, odsą­czyć. Pow­stały mętny płyn oczy­wi­ście zacho­wać, domie­szać do niego szklankę wody z nama­cza­nia grzy­bów. Na sze­ro­kiej patelni roz­pu­ścić 3 łyżki masła, dodać odsą­czony ryż i sma­żyć 4 minuty. Cebulę bar­dzo drobno pokroić i dodać do ryżu, mie­sza­jąc pod­grze­wać jesz­cze minutę. Wlać wino, mie­szać, pocze­kać aż odpa­ruje, wtedy dodać grzyby i 700 ml przy­go­to­wa­nego płynu. Reszta przyda się do ewen­tu­al­nego roz­cień­cza­nia. Goto­wać przez około 20 minut, aż płyn się wch­ło­nie, a ryż pozo­sta­nie pół­twardy. Wyłą­czyć kuchenkę, dodać do 3 łyżki masła, starty ser i ener­gicz­nie wymie­szać drew­nianą łyżką. Jeżeli risotto wymaga roz­cień­cze­nia, wyko­rzy­stać pozo­stały płyn. Dodać zie­lony prze­cier, dopra­wić pie­przem i ewentualnie solą. Poda­wać z list­kami mięty, mło­dymi pędami świerka i kwia­tami kur­dy­banka.