Wyskoczyliśmy na kilka dni zmienić klimat. Spakowaliśmy się lekko, nie robiliśmy ekstremalnych planów, ale udało nam się nawet spędzić noc pod gołym niebem. No, prawie. Mieliśmy prowizoryczne zadaszenie i kurtynę z bluszczu zamiast ściany. Miejsce było świetne, tylko noc należała do długich. Spać nie dawała para puszczyków, potem budziło nas rykowisko, przez całą noc ze zdziczałej jabłonki z łoskotem leciały owoce, a nad ranem mieliśmy odwiedziny wiewiórki. Hałasowali też ludzie, słychać było samochody. Kiedy bardzo niewyspani zbieraliśmy się rano do dalszej drogi, wydawało się, że największe atrakcje przyrodnicze już za nami.
Jednak nie doceniliśmy roślin, stwierdziłam,
buszując niedługo potem w zaroślach sasafrasu. Jedno dorodne parkowe
drzewo dało początek pokaźnej liczbie nowych, od małych siewek (albo raczej odrostów) do takich trochę większych ode mnie. Na terenie parku
były systematycznie wycinane, ale już dwa metry dalej, za ogrodzeniem,
rosły swobodnie razem z niecierpkami i resztą podszytu. Sasafras biały
albo lekarski (Sassafras albidum), bardzo rzadkie u nas drzewo pochodzące z Ameryki Północnej, lekarstwo i przyprawa indiańskiego plemienia Czoktawów, tym razem jako takie tam krzaki. Zebrałam kilka liści i schowałam do plecaka.
O sasafrasie wiadomo ogólnie, że jest trujący.
Taki na przykład przewodnik Collinsa ilustruje to trupią czaszką. Liście
drzewa opisane są jako pachnące wanilią, ale rakotwórcze, choć to ze
znakiem zapytania. Skoro nawet dobre źródła mylą tropy, trudno odnaleźć
pewne informacje. Uznajmy, że Collins nie służy do określania
przydatności poszczególnych gatunków, tylko ich oznaczania i do tego
sprawdza się świetnie. Tutaj cechą najbardziej charakterystyczną są różnopostaciowe liście. Na starym drzewie niemal wyłącznie eliptyczne, ale u młodszych egzemplarzy również dwu- i trójpalczaste.
Zapach i smak liści jest bardzo przyjemny, a do tego stwarza
znajome wrażenie, nawet dopiero poznany. Cytrusowy, zielony, mi od razu
skojarzył się z melisą, ale bywa też określany jako anyżkowy. Takie
odczucia mogą mylić, więc sprawdziłam skład i faktycznie liście melisy
zawierają te same substancje, chociaż w innych proporcjach: cytral,
geraniol, linalool. Zapachy obu roślin są jak perfumy o tych samych
nutach zbudowane na różnych bazach. Sasafras określiłabym jako żywszy,
bardziej orzeźwiający.
Przegląd amerykańskich publikacji
daje pojęcie o tradycyjnym wykorzystaniu spożywczym sasafrasu: surowych,
gotowanych i suszonych liści w sałatkach, zupach, gulaszach oraz
naparach, młodych pędów do aromatyzowania piwa, przetworach i herbatach z
kory, owoców jako przyprawy, a nawet pączków liściowych i kwiatów. A
jednocześnie pojawia się informacja o zakazie jego stosowania w
produktach spożywczych i leczniczych w USA.
Zakaz ten dotyczy jednak tylko olejku
eterycznego sasafrasowego pozyskiwanego z kory lub drewna. Przedawkowany
jest śmiertelnie trujący, ze względu na zawarty w nim safrol, który może uszkodzić wątrobę, nerki i porazić układ oddechowy.
Świeże liście zawierają jednak śladowe ilości olejku, którego skład jest
inny, a po wysuszeniu jego zawartość jeszcze spada.
Jeśli na przykład na opakowaniu przyprawy file, składnika kuchni kreolskiej, spotkacie dramatycznie
brzmiącą informację, że użyte liście sasafrasu są pozbawione substancji trujących i
rakotwórczych, będzie to prawdopodobnie oznaczało, że są po prostu wysuszone, a więc podwójnie bezpieczne.
Zebrane liście w upale natychmiast zwiędły i wysuszyły się jeszcze w drodze. W tymczasowej kwaterze zaparzyłam z nich herbatę. Po 2-3 liście na filiżankę zalane wrzątkiem i zostawione do naciągnięcia. Świetna pobudka. A jeśli zostało w nich odrobinę safrolu? Jego pochodne mają działanie poprawiające samopoczucie. Z resztą moje symboliczne zbiory nie pozwalają na obfite ani długotrwałe ich używanie.
Na koniec pamiętajcie, że to jedna z roślin, które mogą niespodziewanie silnie zadziałać na organizm. Sięgając po nią po raz pierwszy nie można wykluczać uczulenia, dlatego warto zachować pewną ostrożność.
Wyczerpująco o szczegółach, w tym o zastosowaniu zewnętrznym pisze dr Różański,
sasafras umieszczając pod etykietą "O lekach, których już nie ma, ale
które kocham". Też kocham, a co mi tam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 sierpnia 2018
wtorek, 17 lipca 2018
napój Saamów
Tym, co czytali "Dziennik Północny" Wilka, nie sprawi problemu wskazanie, gdzie żyje lud Saami. Nazywają swoją krainę Sapmi. Jest większa niż Polska, posiada własny hymn i flagę, cała znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, ale jej granice nijak się mają do podziału politycznego Europy. My ją znamy jako Laponię.
Czytając o kulturze Saamów trafiłam na przepis idealnie pasujący do zbioru Bardzo Prostych Herbat.
Owoce brusznicy już się pojawiały na blogu, teraz czas na liście.
pełna garść liści brusznicy czyli około 8 gałązek
litr miękkiej wody
Zebranym gałązkom dać wyschnąć, potem oberwać liście. Prażyć je na gorącej blasze lub patelni przez kilka minut ciągle mieszając. Podgrzane pachną słoneczną jesienią, poważnie! Tak przygotowane liście wsypać na wrzątek i gotować przez 10 minut. Zamieszać, żeby opadły na dno. Zostawić pod przykryciem do lekkiego ostudzenia.
Herbata smakuje bardzo delikatnie, choć pewnie można uzyskać bardzo wyrazisty odwar np. przez mocniejsze zrumienienie liści i gotowanie na ognisku bez przykrycia dla dymnego efektu. Mi smakuje taka łagodna liściasto-owocowa. Ta niespodziewana owocowość w tle zaskakiwała mnie już kiedyś w herbacie poziomkowej i jabłkowej.
Czy liść brusznicy ma jakieś działanie lecznicze? Nasza rodzima fitoterapia o odwarze nie wspomina, za to zaleca picie naparów z brusznicowych liści na zapalenia układu moczowego, kamicę nerkową, nieżyt przewodu pokarmowego i ogólnie cukrzykom. Stosuje się je też zewnętrznie, przeciwko infekcjom grzybicznym i bakteryjnym skóry, łojtokowi, stanom zapalnym, rozjaśniająco, w celu obkurczenia naczyń krwionośnych i porów. (Konkrety u dra Różańskiego, KLIK.)
Czytając o kulturze Saamów trafiłam na przepis idealnie pasujący do zbioru Bardzo Prostych Herbat.
Owoce brusznicy już się pojawiały na blogu, teraz czas na liście.
lapońska herbata
pełna garść liści brusznicy czyli około 8 gałązek
litr miękkiej wody
Zebranym gałązkom dać wyschnąć, potem oberwać liście. Prażyć je na gorącej blasze lub patelni przez kilka minut ciągle mieszając. Podgrzane pachną słoneczną jesienią, poważnie! Tak przygotowane liście wsypać na wrzątek i gotować przez 10 minut. Zamieszać, żeby opadły na dno. Zostawić pod przykryciem do lekkiego ostudzenia.
Herbata smakuje bardzo delikatnie, choć pewnie można uzyskać bardzo wyrazisty odwar np. przez mocniejsze zrumienienie liści i gotowanie na ognisku bez przykrycia dla dymnego efektu. Mi smakuje taka łagodna liściasto-owocowa. Ta niespodziewana owocowość w tle zaskakiwała mnie już kiedyś w herbacie poziomkowej i jabłkowej.
Czy liść brusznicy ma jakieś działanie lecznicze? Nasza rodzima fitoterapia o odwarze nie wspomina, za to zaleca picie naparów z brusznicowych liści na zapalenia układu moczowego, kamicę nerkową, nieżyt przewodu pokarmowego i ogólnie cukrzykom. Stosuje się je też zewnętrznie, przeciwko infekcjom grzybicznym i bakteryjnym skóry, łojtokowi, stanom zapalnym, rozjaśniająco, w celu obkurczenia naczyń krwionośnych i porów. (Konkrety u dra Różańskiego, KLIK.)
wtorek, 1 maja 2018
na błonie!
Wiosnę mamy bujną i z gestem, wszystko błyskawicznie się zmienia. Teraz najpiękniej jest w zdziczałym sadzie. Kwitną jabłonie i grusze, a głogi i jarzębiny szykują pąki kwiatowe, zieleni się trawa, pokrzywy jeszcze nie zdążyły urosnąć do pasa, a w słońcu nawet nie tną komary.
Stare jabłonie nie są w najlepszej formie, kilka konarów odłamało się do połowy, leżą teraz i kwitną, ale zranione drzewa nie zabliźnią już tych miejsc. Na pniach widać grzyby, a na cienkich gałązkach zwyrodnienia. Nie pamiętam, żeby w ostatnich latach ktoś zbierał owoce.
Ze złamanej gałęzi pozbierałam pąki, a właściwie szczyty gałązek razem z liśćmi. Zbiera się najdelikatniejsze liście i same pączki kwiatowe, żeby wydobyć najbogatszy aromat, ale z zerwanych gałązek nie odrywałam specjalnie kwiatów, żeby spełnić ten wymóg. Strąconą łokciem kępkę liści też dorzuciłam do torby.
Zawartość mojego bawełnianego worka jest najładniejszą herbatą świata. Większość tej urody ginie później wraz z objętością, ale na końcu ujawnia się piękno ukryte - niesamowity miodowy kolor. No i smak, wspaniale rozwijający się z czasem.
Najpierw oddzieliłam trochę różowych kulek i rozsypałam pojedynczą warstwą na tacy do ususzenia w chłodnym cieniu. Pozostałą część zbioru przygotowałam do reakcji enzymatycznych (skrótowo nazywanych fermentacją), czyli pozwoliłam im zwiędnąć, pokroiłam na koło centymetrowe kawałki i zgniotłam partiami w moździerzu. Chodzi o to, żeby liście zrobiły się wilgotne od soku, ale bez zupełnej utraty kształtu. Można oczywiście ugniatać i rolować je w dłoniach. Zamknęłam w słoiku i wstawiłam do piekarnika na 2 godziny w temperaturze 40 stopni, a potem zostawiłam tam do wystygnięcia.
Zbrązowiałe liście z zaparowanego słoika trzeba wysuszyć, ja pomogłam sobie piekarnikiem. Metoda suszenia jest prawie dowolna, ale ponieważ herbata będzie jeszcze dojrzewać, wchodzą w grę dość niskie temperatury. Tak samo jak z miodem, 40 lub ewentualnie 50 stopni to bezpieczna granica.
Kiedy pączki i herbata zupełnie wyschły, wymieszałam je ze sobą. Nie wszystkie, bo nie wiem jeszcze, czy nie utlenią się w kontakcie z brązem suszu. Mam nadzieję, że zachowają ten kontrast, ale na wszelki wypadek osobno przechowuję zapas.
To już właściwie wszystko, można zamykać słoik i odstawiać w ciemne miejsce, albo najpierw wybrać papierową torbę, żeby nie martwić się o niedosuszenie i rozwój pleśni. Ale ponieważ herbatę szykuję też na prezenty, postanowiłam ją przesiać. Zwykłe kuchenne sitko pomogło oddzielić większe kawałki od drobnicy, głównie pylników kwiatów. Te pozostałe śmietki zapakowałam w torebki herbaciane i trochę przypadkiem powstała wersja ekspresowa jabłoniowej herbaty.
Z całej torby surowca powstał litrowy słoik zgniotków, skurczył się później prawie o połowę, a w suszeniu stracił większość swojej wagi. Pozostała może jedna trzecia litra puchatego suszu.
Kolor już widać, a smak na razie jest jeszcze surowy, niedokończony, ale przyjemny. Dam mu się rozwijać w spokoju do jesieni. A wtedy dodam jeszcze jabłka i będzie pełnia.
Stare jabłonie nie są w najlepszej formie, kilka konarów odłamało się do połowy, leżą teraz i kwitną, ale zranione drzewa nie zabliźnią już tych miejsc. Na pniach widać grzyby, a na cienkich gałązkach zwyrodnienia. Nie pamiętam, żeby w ostatnich latach ktoś zbierał owoce.
Ze złamanej gałęzi pozbierałam pąki, a właściwie szczyty gałązek razem z liśćmi. Zbiera się najdelikatniejsze liście i same pączki kwiatowe, żeby wydobyć najbogatszy aromat, ale z zerwanych gałązek nie odrywałam specjalnie kwiatów, żeby spełnić ten wymóg. Strąconą łokciem kępkę liści też dorzuciłam do torby.
Zawartość mojego bawełnianego worka jest najładniejszą herbatą świata. Większość tej urody ginie później wraz z objętością, ale na końcu ujawnia się piękno ukryte - niesamowity miodowy kolor. No i smak, wspaniale rozwijający się z czasem.
Najpierw oddzieliłam trochę różowych kulek i rozsypałam pojedynczą warstwą na tacy do ususzenia w chłodnym cieniu. Pozostałą część zbioru przygotowałam do reakcji enzymatycznych (skrótowo nazywanych fermentacją), czyli pozwoliłam im zwiędnąć, pokroiłam na koło centymetrowe kawałki i zgniotłam partiami w moździerzu. Chodzi o to, żeby liście zrobiły się wilgotne od soku, ale bez zupełnej utraty kształtu. Można oczywiście ugniatać i rolować je w dłoniach. Zamknęłam w słoiku i wstawiłam do piekarnika na 2 godziny w temperaturze 40 stopni, a potem zostawiłam tam do wystygnięcia.
Zbrązowiałe liście z zaparowanego słoika trzeba wysuszyć, ja pomogłam sobie piekarnikiem. Metoda suszenia jest prawie dowolna, ale ponieważ herbata będzie jeszcze dojrzewać, wchodzą w grę dość niskie temperatury. Tak samo jak z miodem, 40 lub ewentualnie 50 stopni to bezpieczna granica.
Kiedy pączki i herbata zupełnie wyschły, wymieszałam je ze sobą. Nie wszystkie, bo nie wiem jeszcze, czy nie utlenią się w kontakcie z brązem suszu. Mam nadzieję, że zachowają ten kontrast, ale na wszelki wypadek osobno przechowuję zapas.
To już właściwie wszystko, można zamykać słoik i odstawiać w ciemne miejsce, albo najpierw wybrać papierową torbę, żeby nie martwić się o niedosuszenie i rozwój pleśni. Ale ponieważ herbatę szykuję też na prezenty, postanowiłam ją przesiać. Zwykłe kuchenne sitko pomogło oddzielić większe kawałki od drobnicy, głównie pylników kwiatów. Te pozostałe śmietki zapakowałam w torebki herbaciane i trochę przypadkiem powstała wersja ekspresowa jabłoniowej herbaty.
Z całej torby surowca powstał litrowy słoik zgniotków, skurczył się później prawie o połowę, a w suszeniu stracił większość swojej wagi. Pozostała może jedna trzecia litra puchatego suszu.
Kolor już widać, a smak na razie jest jeszcze surowy, niedokończony, ale przyjemny. Dam mu się rozwijać w spokoju do jesieni. A wtedy dodam jeszcze jabłka i będzie pełnia.
czwartek, 12 kwietnia 2018
czaga
Może słyszeliście o fińskiej herbatce dzięcioła Tikkatee lub syberyjskim naparze z czarnych guzów brzóz leczącym nowotwory. Albo o tajemniczym grzybie, który tak chłonie ogień, że daje się rozżarzyć jedną iskrą z krzemienia, a w dodatku można zaparzyć z niego herbatę łudząco podobną do czarnej i o właściwościach poprawiających nastrój. To wszystko warianty tego samego napoju z błyskoporka podkorowego (Inonotus obliquus).
Błyskoporek czyli czyr pasożytuje na różnych drzewach liściastych, ale zbierany jest wyłącznie z brzóz i ich zasięg występowania wyznacza mu granice. Może rosnąć nawet kilkadziesiąt lat razem z drzewem, które go żywi, jednak powoduje biały rozkład drewna, więc działa na szkodę żywiciela. Wykorzystuje się owocnik widoczny na zdjęciach, tak zwane sklerocjum o czarnej spękanej powierzchni przypominającej zwęglenie i rdzawym wnętrzu grzybni z żółtymi żyłkami. Źródła twierdzą, że najlepsza pora na zbieranie to okres od jesieni do wczesnej wiosny, ale prawdopodobnie wynika tak po prostu z ułatwienia, jakim jest brak liści. Grzyby pozyskane z martwych pni mogą być skażone pleśnią, więc nie są zbierane, tak jak z terenów zanieczyszczonych np. przy drogach o dużym natężeniu ruchu.
Pewną trudność może sprawiać rozróżnienie różnych typów narośli na pniach brzóz. Z daleka na błyskoporka może wyglądać rak drzewny lub czeczota. Pierwsze zjawisko to objaw choroby, przypomina ranę, często zabliźnioną. Czasem towarzyszą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształcie i rozmiarze liści drzewa. Natomiast czeczota jest wadą drewna, które wprawdzie jest zdrowe, jednak ma nietypową strukturę, jakby skłębionych włókien. Oba typy narośli pokryte są korą jako zewnętrzną warstwą, kryjącą twarde drewno pod spodem, inaczej niż czyr ze swoim korkowatym wnętrzem i kruchą powierzchnią udającą węgiel.
Praktyka ludowa przypisywała temu grzybowi leczenie nowotworów, współczesna fitoterapia potwierdza, że może pomagać, również w chorobach skóry i przewodu pokarmowego, miażdżycy, nadciśnieniu. Korzystnie wpływa na układ odpornościowy i nerwowy oraz ogólnie wzmacnia. Jest bardzo wiele sposobów przyrządzania, a te lecznicze zwykle obejmują nie tylko ekstrakcję wodną, ale też alkoholową, żeby wykorzystać związki nierozpuszczalne w wodzie. Ja skupię się na popijaniu rekreacyjnym i profilaktycznym.
Najpierw tylko jeden ważny szczegół. W Polsce błyskoporek podkorowy podlega ochronie częściowej, ponieważ został sklasyfikowany jako potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. W związku z tym zbieranie go jest nielegalne. Jak sobie z tym radzą zbieracze? Różnie. Pozyskują z brzóz świeżo ściętych w związku z gospodarką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sproszkowany w zielarniach, przywożą w różnej formie ze Skandynawii albo Rosji. Niektórzy mają zainfekowane drzewa we własnym lesie lub na swojej działce i powołują się na zasady prowadzenia gospodarki lub nawet brak precyzji określenia grzyby dziko występujące. Cała sprawa dotyczy zasad, ale tak naprawdę o wiele bardziej sumienia niż prawa.
Smak błyskoporka jest delikatny i nie tyle herbaciany, co leśny – trochę jak zapach mokrego mchu i kory, trochę ziemisty, mało grzybowy. Bez goryczy. Im ciemniejsze kawałki, tym bardziej nasycony kolor gotowego napoju.
Zdobyty grzyb najpierw trzeba rozdrobnić. Świeże wnętrze daje się ścierać na tarce, z czarnymi wierzchnimi kawałkami albo wysuszoną grzybnią można sobie poradzić za pomocą moździerza lub młynka do kawy, wcześniej rozkruszając na drobniejsze kawałki na przykład młotkiem przez płócienny worek. Wiem też, że niektórzy mielą (świeże lub namoczone) owocniki w maszynce, ale nie próbowałam. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozłożone cienką warstwą kawałki lub proszek.
0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę
Błyskoporka zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wielokrotnie zalewać, wydłużając czas parzenia: drugie do 20 minut, trzecie około 45 itd.
3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody
Zalać proszek wodą o temperaturze pokojowej, powoli doprowadzić do wrzenia i odcedzić. Pić szklankę raz dziennie.
6 łyżeczek proszku na każdą szklankę wody
Przegotowaną wodę doprowadzić do temperatury 50 °. Wsypać proszek do termosu i zalać wodą, odstawić na 48 godzin. Przecedzić odciskając fusy przez płótno. Wypijać do 3 szklanek napoju dziennie. Jego trwałość to około 4 dni w lodówce, więc można przygotować od razu ilość na właśnie tyle czasu.
2 łyżeczki proszku na 150 ml wody
Proszek zalać ciepłą wodą i odstawić na około 8 godzin (najlepiej na noc). Po tym czasie gotować 15–20 minut i pić małymi porcjami cały dzień.
Ograniczeń w spożywaniu jest bardzo mało. Z powodu braku odpowiednich badań, czagi nie zaleca się kobietom w ciąży. Dla bezpieczeństwa warto przed wypiciem pierwszej szklanki wywaru czy naparu wykonać próbę uczuleniową, szczególnie w przypadku alergii na dowolny inny rodzaj grzybów. No i koniecznie poinformować lekarza o stosowaniu błyskoporka przy podawaniu glukozy lub kierowaniu na badania jej stężenia we krwi.
Na koniec litania nazw alternatywnych: włóknouszek ukośny, huba ukośna, czarna huba brzozowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba skośnorurkowa, czerniak brzozy, czernidło, czyreń, czarcie oko i chaga (tylko w piśmie).
Błyskoporek czyli czyr pasożytuje na różnych drzewach liściastych, ale zbierany jest wyłącznie z brzóz i ich zasięg występowania wyznacza mu granice. Może rosnąć nawet kilkadziesiąt lat razem z drzewem, które go żywi, jednak powoduje biały rozkład drewna, więc działa na szkodę żywiciela. Wykorzystuje się owocnik widoczny na zdjęciach, tak zwane sklerocjum o czarnej spękanej powierzchni przypominającej zwęglenie i rdzawym wnętrzu grzybni z żółtymi żyłkami. Źródła twierdzą, że najlepsza pora na zbieranie to okres od jesieni do wczesnej wiosny, ale prawdopodobnie wynika tak po prostu z ułatwienia, jakim jest brak liści. Grzyby pozyskane z martwych pni mogą być skażone pleśnią, więc nie są zbierane, tak jak z terenów zanieczyszczonych np. przy drogach o dużym natężeniu ruchu.
Pewną trudność może sprawiać rozróżnienie różnych typów narośli na pniach brzóz. Z daleka na błyskoporka może wyglądać rak drzewny lub czeczota. Pierwsze zjawisko to objaw choroby, przypomina ranę, często zabliźnioną. Czasem towarzyszą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształcie i rozmiarze liści drzewa. Natomiast czeczota jest wadą drewna, które wprawdzie jest zdrowe, jednak ma nietypową strukturę, jakby skłębionych włókien. Oba typy narośli pokryte są korą jako zewnętrzną warstwą, kryjącą twarde drewno pod spodem, inaczej niż czyr ze swoim korkowatym wnętrzem i kruchą powierzchnią udającą węgiel.
Praktyka ludowa przypisywała temu grzybowi leczenie nowotworów, współczesna fitoterapia potwierdza, że może pomagać, również w chorobach skóry i przewodu pokarmowego, miażdżycy, nadciśnieniu. Korzystnie wpływa na układ odpornościowy i nerwowy oraz ogólnie wzmacnia. Jest bardzo wiele sposobów przyrządzania, a te lecznicze zwykle obejmują nie tylko ekstrakcję wodną, ale też alkoholową, żeby wykorzystać związki nierozpuszczalne w wodzie. Ja skupię się na popijaniu rekreacyjnym i profilaktycznym.
Najpierw tylko jeden ważny szczegół. W Polsce błyskoporek podkorowy podlega ochronie częściowej, ponieważ został sklasyfikowany jako potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. W związku z tym zbieranie go jest nielegalne. Jak sobie z tym radzą zbieracze? Różnie. Pozyskują z brzóz świeżo ściętych w związku z gospodarką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sproszkowany w zielarniach, przywożą w różnej formie ze Skandynawii albo Rosji. Niektórzy mają zainfekowane drzewa we własnym lesie lub na swojej działce i powołują się na zasady prowadzenia gospodarki lub nawet brak precyzji określenia grzyby dziko występujące. Cała sprawa dotyczy zasad, ale tak naprawdę o wiele bardziej sumienia niż prawa.
Smak błyskoporka jest delikatny i nie tyle herbaciany, co leśny – trochę jak zapach mokrego mchu i kory, trochę ziemisty, mało grzybowy. Bez goryczy. Im ciemniejsze kawałki, tym bardziej nasycony kolor gotowego napoju.
Zdobyty grzyb najpierw trzeba rozdrobnić. Świeże wnętrze daje się ścierać na tarce, z czarnymi wierzchnimi kawałkami albo wysuszoną grzybnią można sobie poradzić za pomocą moździerza lub młynka do kawy, wcześniej rozkruszając na drobniejsze kawałki na przykład młotkiem przez płócienny worek. Wiem też, że niektórzy mielą (świeże lub namoczone) owocniki w maszynce, ale nie próbowałam. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozłożone cienką warstwą kawałki lub proszek.
czaga – herbata z błyskoporka podkorowego
fińska Tikkatee (metoda herbatkowa)
0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę
Błyskoporka zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wielokrotnie zalewać, wydłużając czas parzenia: drugie do 20 minut, trzecie około 45 itd.
prosta metoda zielarska
3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody
Zalać proszek wodą o temperaturze pokojowej, powoli doprowadzić do wrzenia i odcedzić. Pić szklankę raz dziennie.
metoda radziecka
6 łyżeczek proszku na każdą szklankę wody
Przegotowaną wodę doprowadzić do temperatury 50 °. Wsypać proszek do termosu i zalać wodą, odstawić na 48 godzin. Przecedzić odciskając fusy przez płótno. Wypijać do 3 szklanek napoju dziennie. Jego trwałość to około 4 dni w lodówce, więc można przygotować od razu ilość na właśnie tyle czasu.
metoda białoruska
2 łyżeczki proszku na 150 ml wody
Proszek zalać ciepłą wodą i odstawić na około 8 godzin (najlepiej na noc). Po tym czasie gotować 15–20 minut i pić małymi porcjami cały dzień.
Ograniczeń w spożywaniu jest bardzo mało. Z powodu braku odpowiednich badań, czagi nie zaleca się kobietom w ciąży. Dla bezpieczeństwa warto przed wypiciem pierwszej szklanki wywaru czy naparu wykonać próbę uczuleniową, szczególnie w przypadku alergii na dowolny inny rodzaj grzybów. No i koniecznie poinformować lekarza o stosowaniu błyskoporka przy podawaniu glukozy lub kierowaniu na badania jej stężenia we krwi.
Na koniec litania nazw alternatywnych: włóknouszek ukośny, huba ukośna, czarna huba brzozowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba skośnorurkowa, czerniak brzozy, czernidło, czyreń, czarcie oko i chaga (tylko w piśmie).
Etykiety:
błyskoporek podkorowy,
drzewa,
Finlandia,
fotogrzybobranie,
grzyby,
jadalna huba,
na wsi,
napoje,
Rosja,
wegańskie,
wegetariańskie,
zioła lecznicze
środa, 28 lutego 2018
lasko-polo
Mróz. Minuspiętnaściestopnibrrr. Noszę na raz dwie czapki i dwie pary rękawiczek. Rano słychać parskanie i nosowe odgłosy samochodów. Mleko w sieni zamarza, kra po nim pływa. A nasz owczarek prośbą ani groźbą nie daje się zaprosić do domu.
Ta mleczna kra sprowokowała mnie do przerobienia jej na gorący napój. Coś zawiesistego, pełnotłustego – kawę z masłem laskowym. Masło można zrobić w domu, to przecież tylko jeden składnik. Orzechy laskowe po podprażeniu dają się pozbawić skórki, a malakser albo blender o dużej mocy powinien sobie poradzić z przerobieniem ich na kremową pastę. Masło laskowe w przepisie można zmienić na każde inne i napić się na przykład kawy arachidowej albo nerkowcowej.
100 ml kawy, może być zbożowa
100 ml gorącego mleka
łyżka masła orzechowego laskowego
(brązowy cukier)
szczypta kakao
pyłek leszczynowy
Kawę zaparzoną w dowolny ulubiony sposób (nie nadaje się tylko plujka) zmiksować z mlekiem i masłem. I cukrem, o ile taką właśnie lubicie. Przelać do filiżanki, posypać kakao i pyłkiem. Podczas picia od czasu do czasu zamieszać.
Ta mleczna kra sprowokowała mnie do przerobienia jej na gorący napój. Coś zawiesistego, pełnotłustego – kawę z masłem laskowym. Masło można zrobić w domu, to przecież tylko jeden składnik. Orzechy laskowe po podprażeniu dają się pozbawić skórki, a malakser albo blender o dużej mocy powinien sobie poradzić z przerobieniem ich na kremową pastę. Masło laskowe w przepisie można zmienić na każde inne i napić się na przykład kawy arachidowej albo nerkowcowej.
kawa bardzo laskowa
100 ml kawy, może być zbożowa
100 ml gorącego mleka
łyżka masła orzechowego laskowego
(brązowy cukier)
szczypta kakao
pyłek leszczynowy
Kawę zaparzoną w dowolny ulubiony sposób (nie nadaje się tylko plujka) zmiksować z mlekiem i masłem. I cukrem, o ile taką właśnie lubicie. Przelać do filiżanki, posypać kakao i pyłkiem. Podczas picia od czasu do czasu zamieszać.
sobota, 30 grudnia 2017
oliwkowa zieleń
Widać, że ostatnio lubuję się w Bardzo Prostych Herbatach. Ta może się wydawać trochę egzotyczna, ale południe Europy wcale nie jest tak daleko. A komu nie po drodze, pewnie bez większego trudu znajdzie wśród znajomych miłośnika wakacji nad Morzem Śródziemnym. Poproście takiego o przywiezienie oliwnych liści. Albo sami mu sprezentujcie paczkę oliwkowej zieleni po swoim urlopie.
Napar przypomina zieloną herbatę, ale smakuje taką znaną z oliwy zielonością, trochę jakby liściem laurowym i zdecydowanie oliwnym drewnem. Orzeźwiony łagodną cierpkością, ciepły, drzewny aromat. Wąchaliście kiedyś drewno oliwki? Mam nadzieję, że tak, bo nie podejmuję się opisać dokładniej tego zapachu.
Dla samego smaku to jedna z moich ulubionych herbat. Ale ma też właściwości lecznicze. W skrócie: pomaga na infekcje wirusowe, bakteryjne i grzybicze, zwalcza pasożyty, podnosi odporność, wygasza stany zapalne, chroni serce i utrudnia życie nowotworom. Jest polecana w cukrzycy i reumatyzmie oraz chorobach autoimmunologicznych. O konkretach można poczytać u dra Różańskiego (KLIK).
Liście zbiera się od wiosny do jesieni, a konkretnie od czasu przycinania drzew do zbioru owoców, jednak należy pamiętać, że oliwki uprawiane przemysłowo, przed zbiorami opryskiwane są środkami grzybobójczymi, których w herbacie nie chcemy. Najlepiej suszyć liście w zacienionym przewiewnym miejscu przez kilka dni, jednak spotkałam też informację, że temperatura do 65 stopni im nie szkodzi, więc suszarki lub piekarnik również wchodzą w grę.
infuso di foglie di olivo
Do każdej filiżanki wsypać łyżkę suszonych liści, rozdrobnionych lub nie. W przypadku świeżych tą ilość trzeba podwoić. Zalać wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 10-15 minut, aż napar nabierze słomkowej barwy, a liście zmiękną. Wypić od razu lub przecedzić, bo po dłuższym pozostawieniu liści gorzknieje.
Dla efektu leczniczego stosuje się dwie lub trzy filiżanki dziennie przez miesiąc, a herbatka pita w mniejszych dawkach jest uznawana za bezpieczną dla dzieci (oczywiście nie poniżej 6 miesiąca życia), kobiet w ciąży i karmiących.
Napar przypomina zieloną herbatę, ale smakuje taką znaną z oliwy zielonością, trochę jakby liściem laurowym i zdecydowanie oliwnym drewnem. Orzeźwiony łagodną cierpkością, ciepły, drzewny aromat. Wąchaliście kiedyś drewno oliwki? Mam nadzieję, że tak, bo nie podejmuję się opisać dokładniej tego zapachu.
Dla samego smaku to jedna z moich ulubionych herbat. Ale ma też właściwości lecznicze. W skrócie: pomaga na infekcje wirusowe, bakteryjne i grzybicze, zwalcza pasożyty, podnosi odporność, wygasza stany zapalne, chroni serce i utrudnia życie nowotworom. Jest polecana w cukrzycy i reumatyzmie oraz chorobach autoimmunologicznych. O konkretach można poczytać u dra Różańskiego (KLIK).
Liście zbiera się od wiosny do jesieni, a konkretnie od czasu przycinania drzew do zbioru owoców, jednak należy pamiętać, że oliwki uprawiane przemysłowo, przed zbiorami opryskiwane są środkami grzybobójczymi, których w herbacie nie chcemy. Najlepiej suszyć liście w zacienionym przewiewnym miejscu przez kilka dni, jednak spotkałam też informację, że temperatura do 65 stopni im nie szkodzi, więc suszarki lub piekarnik również wchodzą w grę.
infuso di foglie di olivo
(herbatka z liści oliwnych)
Do każdej filiżanki wsypać łyżkę suszonych liści, rozdrobnionych lub nie. W przypadku świeżych tą ilość trzeba podwoić. Zalać wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 10-15 minut, aż napar nabierze słomkowej barwy, a liście zmiękną. Wypić od razu lub przecedzić, bo po dłuższym pozostawieniu liści gorzknieje.
Dla efektu leczniczego stosuje się dwie lub trzy filiżanki dziennie przez miesiąc, a herbatka pita w mniejszych dawkach jest uznawana za bezpieczną dla dzieci (oczywiście nie poniżej 6 miesiąca życia), kobiet w ciąży i karmiących.
czwartek, 16 listopada 2017
jak Islandczycy po szwedzku Japonię interpretowali
Napój z prażonych ziaren jęczmienia raczej nie mieści się w islandzkiej tradycji, to prędzej wynalazek z czasów nowej kuchni nordyckiej. Ta herbatka to właśnie taki charakterystyczny zlepek luźnej inspiracji ciągniętej zewsząd i dumy ze składników zza własnego płota. Skoro we wschodniej Azji mogą popijać wywary z jęczmienia, a nasz jęczmień, wiadomo, że jest najlepszy, najzdrowszy i najislandszy, to doprawimy go ziołami spod wodospadu i przerobimy całość na lekki napar. To musiało być jakoś tak, myślałam, zerkając na etykietę zbożowej herbaty w sklepie. Ale potem pojawił się trop wskazujący, że pomysł mógł przyjść na Wyspę za pośrednictwem Szwecji (KLIK). I muszę przyznać, że ta islandzka wersja pasuje mi bardziej niż japońska mugi-cha. Smakuje popkornem i ziołami.
Nasion arcydzięgla (Angelica archangelica) trzeba wyglądać po wiejskich ogródkach, bo dziki jest u nas chroniony. Nawet w zielarniach o nie trudno, chociaż bywają. Tylko nie dajcie sobie sprzedać korzenia, bo tym razem się nie przyda i sami będziecie szukać, jak go spożytkować. Za to ze swojskim jęczmieniem nie będziecie mieli problemu, nawet w sklepie w Bartnem i u nas w GS-ie nie brakuje pęczaku.
Nie miał być to napój typowo leczniczy, ale już znaleźli się tacy, co mu wszelkie właściwości wypunktowali. Że jęczmień obniża poziom cholesterolu i reguluje ilość glukozy we krwi, a do tego ma działanie oczyszczające i przeciwzapalne, arcydzięgiel zwalcza wirusy i jest ogólnie kojący. Pewnie tak, ja ręczę tylko za to, że jest smaczny.
ristað bygg og hvannafræ te
(herbata z prażonego jęczmienia z arcydzięglem)
pęczak jęczmienny
nasiona arcydzięgla
Kaszę prażyć przez 15 minut, mieszając, żeby się nie przypaliła. Najlepiej wychodzi w żeliwnym garnku lub patelni, rozsypana warstwą niewiele grubszą niż pojedyncza, ale sprawdzi się też garnek postawiony na żeliwnej płytce albo patelnia z grubym dnem. Żeliwo można grzać tylko przez 10 minut, a potem wyłączyć.
Na każdy kubek herbaty sypnąć łyżkę jęczmienia i łyżeczkę arcydzięgla. Zalać prawie wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem 10 minut. Pić ciepłą.
Nasion arcydzięgla (Angelica archangelica) trzeba wyglądać po wiejskich ogródkach, bo dziki jest u nas chroniony. Nawet w zielarniach o nie trudno, chociaż bywają. Tylko nie dajcie sobie sprzedać korzenia, bo tym razem się nie przyda i sami będziecie szukać, jak go spożytkować. Za to ze swojskim jęczmieniem nie będziecie mieli problemu, nawet w sklepie w Bartnem i u nas w GS-ie nie brakuje pęczaku.
Nie miał być to napój typowo leczniczy, ale już znaleźli się tacy, co mu wszelkie właściwości wypunktowali. Że jęczmień obniża poziom cholesterolu i reguluje ilość glukozy we krwi, a do tego ma działanie oczyszczające i przeciwzapalne, arcydzięgiel zwalcza wirusy i jest ogólnie kojący. Pewnie tak, ja ręczę tylko za to, że jest smaczny.
ristað bygg og hvannafræ te
(herbata z prażonego jęczmienia z arcydzięglem)
pęczak jęczmienny
nasiona arcydzięgla
Kaszę prażyć przez 15 minut, mieszając, żeby się nie przypaliła. Najlepiej wychodzi w żeliwnym garnku lub patelni, rozsypana warstwą niewiele grubszą niż pojedyncza, ale sprawdzi się też garnek postawiony na żeliwnej płytce albo patelnia z grubym dnem. Żeliwo można grzać tylko przez 10 minut, a potem wyłączyć.
Na każdy kubek herbaty sypnąć łyżkę jęczmienia i łyżeczkę arcydzięgla. Zalać prawie wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem 10 minut. Pić ciepłą.
sobota, 11 listopada 2017
Islandia - herbata na aklimatyzację
Przygotowania do wyjazdu na Islandię u nas miały kilka rozłożonych w czasie etapów. Bilety lotnicze, sprawy bankowe, wypożyczalnia samochodów. Czytanie map i przewodników, własne mapy. Szukanie wodoodpornych spodni, drobne naprawy merynosowej bielizny, ważenie sprzętu. Atlasy roślin, słownik z zakresu jedzenia, punkty z używanymi kartuszami gazowymi. I sprawdzanie pogody. Jakoś tak. Nie próbowaliśmy żadnej adaptacji kulinarnej. Czy coś takiego w ogóle jest potrzebne? Na pewno nie zaszkodzi.
Jeśli interesowaliście się tematem, pewnie z kuchnią islandzką kojarzycie zgniłego rekina, baranią głowę i podroby, potrawy z tamtejszych ptaków-maskotek maskonurów oraz wielorybów. Nie będę teraz pisać o żadnej z tych rzeczy, chociaż dla ciekawych i (uwaga wrażliwcy!) mięsożernych mam ciekawostkę prosto z Islandii. Jako zastępstwa dla mięsa wieloryba używa się koniny, ponoć najbardziej podobnego w smaku mięsa zwierząt hodowlanych.
Jak widać, to zupełnie odmienna od polskiej tradycja kulinarna. A mnie najbardziej interesują dzikie odmienności. Na przykład jedzenie porostów. Nie żeby u nas się nie trafiały restauracje podające dania z chrobotkiem reniferowym, ale to jednak elitarny przysmak. Na Islandii porosty, a konkretnie płucnica islandzka (Cetraria islandica) to składnik tradycyjnej kuchni i babcine lekarstwo. Tak, ten ostatni brzydal na powyższym zdjęciu fragmentu "mapy" roślin Islandii.
Porosty nie są roślinami, to bardzo ciekawe organizmy, które zwykle uznaje się za grzyby, bo to one budują plechę, ale jest ona wspólnym ciałem grzyba i współpracującego glona, a więc rośliny (lub rzadziej sinicy, która jest bakterią). Grzyb w tym związku zajmuje się zaopatrzeniem w wodę i minerały, glon zapewnia odżywianie. Dzięki takiej symbiozie, porosty są w stanie zajmować nowe, niedostępne wcześniej siedliska.
Polska nazwa porostu islandzkiego, płucnica, wskazuje na zastosowanie w leczeniu dróg oddechowych. Faktycznie, ma działanie osłonowe i zwalcza zakażenia bakteryjne, również w układzie pokarmowym. Po islandzku nazywa się fjallagrös, górska trawa, w angielskim to iceland moss, czyli islandzki mech.
Islandczycy nie tylko zachowali tradycyjne przepisy z wykorzystaniem tego ziółka, ale też wydają się dumni z nazwy wskazującej na ich państwo. Opakowania herbatki z porostów z zorzą polarną na kartoniku to jedna z najpopularniejszych pamiątek z Islandii, przebywając na północy można też samemu nazbierać surowca na tej napój. W Polsce płucnica jest rzadka i chroniona, a jej zbieranie zabronione, ale można ją kupić w sklepach zielarskich. Jeśli wybierzecie tą możliwość, koniecznie sprawdźcie jakość suszu przed wykorzystaniem w kuchni. Może być wymieszany np. z sosnowymi igłami albo kawałkami kory.
Na początek polecam najłagodniejszą wersję islandzkiej herbaty z porostem. Można kupić gotową mieszankę na Wyspie, ale jest banalnie prosta do wykonania w domu.
earl grey z płucnicą islandzką
na każdą filiżankę:
1 łyżeczka herbaty earl grey o niewielkiej goryczce
szczypta rozkruszonego porostu
Zalać prawie-wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 4-5 minut.
PS.
Z listopadem kojarzy mi sie właśnie ten mural w Reykjaviku. Days of gray.
Earl gray.
Jeśli interesowaliście się tematem, pewnie z kuchnią islandzką kojarzycie zgniłego rekina, baranią głowę i podroby, potrawy z tamtejszych ptaków-maskotek maskonurów oraz wielorybów. Nie będę teraz pisać o żadnej z tych rzeczy, chociaż dla ciekawych i (uwaga wrażliwcy!) mięsożernych mam ciekawostkę prosto z Islandii. Jako zastępstwa dla mięsa wieloryba używa się koniny, ponoć najbardziej podobnego w smaku mięsa zwierząt hodowlanych.
Jak widać, to zupełnie odmienna od polskiej tradycja kulinarna. A mnie najbardziej interesują dzikie odmienności. Na przykład jedzenie porostów. Nie żeby u nas się nie trafiały restauracje podające dania z chrobotkiem reniferowym, ale to jednak elitarny przysmak. Na Islandii porosty, a konkretnie płucnica islandzka (Cetraria islandica) to składnik tradycyjnej kuchni i babcine lekarstwo. Tak, ten ostatni brzydal na powyższym zdjęciu fragmentu "mapy" roślin Islandii.
Porosty nie są roślinami, to bardzo ciekawe organizmy, które zwykle uznaje się za grzyby, bo to one budują plechę, ale jest ona wspólnym ciałem grzyba i współpracującego glona, a więc rośliny (lub rzadziej sinicy, która jest bakterią). Grzyb w tym związku zajmuje się zaopatrzeniem w wodę i minerały, glon zapewnia odżywianie. Dzięki takiej symbiozie, porosty są w stanie zajmować nowe, niedostępne wcześniej siedliska.
Polska nazwa porostu islandzkiego, płucnica, wskazuje na zastosowanie w leczeniu dróg oddechowych. Faktycznie, ma działanie osłonowe i zwalcza zakażenia bakteryjne, również w układzie pokarmowym. Po islandzku nazywa się fjallagrös, górska trawa, w angielskim to iceland moss, czyli islandzki mech.
Islandczycy nie tylko zachowali tradycyjne przepisy z wykorzystaniem tego ziółka, ale też wydają się dumni z nazwy wskazującej na ich państwo. Opakowania herbatki z porostów z zorzą polarną na kartoniku to jedna z najpopularniejszych pamiątek z Islandii, przebywając na północy można też samemu nazbierać surowca na tej napój. W Polsce płucnica jest rzadka i chroniona, a jej zbieranie zabronione, ale można ją kupić w sklepach zielarskich. Jeśli wybierzecie tą możliwość, koniecznie sprawdźcie jakość suszu przed wykorzystaniem w kuchni. Może być wymieszany np. z sosnowymi igłami albo kawałkami kory.
Na początek polecam najłagodniejszą wersję islandzkiej herbaty z porostem. Można kupić gotową mieszankę na Wyspie, ale jest banalnie prosta do wykonania w domu.
earl grey z płucnicą islandzką
na każdą filiżankę:
1 łyżeczka herbaty earl grey o niewielkiej goryczce
szczypta rozkruszonego porostu
Zalać prawie-wrzątkiem i zaparzać pod przykryciem około 4-5 minut.
PS.
Z listopadem kojarzy mi sie właśnie ten mural w Reykjaviku. Days of gray.
Earl gray.
piątek, 26 maja 2017
berberiada
Zimny napój z berberysu. Tym razem nie z czerwonych kwaśnych owoców, a młodych kwaśnych liści. Najsmaczniejsza jest robiona jeszcze przed kwitnieniem, a jak widać na zdjęciu, mamy ten etap za sobą, ale nasza spóźniona też była smaczna, a receptura przyda się następnej wiosny.
berberiada
2 duże garście młodych liści berberysu
0,75 l wody
2 łyżki miodu spadziowego iglastego
plastry pomarańczy
Liście zbierać ostrożnie, uważając na kolce, najlepiej z gałęzi przeznaczonych do cięcia. Przepłukać na sitku. Uwaga, są naprawdę kwaśne i mokre zostawione na trochę dłużej, mogą reagować z nie-do-końca-nierdzewnym pojemnikami, takimi jak moje sitko. Wrzucić do gorącej wody i gotować około 5 minut, aż zabarwi się na czerwony kolor. Przecedzić i odstawić do ostudzenia. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową, posłodzić miodem i wstawić do lodówki. Podawać z lodem i plastrami pomarańczy, a w wersji kwiatożerczej, posypaną płatkami pigwowca.
berberiada
2 duże garście młodych liści berberysu
0,75 l wody
2 łyżki miodu spadziowego iglastego
plastry pomarańczy
Liście zbierać ostrożnie, uważając na kolce, najlepiej z gałęzi przeznaczonych do cięcia. Przepłukać na sitku. Uwaga, są naprawdę kwaśne i mokre zostawione na trochę dłużej, mogą reagować z nie-do-końca-nierdzewnym pojemnikami, takimi jak moje sitko. Wrzucić do gorącej wody i gotować około 5 minut, aż zabarwi się na czerwony kolor. Przecedzić i odstawić do ostudzenia. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową, posłodzić miodem i wstawić do lodówki. Podawać z lodem i plastrami pomarańczy, a w wersji kwiatożerczej, posypaną płatkami pigwowca.
środa, 25 stycznia 2017
to i owo na zimowo
Zimowy napój, a nic korzennego, czekoladowego ani nawet słodkiego. Z zimowymi owocami, co wcale nie oznacza pomarańczy.
Mimo śniegu na głogach zostało trochę owoców. Namierzycie bez problemu, cierniste krzewy albo niewielkie drzewka, gdzieniegdzie listek, jak ten poniżej i ciemnoczerwone kulki. Nie będą na pewno soczyste i słodkie, bo właściwie nigdy nie były, ale świetnie nadają się na zimową herbatkę w terenie. Dla wzbogacenia smaku najlepiej skomponować je z czymś iglastym.
To głóg jednoszyjkowy (Crataegus monogyna). Jego owoce mają w środku jedną pestkę. Tak właściwie mają głównie pestkę, miąższu jest zdecydowanie mniej. Jeżeli jednak zbierzecie coś pasującego do opisu, a przy rozdrabnianiu surowca na herbatkę okaże się, że pestek w środku jest więcej, dwie albo trzy, będzie równie dobrze. To po prostu inny gatunek – głóg dwuszyjkowy (Crataegus laevigata), który użytkuje się tak samo.
Innymi jadalnymi częściami głogu są bardzo młode liście i kwiaty, ale jedne i drugie są dostępne tylko wiosną. Na nie poczekamy sobie aż do kwietnia. Kwiaty i owoce lubią zielarze za łagodne działanie wspomagające serce, wzmacniające naczynia i brak strasznych działań ubocznych. Dla mnie to dzikie rozgrzewające witaminy.
zimowa herbatka z głogu i świerka
(na 1 porcję)
łyżeczka – kilkanaście owoców – głogu
świerkowa gałązka długości kciuka
0,25 l wody
Owoce pozbawić pestek, chociaż bardziej pasowałoby tu odwrotne postawienie sprawy: pestki obrać z czerwonego miąższu. Nasiona nie będą potrzebne, resztę zalać wodą i doprowadzić do wrzenia. Gotować 5 minut, zdjąć z palnika albo ogniska i dodać gałązkę świerka. Przykryć na 10 minut. Jeżeli po tym czasie herbatka jest ciągle za ciepła do picia, przestudzić w śniegu.
Mimo śniegu na głogach zostało trochę owoców. Namierzycie bez problemu, cierniste krzewy albo niewielkie drzewka, gdzieniegdzie listek, jak ten poniżej i ciemnoczerwone kulki. Nie będą na pewno soczyste i słodkie, bo właściwie nigdy nie były, ale świetnie nadają się na zimową herbatkę w terenie. Dla wzbogacenia smaku najlepiej skomponować je z czymś iglastym.
To głóg jednoszyjkowy (Crataegus monogyna). Jego owoce mają w środku jedną pestkę. Tak właściwie mają głównie pestkę, miąższu jest zdecydowanie mniej. Jeżeli jednak zbierzecie coś pasującego do opisu, a przy rozdrabnianiu surowca na herbatkę okaże się, że pestek w środku jest więcej, dwie albo trzy, będzie równie dobrze. To po prostu inny gatunek – głóg dwuszyjkowy (Crataegus laevigata), który użytkuje się tak samo.
Innymi jadalnymi częściami głogu są bardzo młode liście i kwiaty, ale jedne i drugie są dostępne tylko wiosną. Na nie poczekamy sobie aż do kwietnia. Kwiaty i owoce lubią zielarze za łagodne działanie wspomagające serce, wzmacniające naczynia i brak strasznych działań ubocznych. Dla mnie to dzikie rozgrzewające witaminy.
zimowa herbatka z głogu i świerka
(na 1 porcję)
łyżeczka – kilkanaście owoców – głogu
świerkowa gałązka długości kciuka
0,25 l wody
Owoce pozbawić pestek, chociaż bardziej pasowałoby tu odwrotne postawienie sprawy: pestki obrać z czerwonego miąższu. Nasiona nie będą potrzebne, resztę zalać wodą i doprowadzić do wrzenia. Gotować 5 minut, zdjąć z palnika albo ogniska i dodać gałązkę świerka. Przykryć na 10 minut. Jeżeli po tym czasie herbatka jest ciągle za ciepła do picia, przestudzić w śniegu.
Etykiety:
drzewa,
dzikie rośliny jadalne,
głóg,
iglaste,
napoje,
rośliny dziko rosnące,
świerk,
w dziczy,
wegańskie,
wegetariańskie,
zioła lecznicze
niedziela, 30 października 2016
pamiętajcie o ogrodach
W tym roku jesień była łaskawa i liście miłorzębu zanim opadły, przebarwiły się żółto. Ładnie im w tym kolorze, ale chodzi o coś więcej – dopiero takie liście nadają się na antidotum na jesień. Napój na senność, spadek formy i zimne stopy
Miłorząb dwuklapowy (Ginkgo biloba) nie rośnie u nas dziko, pochodzi z Chin (chociaż nazywa się go japońskim), ale bywa sadzony w ogrodach. Z punktu widzenia botaniki to bardzo interesująca roślina: spokrewniony z iglakami, jego liście podobne są do nierozdzielonych igieł, relikt – ostatni z wymarłej klasy, no i jest rozdzielnopłciowy
Miłorząb poprawia ukrwienie mózgu i mięśni, chroni nerwy, a stosowany powyżej 3 miesięcy może poprawić pamięć. Idealnie pasuje do yerba mate i herbaty, a jego działanie lubi się ze słodkim.
Niestety, są też przeciwwskazania. Jest odradzany kobietom w ciąży i przy problemach z krzepliwością krwi. (Źródło TUTAJ.) U mnie już wszyscy wiedzą, kogo nie częstować.
enegretyzująca herbatka z miłorzębu na jesień
łyżeczka suszu na filiżankę
miód
Liście zbierać, dopiero kiedy zżółkną. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozdrobnione zalewać wrzątkiem i zaparzać pół godziny. Po tym czasie dosłodzić miodem.
Sam napar ma smak bardzo delikatny, podobny do łagodnej zielonej herbaty. Miód byłby zbędny, ale tu jest składnikiem odżywczym dla mózgu i wzmacniającym odporność. Weganie mogą użyć odrobiny glukozy.
Miłorząb dwuklapowy (Ginkgo biloba) nie rośnie u nas dziko, pochodzi z Chin (chociaż nazywa się go japońskim), ale bywa sadzony w ogrodach. Z punktu widzenia botaniki to bardzo interesująca roślina: spokrewniony z iglakami, jego liście podobne są do nierozdzielonych igieł, relikt – ostatni z wymarłej klasy, no i jest rozdzielnopłciowy
Miłorząb poprawia ukrwienie mózgu i mięśni, chroni nerwy, a stosowany powyżej 3 miesięcy może poprawić pamięć. Idealnie pasuje do yerba mate i herbaty, a jego działanie lubi się ze słodkim.
Niestety, są też przeciwwskazania. Jest odradzany kobietom w ciąży i przy problemach z krzepliwością krwi. (Źródło TUTAJ.) U mnie już wszyscy wiedzą, kogo nie częstować.
enegretyzująca herbatka z miłorzębu na jesień
łyżeczka suszu na filiżankę
miód
Liście zbierać, dopiero kiedy zżółkną. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozdrobnione zalewać wrzątkiem i zaparzać pół godziny. Po tym czasie dosłodzić miodem.
Sam napar ma smak bardzo delikatny, podobny do łagodnej zielonej herbaty. Miód byłby zbędny, ale tu jest składnikiem odżywczym dla mózgu i wzmacniającym odporność. Weganie mogą użyć odrobiny glukozy.
niedziela, 9 października 2016
tarkowa ciociówka
Tradycja wygląda tak: co roku wybieram jeden przepis od cioci i robię nalewkę. Nie ma zmiłuj i że ja jestem z innej szkoły, przepis trzeba potraktować wiernie, a przy najbliższej okazji poczęstować ciocię. Na szczęście receptury nalewkowe przechowały to, co książki kucharskie od dawna omijają – wykorzystanie dzikich roślin.
Owoce tarniny, czyli tarki, uzbierałam wracając z rykowiska, a więc nadrobiłam zeszłoroczne zaniedbanie.
najprostsza tarninówka
0,5 kg owoców tarniny
szklanka cukru
2 szklanki wódki
Przemrożone naturalnie lub w zamrażalniku tarki zasypać cukrem i od razu zalać alkoholem. Odstawić na co najmniej 6 tygodni, aż nalewka nabierze koloru, co kilka dni wstrząsając. Po tym czasie przefiltrować i zostawić do dojrzewania pół roku.
Owoce tarniny, czyli tarki, uzbierałam wracając z rykowiska, a więc nadrobiłam zeszłoroczne zaniedbanie.
najprostsza tarninówka
0,5 kg owoców tarniny
szklanka cukru
2 szklanki wódki
Przemrożone naturalnie lub w zamrażalniku tarki zasypać cukrem i od razu zalać alkoholem. Odstawić na co najmniej 6 tygodni, aż nalewka nabierze koloru, co kilka dni wstrząsając. Po tym czasie przefiltrować i zostawić do dojrzewania pół roku.
czwartek, 6 października 2016
mahoniówka
Poprzedni napój z mahonii był bezalkoholowy, to teraz coś dla miłośników procentów. Tylko uwaga, nieostrożne zbieranie owoców zostawia ślady jak walka wręcz z kotem.
Mahonia to nazwa łacińska (Mahonia aquifolium), po polsku roślina nazywa się ościał pospolity, ale jakoś trudno mi się przestawić, bo dotąd używałam żeńskiej nazwy
Są dwie szkoły nalewkowe. Zasypywanie cukrem na początek lub zalewanie alkoholem. Wydaje się, że to pierwsze pozwala uzyskać szybko kolorowy alkohol ze sporą zawartością soku owocowego, ale drugi sposób lepiej dba o wykorzystanie ewentualnie dobroczynnych substancji, również naturalnych barwników. A mahonia z dobrych rzeczy ma polifenole, jedzeniowe przeciwutleniacze, wspomagające układ krążenia i chroniące przed nowotworami. No to nalewka też będzie miała.
Inną decyzją do podjęcia był sposób przyspieszania ekstrakcji. Można rozgniatać, ja zdecydowałam się na mrożenie. Wiadomo, woda w owocach się rozszerza zamarzając, rozbija tkanki od wewnątrz, składniki są lepiej dostępne. Dlatego zamieszkały w zamrażarce na kilka dni.
nalewka z owoców mahonii
0,75 litra przemrożonych owoców
wódka do 40% – dopełnienie do litra
100 g cukru (albo podobna ilość miodu) x2
Owoce zalać wódką i odstawić na tydzień. Po tym czasie dodać pierwszą partię cukru lub miodu i mieszać, aż się rozpuści. Po miesiącu zlać i dodać drugą dawkę słodkości, a jeśli będzie to miód, będzie potrzebna jeszcze filtracja po tygodniu. Nalewka powinna dojrzewać jeszcze kilka miesięcy – tradycyjnie wstrzymywać się z próbowaniem ile się da.
Mahonia to nazwa łacińska (Mahonia aquifolium), po polsku roślina nazywa się ościał pospolity, ale jakoś trudno mi się przestawić, bo dotąd używałam żeńskiej nazwy
Są dwie szkoły nalewkowe. Zasypywanie cukrem na początek lub zalewanie alkoholem. Wydaje się, że to pierwsze pozwala uzyskać szybko kolorowy alkohol ze sporą zawartością soku owocowego, ale drugi sposób lepiej dba o wykorzystanie ewentualnie dobroczynnych substancji, również naturalnych barwników. A mahonia z dobrych rzeczy ma polifenole, jedzeniowe przeciwutleniacze, wspomagające układ krążenia i chroniące przed nowotworami. No to nalewka też będzie miała.
Inną decyzją do podjęcia był sposób przyspieszania ekstrakcji. Można rozgniatać, ja zdecydowałam się na mrożenie. Wiadomo, woda w owocach się rozszerza zamarzając, rozbija tkanki od wewnątrz, składniki są lepiej dostępne. Dlatego zamieszkały w zamrażarce na kilka dni.
nalewka z owoców mahonii
0,75 litra przemrożonych owoców
wódka do 40% – dopełnienie do litra
100 g cukru (albo podobna ilość miodu) x2
Owoce zalać wódką i odstawić na tydzień. Po tym czasie dodać pierwszą partię cukru lub miodu i mieszać, aż się rozpuści. Po miesiącu zlać i dodać drugą dawkę słodkości, a jeśli będzie to miód, będzie potrzebna jeszcze filtracja po tygodniu. Nalewka powinna dojrzewać jeszcze kilka miesięcy – tradycyjnie wstrzymywać się z próbowaniem ile się da.
piątek, 26 sierpnia 2016
no to stalgia
Spokojnie mogę powiedzieć, że tu się wychowałam. Uczyłam pierwszych nazw roślin. Wykopywałam spod śniegu nać pietruszki do chrupania. Rozsiewałam nowe gatunki traw zbierając kłosy na bukiety. Przeprowadzałam ślimaki do lasu, żeby były bezpieczne.
Potem nagle płoty jakby się pozapadały, drogi stały się wąskie, a latarnie śmiesznie małe.
To też było dawno. Życie ciągle zagarnia znajome elementy, coraz mniej zostawiając na właściwych miejscach.
Z niezmiennych rzeczy zostają kolory. Na raz tyle samo dysharmonii, co współbrzmienia.
sałatka kwiatowo-owocowa z kolorów
czarne jeżyny
niebieskie borówki
malinowe maliny
fioletowe dzwonki
pomarańczowe nagietki
różowe floksy
Floksy oberwać z gałązek, nie zapominając o nierozwiniętych pączkach kwiatowych. Nagietki podzielić na płatki (chyba, że ktoś jest pewien, że lubi również zielone części i chce goryczkowego przełamania dla słodkich smaków). Wymieszać kwiaty z owocami i podawać w kubkach lub filiżankach.
Floksy wiechowate (Phlox paniculata) kwitną w odcieniach różu, fioletu i bieli. Mają kwiaty zebrane w grona, a właściwie baldachogrona, słodko pachnące i bardzo słodkie w smaku. Połączenie floksów z jeżynami to letnie odkrycie – jeden z prostszych i efektowniejszych pomysłów na błyskawiczny deser. Pasują mi też do łagodnej czarnej herbaty liściastej, dodane po lekkim ostudzeniu zamiast cukru.
Apetyczny fiolet to dzwonek brzoskwiniolistny (Campanula persicifolia), popularna w ogrodach roślina wieloletnia. Niektóre odmiany mają białe kwiaty. Również jest słodki, ale jest to mniej bezkompromisowo deserowy smak. Wykorzystanie innych gatunków jest jak najbardziej wskazane, bo wszystkie dzwonki są jadalne (również liście).
Nagietek lekarski (Calendula officinalis) w smaku jest korzenno-zielony, gorzkawy, ale płatki kwiatów są bardzo delikatne aromatyczne, więc ich dodatek raczej nie zmieni balansu smaków. Ja się nie ograniczam, zjadam całe kwiatostany.
Potem nagle płoty jakby się pozapadały, drogi stały się wąskie, a latarnie śmiesznie małe.
To też było dawno. Życie ciągle zagarnia znajome elementy, coraz mniej zostawiając na właściwych miejscach.
Z niezmiennych rzeczy zostają kolory. Na raz tyle samo dysharmonii, co współbrzmienia.
sałatka kwiatowo-owocowa z kolorów
czarne jeżyny
niebieskie borówki
malinowe maliny
fioletowe dzwonki
pomarańczowe nagietki
różowe floksy
Floksy oberwać z gałązek, nie zapominając o nierozwiniętych pączkach kwiatowych. Nagietki podzielić na płatki (chyba, że ktoś jest pewien, że lubi również zielone części i chce goryczkowego przełamania dla słodkich smaków). Wymieszać kwiaty z owocami i podawać w kubkach lub filiżankach.
Floksy wiechowate (Phlox paniculata) kwitną w odcieniach różu, fioletu i bieli. Mają kwiaty zebrane w grona, a właściwie baldachogrona, słodko pachnące i bardzo słodkie w smaku. Połączenie floksów z jeżynami to letnie odkrycie – jeden z prostszych i efektowniejszych pomysłów na błyskawiczny deser. Pasują mi też do łagodnej czarnej herbaty liściastej, dodane po lekkim ostudzeniu zamiast cukru.
Apetyczny fiolet to dzwonek brzoskwiniolistny (Campanula persicifolia), popularna w ogrodach roślina wieloletnia. Niektóre odmiany mają białe kwiaty. Również jest słodki, ale jest to mniej bezkompromisowo deserowy smak. Wykorzystanie innych gatunków jest jak najbardziej wskazane, bo wszystkie dzwonki są jadalne (również liście).
Nagietek lekarski (Calendula officinalis) w smaku jest korzenno-zielony, gorzkawy, ale płatki kwiatów są bardzo delikatne aromatyczne, więc ich dodatek raczej nie zmieni balansu smaków. Ja się nie ograniczam, zjadam całe kwiatostany.
Etykiety:
dzwonek brzoskwiniolistny,
dzwonki,
floks,
jadalne kwiaty,
jadalne rośliny ogrodowe,
jeżyna,
nagietek,
napoje,
sałatki,
słodkie,
w drodze,
wegańskie,
wegetariańskie
wtorek, 16 sierpnia 2016
flaszki
Prezenty, prezenty! Dostałam odręczny i jadalny, a nawet po części dziki zestaw domowych nalewek. Te maleństwa to sosna, malina, mięta, pigwa i cytryna wyprodukowane przez Kaś z siedzeidlubie (i jej D.).
Wszystkie są super, ale coś czuję że sosnówka będzie moim ulubionym smakiem.
Sam proces trwałego zdobienia szkła (tak, te napisy na buteleczkach są zrobione specjalnie dla mnie i nie da się ich zmyć ani odkleić) możecie podpatrzyć u źródła TUTAJ.
Wszystkie są super, ale coś czuję że sosnówka będzie moim ulubionym smakiem.
Sam proces trwałego zdobienia szkła (tak, te napisy na buteleczkach są zrobione specjalnie dla mnie i nie da się ich zmyć ani odkleić) możecie podpatrzyć u źródła TUTAJ.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
