Połowa maja. Zbieram kwiatostany sosny z drzewa rosnącego na skraju mazowieckiego lasu. Nie mam czasu się nimi zająć, więc usuwam brązowe łuski i zalewam miodem spadziowym iglastym, prezentem z Podlasia. Wstawiam słoik do lodówki.
Połowa października. Wracam z porannych zakupów z chlebem gryczanym z pobliskiej piekarni. Pieczony na liściach, w smaku jest jak gościnna zamojszczyzna. Wyciągam masło i hajnowski ser z popiołem w typie Morbier od Serów z Puszczy. Patrzę na ten kontrastowy marmurek, gryzę szeroki plaster. Jest kremowy i taki pełny w smaku, ale rozglądam się jeszcze za ostatnim elementem. I przypomina mi się ta majowa sosna.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drzewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drzewa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 października 2020
geografia regionalna
piątek, 7 lutego 2020
fiku
Przyzwyczajenie się do nowej rzeczywistości zajmuje mi około roku, a podstawowe oswojenie - pół. I po pierwsze, ciągle nie dotarło do mnie, że skończyło się lato, jak to się w ogóle mogło stać. A po drugie, prawie nie piszę tutaj, a to głównie dlatego, że tak mało chodzę; tak się porobiło, że zawodowo siedzę na tyłku. Nie żeby zupełnie, a nawet w pracy gimnastykuję się przy ścianie, wydeptuję ścieżki do służbowych urządzeń, wiercę się, kręcę, siadam po turecku i w kwiecie lotosu. To nie dlatego nie piszę, że nie ma roślin, bynajmniej nie dlatego, że nie ma tematów. Nie piszę, bo u mnie najpierw piszą nogi, idę i myślę, potem trzeba czasu i słów, a do zdjęć dziennego światła.
Ostatnio to wszystko miałam w sierpniu. Co powiecie na bardzo sierpniowy deser?
mały kubek gęstego bałkańskiego jogurtu
zielona figa w syropie (np. albańskie gliko fiku) lub świeża dojrzała figa i łyżeczka miodu
garść orzechów laskowych albo posiekane migdały
Owoce, miód, orzechy - tak jogurt jadają na całych Bałkanach. Słoik fig przywiozłam z południa i tej formie mają wspaniały kokosowy (!) aromat, tak charakterystyczny dla zielonych części drzew figowych. Drobne orzechy zebrała z dzikiej leszczyny na jesieni moja babcia i dała mi w prezencie. Zachwycający podarunek. I nawet słońce się znalazło.
A w końcu znowu lato wybuchnie z wszystkich sił* i znów będę nieoswojona z tym słonecznym blaskiem, rekordowymi upałami i suszą.
* PS. Byłam na ostatnim koncercie, nie mogłam tego przegapić.
Ostatnio to wszystko miałam w sierpniu. Co powiecie na bardzo sierpniowy deser?
jogurt po bałkańsku
mały kubek gęstego bałkańskiego jogurtu
zielona figa w syropie (np. albańskie gliko fiku) lub świeża dojrzała figa i łyżeczka miodu
garść orzechów laskowych albo posiekane migdały
Owoce, miód, orzechy - tak jogurt jadają na całych Bałkanach. Słoik fig przywiozłam z południa i tej formie mają wspaniały kokosowy (!) aromat, tak charakterystyczny dla zielonych części drzew figowych. Drobne orzechy zebrała z dzikiej leszczyny na jesieni moja babcia i dała mi w prezencie. Zachwycający podarunek. I nawet słońce się znalazło.
A w końcu znowu lato wybuchnie z wszystkich sił* i znów będę nieoswojona z tym słonecznym blaskiem, rekordowymi upałami i suszą.
* PS. Byłam na ostatnim koncercie, nie mogłam tego przegapić.
wtorek, 11 czerwca 2019
padronat
Mama wyjeżdża pojutrze na Półwysep Iberyjski. A ja poszłam na zakupy głodna, co musi się skończyć nieplanowanymi składnikami i najpierw nie skojarzyłam nic a nic. Przyniosłam padrony, te papryczki do smażenia, no co?
250 g papryczek z Padron
łycha oliwy z oliwek
ząbek czosnku
sól świerkowa
Papryczki umyć, osuszyć i nie pozbawiać ogonków. Obrany czosnek drobno pokroić. Na patelni zagrzać oliwę i lekko podsmażyć czosnek, następnie dodać papryczki. Smażyć mieszając aż zmiękną i pojawią się na ich powierzchni jasne lub ciemne bąble - jak kto lubi - kilka minut. Wyjąć na talerz i posypać solidną szczyptą świerkowej soli.
Tradycyjnie po hiszpańsku padrony je się w całości, ręką trzymając za niejadalny ogonek. Taka ilość starczy na dwie porcje przegryzkowo-przystawkowe. Dla mnie dziś okazały się idealnym letnim obiadem - szybkie w przygotowaniu, lekkie i słone.
pimientos de Padron ze świerkiem
250 g papryczek z Padron
łycha oliwy z oliwek
ząbek czosnku
sól świerkowa
Papryczki umyć, osuszyć i nie pozbawiać ogonków. Obrany czosnek drobno pokroić. Na patelni zagrzać oliwę i lekko podsmażyć czosnek, następnie dodać papryczki. Smażyć mieszając aż zmiękną i pojawią się na ich powierzchni jasne lub ciemne bąble - jak kto lubi - kilka minut. Wyjąć na talerz i posypać solidną szczyptą świerkowej soli.
Tradycyjnie po hiszpańsku padrony je się w całości, ręką trzymając za niejadalny ogonek. Taka ilość starczy na dwie porcje przegryzkowo-przystawkowe. Dla mnie dziś okazały się idealnym letnim obiadem - szybkie w przygotowaniu, lekkie i słone.
piątek, 31 sierpnia 2018
sasafras
Wyskoczyliśmy na kilka dni zmienić klimat. Spakowaliśmy się lekko, nie robiliśmy ekstremalnych planów, ale udało nam się nawet spędzić noc pod gołym niebem. No, prawie. Mieliśmy prowizoryczne zadaszenie i kurtynę z bluszczu zamiast ściany. Miejsce było świetne, tylko noc należała do długich. Spać nie dawała para puszczyków, potem budziło nas rykowisko, przez całą noc ze zdziczałej jabłonki z łoskotem leciały owoce, a nad ranem mieliśmy odwiedziny wiewiórki. Hałasowali też ludzie, słychać było samochody. Kiedy bardzo niewyspani zbieraliśmy się rano do dalszej drogi, wydawało się, że największe atrakcje przyrodnicze już za nami.
Jednak nie doceniliśmy roślin, stwierdziłam, buszując niedługo potem w zaroślach sasafrasu. Jedno dorodne parkowe drzewo dało początek pokaźnej liczbie nowych, od małych siewek (albo raczej odrostów) do takich trochę większych ode mnie. Na terenie parku były systematycznie wycinane, ale już dwa metry dalej, za ogrodzeniem, rosły swobodnie razem z niecierpkami i resztą podszytu. Sasafras biały albo lekarski (Sassafras albidum), bardzo rzadkie u nas drzewo pochodzące z Ameryki Północnej, lekarstwo i przyprawa indiańskiego plemienia Czoktawów, tym razem jako takie tam krzaki. Zebrałam kilka liści i schowałam do plecaka.
O sasafrasie wiadomo ogólnie, że jest trujący. Taki na przykład przewodnik Collinsa ilustruje to trupią czaszką. Liście drzewa opisane są jako pachnące wanilią, ale rakotwórcze, choć to ze znakiem zapytania. Skoro nawet dobre źródła mylą tropy, trudno odnaleźć pewne informacje. Uznajmy, że Collins nie służy do określania przydatności poszczególnych gatunków, tylko ich oznaczania i do tego sprawdza się świetnie. Tutaj cechą najbardziej charakterystyczną są różnopostaciowe liście. Na starym drzewie niemal wyłącznie eliptyczne, ale u młodszych egzemplarzy również dwu- i trójpalczaste.
Zapach i smak liści jest bardzo przyjemny, a do tego stwarza znajome wrażenie, nawet dopiero poznany. Cytrusowy, zielony, mi od razu skojarzył się z melisą, ale bywa też określany jako anyżkowy. Takie odczucia mogą mylić, więc sprawdziłam skład i faktycznie liście melisy zawierają te same substancje, chociaż w innych proporcjach: cytral, geraniol, linalool. Zapachy obu roślin są jak perfumy o tych samych nutach zbudowane na różnych bazach. Sasafras określiłabym jako żywszy, bardziej orzeźwiający.
Przegląd amerykańskich publikacji daje pojęcie o tradycyjnym wykorzystaniu spożywczym sasafrasu: surowych, gotowanych i suszonych liści w sałatkach, zupach, gulaszach oraz naparach, młodych pędów do aromatyzowania piwa, przetworach i herbatach z kory, owoców jako przyprawy, a nawet pączków liściowych i kwiatów. A jednocześnie pojawia się informacja o zakazie jego stosowania w produktach spożywczych i leczniczych w USA.
Zakaz ten dotyczy jednak tylko olejku eterycznego sasafrasowego pozyskiwanego z kory lub drewna. Przedawkowany jest śmiertelnie trujący, ze względu na zawarty w nim safrol, który może uszkodzić wątrobę, nerki i porazić układ oddechowy. Świeże liście zawierają jednak śladowe ilości olejku, którego skład jest inny, a po wysuszeniu jego zawartość jeszcze spada. Jeśli na przykład na opakowaniu przyprawy file, składnika kuchni kreolskiej, spotkacie dramatycznie brzmiącą informację, że użyte liście sasafrasu są pozbawione substancji trujących i rakotwórczych, będzie to prawdopodobnie oznaczało, że są po prostu wysuszone, a więc podwójnie bezpieczne.
Zebrane liście w upale natychmiast zwiędły i wysuszyły się jeszcze w drodze. W tymczasowej kwaterze zaparzyłam z nich herbatę. Po 2-3 liście na filiżankę zalane wrzątkiem i zostawione do naciągnięcia. Świetna pobudka. A jeśli zostało w nich odrobinę safrolu? Jego pochodne mają działanie poprawiające samopoczucie. Z resztą moje symboliczne zbiory nie pozwalają na obfite ani długotrwałe ich używanie.
Na koniec pamiętajcie, że to jedna z roślin, które mogą niespodziewanie silnie zadziałać na organizm. Sięgając po nią po raz pierwszy nie można wykluczać uczulenia, dlatego warto zachować pewną ostrożność.
Wyczerpująco o szczegółach, w tym o zastosowaniu zewnętrznym pisze dr Różański, sasafras umieszczając pod etykietą "O lekach, których już nie ma, ale które kocham". Też kocham, a co mi tam.
Jednak nie doceniliśmy roślin, stwierdziłam, buszując niedługo potem w zaroślach sasafrasu. Jedno dorodne parkowe drzewo dało początek pokaźnej liczbie nowych, od małych siewek (albo raczej odrostów) do takich trochę większych ode mnie. Na terenie parku były systematycznie wycinane, ale już dwa metry dalej, za ogrodzeniem, rosły swobodnie razem z niecierpkami i resztą podszytu. Sasafras biały albo lekarski (Sassafras albidum), bardzo rzadkie u nas drzewo pochodzące z Ameryki Północnej, lekarstwo i przyprawa indiańskiego plemienia Czoktawów, tym razem jako takie tam krzaki. Zebrałam kilka liści i schowałam do plecaka.
O sasafrasie wiadomo ogólnie, że jest trujący. Taki na przykład przewodnik Collinsa ilustruje to trupią czaszką. Liście drzewa opisane są jako pachnące wanilią, ale rakotwórcze, choć to ze znakiem zapytania. Skoro nawet dobre źródła mylą tropy, trudno odnaleźć pewne informacje. Uznajmy, że Collins nie służy do określania przydatności poszczególnych gatunków, tylko ich oznaczania i do tego sprawdza się świetnie. Tutaj cechą najbardziej charakterystyczną są różnopostaciowe liście. Na starym drzewie niemal wyłącznie eliptyczne, ale u młodszych egzemplarzy również dwu- i trójpalczaste.
Zapach i smak liści jest bardzo przyjemny, a do tego stwarza znajome wrażenie, nawet dopiero poznany. Cytrusowy, zielony, mi od razu skojarzył się z melisą, ale bywa też określany jako anyżkowy. Takie odczucia mogą mylić, więc sprawdziłam skład i faktycznie liście melisy zawierają te same substancje, chociaż w innych proporcjach: cytral, geraniol, linalool. Zapachy obu roślin są jak perfumy o tych samych nutach zbudowane na różnych bazach. Sasafras określiłabym jako żywszy, bardziej orzeźwiający.
Przegląd amerykańskich publikacji daje pojęcie o tradycyjnym wykorzystaniu spożywczym sasafrasu: surowych, gotowanych i suszonych liści w sałatkach, zupach, gulaszach oraz naparach, młodych pędów do aromatyzowania piwa, przetworach i herbatach z kory, owoców jako przyprawy, a nawet pączków liściowych i kwiatów. A jednocześnie pojawia się informacja o zakazie jego stosowania w produktach spożywczych i leczniczych w USA.
Zakaz ten dotyczy jednak tylko olejku eterycznego sasafrasowego pozyskiwanego z kory lub drewna. Przedawkowany jest śmiertelnie trujący, ze względu na zawarty w nim safrol, który może uszkodzić wątrobę, nerki i porazić układ oddechowy. Świeże liście zawierają jednak śladowe ilości olejku, którego skład jest inny, a po wysuszeniu jego zawartość jeszcze spada. Jeśli na przykład na opakowaniu przyprawy file, składnika kuchni kreolskiej, spotkacie dramatycznie brzmiącą informację, że użyte liście sasafrasu są pozbawione substancji trujących i rakotwórczych, będzie to prawdopodobnie oznaczało, że są po prostu wysuszone, a więc podwójnie bezpieczne.
Zebrane liście w upale natychmiast zwiędły i wysuszyły się jeszcze w drodze. W tymczasowej kwaterze zaparzyłam z nich herbatę. Po 2-3 liście na filiżankę zalane wrzątkiem i zostawione do naciągnięcia. Świetna pobudka. A jeśli zostało w nich odrobinę safrolu? Jego pochodne mają działanie poprawiające samopoczucie. Z resztą moje symboliczne zbiory nie pozwalają na obfite ani długotrwałe ich używanie.
Na koniec pamiętajcie, że to jedna z roślin, które mogą niespodziewanie silnie zadziałać na organizm. Sięgając po nią po raz pierwszy nie można wykluczać uczulenia, dlatego warto zachować pewną ostrożność.
Wyczerpująco o szczegółach, w tym o zastosowaniu zewnętrznym pisze dr Różański, sasafras umieszczając pod etykietą "O lekach, których już nie ma, ale które kocham". Też kocham, a co mi tam.
piątek, 8 czerwca 2018
a to szmata! czyli ratowanie octu
Nie wiadomo, co poszło nie tak, jeden nastaw domowego octu owocowego smakował świetnie, jak zwykle, a pachniał jakby ścierką. To bardzo żywa rzecz, więc powodów może być mnóstwo: taka tym razem jego uroda, tajemniczy wpływ pogody, albo został za wcześnie zabutelkowany. Domownicy bez pudła wyczuwali samo odkręcenie zakrętki, protestując głośno, żeby nie przyszło mi do głowy używać. Ale to nie jest historia uczenia się na błędach, bo mądrzejsza o te butelki nie jestem wcale, tylko pomysł, jak to łatwo poprawić. Drogi są dwie - maceracja i fermentacja.
W obu potrzebny będzie wkład aromatyczny, mnie skusił młody świerk. Miękkie gałązki, zbyt wyrośnięte, żeby po prostu je zjeść, ze swoim żywiczno-cytrusowym zapachem. Ale to może być prawie każde aromatyczne zioło. Jeśli macie ochotę na coś innego, śmiało sięgajcie po rozmaryn, miętę, skórkę z niewoskowanej cytryny, płatki dzikiej róży i tak dalej. Nie jest to oczywiście niezbędne dla samego procesu, ale tym razem ważne, żeby intensywnie pachniało.
Zrobienie maceratu octowego jest jeszcze prostsze niż samego octu. (Przepis na domowy ocet głogowy - KLIK.) Zioła czy inny surowiec zalewa się lekko ciepłym octem tak, żeby były przykryte płynem, szczelnie zakręca i odstawia w ciemne miejsce. Raz dziennie wstrząsa, a po dwóch-trzech tygodniach przecedza i ewentualnie filtruje. Można w ten sposób wielokrotnie wzmacniać macerat. Jeśli użyte rośliny mają właściwości lecznicze lub prozdrowotne, ocet przejmie ich dobroczynne składniki rozpuszczalne w wodzie. Gałązki świerku (Picea) pomagają w infekcjach, wspierają drogi oddechowe i odkażają układ pokarmowy, więc mój macerat też.
Druga z możliwości to powtórzenie fermentacji octowej. Taki ocet wychodzi bardziej wytrawny i smakowo kwaśniejszy, ale nie oznaczałam stężenia z braku zestawu małego chemika w domu.
duża garść gałązek świerkowych
0,5 l wody
0,5 l owocowego octu do poprawienia
2 czubate łyżki cukru
Cukier rozpuścić w wodzie i zalać gałązki umieszczone w wyparzonym słoju. Dodać ocet i wymieszać. Przypilnować, żeby w słoiku był zapas miejsca, około 1/4 objętości. Zakryć ściereczką, gazą lub papierowym ręcznikiem i recepturką. Odstawić w ciepłe miejsce (nie musi być ciemne). Mieszać wyparzoną łyżką raz lub dwa razy dziennie.
Tym razem nastaw ruszał dość opornie, ale po kilku dniach pojawiła się piana, nic burzliwego, bo głównie przy mieszaniu. Po niecałym miesiącu bąbelkowanie się skończyło, gałązki przestały się unosić, a na powierzchni tworzył się tylko film bakteryjny, tak zwany kożuszek. Ocet jest gotowy do butelkowania i w przeciwieństwie do wyjściowego, przyjemnie pachnie iglakiem. Ma też podobne właściwości co macerat, akurat do budowania odporności.
W obu potrzebny będzie wkład aromatyczny, mnie skusił młody świerk. Miękkie gałązki, zbyt wyrośnięte, żeby po prostu je zjeść, ze swoim żywiczno-cytrusowym zapachem. Ale to może być prawie każde aromatyczne zioło. Jeśli macie ochotę na coś innego, śmiało sięgajcie po rozmaryn, miętę, skórkę z niewoskowanej cytryny, płatki dzikiej róży i tak dalej. Nie jest to oczywiście niezbędne dla samego procesu, ale tym razem ważne, żeby intensywnie pachniało.
Zrobienie maceratu octowego jest jeszcze prostsze niż samego octu. (Przepis na domowy ocet głogowy - KLIK.) Zioła czy inny surowiec zalewa się lekko ciepłym octem tak, żeby były przykryte płynem, szczelnie zakręca i odstawia w ciemne miejsce. Raz dziennie wstrząsa, a po dwóch-trzech tygodniach przecedza i ewentualnie filtruje. Można w ten sposób wielokrotnie wzmacniać macerat. Jeśli użyte rośliny mają właściwości lecznicze lub prozdrowotne, ocet przejmie ich dobroczynne składniki rozpuszczalne w wodzie. Gałązki świerku (Picea) pomagają w infekcjach, wspierają drogi oddechowe i odkażają układ pokarmowy, więc mój macerat też.
Druga z możliwości to powtórzenie fermentacji octowej. Taki ocet wychodzi bardziej wytrawny i smakowo kwaśniejszy, ale nie oznaczałam stężenia z braku zestawu małego chemika w domu.
świerkowy ocet poprawkowy
duża garść gałązek świerkowych
0,5 l wody
0,5 l owocowego octu do poprawienia
2 czubate łyżki cukru
Cukier rozpuścić w wodzie i zalać gałązki umieszczone w wyparzonym słoju. Dodać ocet i wymieszać. Przypilnować, żeby w słoiku był zapas miejsca, około 1/4 objętości. Zakryć ściereczką, gazą lub papierowym ręcznikiem i recepturką. Odstawić w ciepłe miejsce (nie musi być ciemne). Mieszać wyparzoną łyżką raz lub dwa razy dziennie.
Tym razem nastaw ruszał dość opornie, ale po kilku dniach pojawiła się piana, nic burzliwego, bo głównie przy mieszaniu. Po niecałym miesiącu bąbelkowanie się skończyło, gałązki przestały się unosić, a na powierzchni tworzył się tylko film bakteryjny, tak zwany kożuszek. Ocet jest gotowy do butelkowania i w przeciwieństwie do wyjściowego, przyjemnie pachnie iglakiem. Ma też podobne właściwości co macerat, akurat do budowania odporności.
Etykiety:
drzewa,
dzikie rośliny jadalne,
fermentacja,
iglaste,
na wsi,
ocet,
przetwory,
przyprawy,
rośliny dziko rosnące,
świerk,
wegańskie,
wegetariańskie
niedziela, 27 maja 2018
bezsałacie
- O nie, nie kupiłam sałaty.
- To może sałatka z chwastów?
- Ile by ich trzeba było nazbierać...
Mamy maj i najzupełniej dosłownie - tego kwiatu jest pół światu!
Rozpanoszył się dwurząd (Diplotaxis), hołubiony jako zioło w typie rukoli. Prawdziwa (Eruca vesicaria) jest trochę włochata i kwitnie na biało, a ten chwaścior tak dobrze ją udaje smakiem i kształtem liści, że bywa nawet sprzedawany w sklepach pod jej nazwą. Demaskują go szczegóły, głównie żółte kwiaty. Jeżeli wysiana rukola tak zakwitnie, albo pojawi się sam, jak to chwast, są powody do radości - liście dwurzędu można dłużej zbierać i nie martwić się gorzknieniem, a cała roślina ma szansę rozsiać się i przezimować.
Lipy (Tilia cordata) szaleją, będą kwitły jeszcze w maju. Liście na gałęziach dawno stwardniały, ale na szczytach wyrastających z ziemi odrostów są jeszcze miękkie, błyszczące listki, łagodne jak sałata masłowa. To świetne tło dla charakterystycznie ostrego rukolowego smaku dwurzędu.
A urodzaj na gwiazdnicę pospolitą (Stellaria media) jest zawsze. Pod śniegiem zimą toto się nawet potrafi zielenić. I wszędzie. Teraz, kiedy na słonecznych stanowiskach rośliny zdążyły zupełnie rozkwitnąć i usztywnić łodygi, w cieniu śliwy ciągle rozpełza się soczysta murawa, którą można jeść z łodyżkami. Nie za dużo na raz i nie za często, ale sporo witamin plus wzmacnianie naczyń krwionośnych zawsze mile widziane.
pęczek dwurzędu wąskolistnego
pęczek młodej gwiazdnicy
2 duże garści miękkich liści lipy
kwiaty szczypiorku
kilka liści buraka (bo był)
oliwa z oliwek
(balsamico, sól)
Wszystkie rośliny umyć i osuszyć. Dwurząd pozbawić zdrewniałych łodyg. Liście można pokroić, kwiatostany delikatnie rozdzielić. Zieleninę wymieszać i polać oliwą. Sałatkę posypać kwiatami.
Jeżeli zapach zieleni jest zbyt wyraźny, można skropić octem balsamicznym i ewentualnie dosolić.
Dobrym białkowym dodatkiem będą jajka przepiórcze albo smażone tofu.
- To może sałatka z chwastów?
- Ile by ich trzeba było nazbierać...
Mamy maj i najzupełniej dosłownie - tego kwiatu jest pół światu!
Rozpanoszył się dwurząd (Diplotaxis), hołubiony jako zioło w typie rukoli. Prawdziwa (Eruca vesicaria) jest trochę włochata i kwitnie na biało, a ten chwaścior tak dobrze ją udaje smakiem i kształtem liści, że bywa nawet sprzedawany w sklepach pod jej nazwą. Demaskują go szczegóły, głównie żółte kwiaty. Jeżeli wysiana rukola tak zakwitnie, albo pojawi się sam, jak to chwast, są powody do radości - liście dwurzędu można dłużej zbierać i nie martwić się gorzknieniem, a cała roślina ma szansę rozsiać się i przezimować.
Lipy (Tilia cordata) szaleją, będą kwitły jeszcze w maju. Liście na gałęziach dawno stwardniały, ale na szczytach wyrastających z ziemi odrostów są jeszcze miękkie, błyszczące listki, łagodne jak sałata masłowa. To świetne tło dla charakterystycznie ostrego rukolowego smaku dwurzędu.
A urodzaj na gwiazdnicę pospolitą (Stellaria media) jest zawsze. Pod śniegiem zimą toto się nawet potrafi zielenić. I wszędzie. Teraz, kiedy na słonecznych stanowiskach rośliny zdążyły zupełnie rozkwitnąć i usztywnić łodygi, w cieniu śliwy ciągle rozpełza się soczysta murawa, którą można jeść z łodyżkami. Nie za dużo na raz i nie za często, ale sporo witamin plus wzmacnianie naczyń krwionośnych zawsze mile widziane.
sałatka pachnąca pokosem
pęczek dwurzędu wąskolistnego
pęczek młodej gwiazdnicy
2 duże garści miękkich liści lipy
kwiaty szczypiorku
kilka liści buraka (bo był)
oliwa z oliwek
(balsamico, sól)
Wszystkie rośliny umyć i osuszyć. Dwurząd pozbawić zdrewniałych łodyg. Liście można pokroić, kwiatostany delikatnie rozdzielić. Zieleninę wymieszać i polać oliwą. Sałatkę posypać kwiatami.
Jeżeli zapach zieleni jest zbyt wyraźny, można skropić octem balsamicznym i ewentualnie dosolić.
Dobrym białkowym dodatkiem będą jajka przepiórcze albo smażone tofu.
Etykiety:
chwasty,
drzewa,
dwurząd,
dzikie rośliny jadalne,
gwiazdnica,
jadalne kwiaty,
lipa,
na wsi,
rośliny dziko rosnące,
sałatki,
szczypiorek,
wegańskie,
wegetariańskie
czwartek, 10 maja 2018
iglaste dżemowanie
Świerki, moje ulubione cytrusy, są już gotowe do zbierania. Od południa pędy wyrosły nawet za bardzo, ale ciągle jest też dużo młodziutkich końcówek, idealnych na aromatyczny dżem. Potwór mówi, że tak pachnie Boże Narodzenie. Ale nie ma mowy, do zimy nie dotrwa ani odrobina.
Jak w zeszłym roku, szukamy najsmaczniejszego drzewa i zbieramy te miękkie kępki jasnej zieleni na końcach gałązek. Nie za dużo i nieintensywnie, żeby świerk mógł dalej harmonijnie rosnąć.
150 g młodych pędów świerkowych
150 g cukru trzcinowego
limonka
Świerkowe pędzle rozdrobnić blendrem razem z cukrem. Przełożyć do garnka, wcisnąć sok z limonki i powoli doprowadzić do wrzenia. Kiedy stracą zielony kolor, gotować jeszcze 2 minuty. Przełożyć gotowy dżem do wyparzonego słoika.
Jak w zeszłym roku, szukamy najsmaczniejszego drzewa i zbieramy te miękkie kępki jasnej zieleni na końcach gałązek. Nie za dużo i nieintensywnie, żeby świerk mógł dalej harmonijnie rosnąć.
cytrusowy dżem ze świerka
(przepis źródłowy: pinkcake)150 g młodych pędów świerkowych
150 g cukru trzcinowego
limonka
Świerkowe pędzle rozdrobnić blendrem razem z cukrem. Przełożyć do garnka, wcisnąć sok z limonki i powoli doprowadzić do wrzenia. Kiedy stracą zielony kolor, gotować jeszcze 2 minuty. Przełożyć gotowy dżem do wyparzonego słoika.
wtorek, 1 maja 2018
na błonie!
Wiosnę mamy bujną i z gestem, wszystko błyskawicznie się zmienia. Teraz najpiękniej jest w zdziczałym sadzie. Kwitną jabłonie i grusze, a głogi i jarzębiny szykują pąki kwiatowe, zieleni się trawa, pokrzywy jeszcze nie zdążyły urosnąć do pasa, a w słońcu nawet nie tną komary.
Stare jabłonie nie są w najlepszej formie, kilka konarów odłamało się do połowy, leżą teraz i kwitną, ale zranione drzewa nie zabliźnią już tych miejsc. Na pniach widać grzyby, a na cienkich gałązkach zwyrodnienia. Nie pamiętam, żeby w ostatnich latach ktoś zbierał owoce.
Ze złamanej gałęzi pozbierałam pąki, a właściwie szczyty gałązek razem z liśćmi. Zbiera się najdelikatniejsze liście i same pączki kwiatowe, żeby wydobyć najbogatszy aromat, ale z zerwanych gałązek nie odrywałam specjalnie kwiatów, żeby spełnić ten wymóg. Strąconą łokciem kępkę liści też dorzuciłam do torby.
Zawartość mojego bawełnianego worka jest najładniejszą herbatą świata. Większość tej urody ginie później wraz z objętością, ale na końcu ujawnia się piękno ukryte - niesamowity miodowy kolor. No i smak, wspaniale rozwijający się z czasem.
Najpierw oddzieliłam trochę różowych kulek i rozsypałam pojedynczą warstwą na tacy do ususzenia w chłodnym cieniu. Pozostałą część zbioru przygotowałam do reakcji enzymatycznych (skrótowo nazywanych fermentacją), czyli pozwoliłam im zwiędnąć, pokroiłam na koło centymetrowe kawałki i zgniotłam partiami w moździerzu. Chodzi o to, żeby liście zrobiły się wilgotne od soku, ale bez zupełnej utraty kształtu. Można oczywiście ugniatać i rolować je w dłoniach. Zamknęłam w słoiku i wstawiłam do piekarnika na 2 godziny w temperaturze 40 stopni, a potem zostawiłam tam do wystygnięcia.
Zbrązowiałe liście z zaparowanego słoika trzeba wysuszyć, ja pomogłam sobie piekarnikiem. Metoda suszenia jest prawie dowolna, ale ponieważ herbata będzie jeszcze dojrzewać, wchodzą w grę dość niskie temperatury. Tak samo jak z miodem, 40 lub ewentualnie 50 stopni to bezpieczna granica.
Kiedy pączki i herbata zupełnie wyschły, wymieszałam je ze sobą. Nie wszystkie, bo nie wiem jeszcze, czy nie utlenią się w kontakcie z brązem suszu. Mam nadzieję, że zachowają ten kontrast, ale na wszelki wypadek osobno przechowuję zapas.
To już właściwie wszystko, można zamykać słoik i odstawiać w ciemne miejsce, albo najpierw wybrać papierową torbę, żeby nie martwić się o niedosuszenie i rozwój pleśni. Ale ponieważ herbatę szykuję też na prezenty, postanowiłam ją przesiać. Zwykłe kuchenne sitko pomogło oddzielić większe kawałki od drobnicy, głównie pylników kwiatów. Te pozostałe śmietki zapakowałam w torebki herbaciane i trochę przypadkiem powstała wersja ekspresowa jabłoniowej herbaty.
Z całej torby surowca powstał litrowy słoik zgniotków, skurczył się później prawie o połowę, a w suszeniu stracił większość swojej wagi. Pozostała może jedna trzecia litra puchatego suszu.
Kolor już widać, a smak na razie jest jeszcze surowy, niedokończony, ale przyjemny. Dam mu się rozwijać w spokoju do jesieni. A wtedy dodam jeszcze jabłka i będzie pełnia.
Stare jabłonie nie są w najlepszej formie, kilka konarów odłamało się do połowy, leżą teraz i kwitną, ale zranione drzewa nie zabliźnią już tych miejsc. Na pniach widać grzyby, a na cienkich gałązkach zwyrodnienia. Nie pamiętam, żeby w ostatnich latach ktoś zbierał owoce.
Ze złamanej gałęzi pozbierałam pąki, a właściwie szczyty gałązek razem z liśćmi. Zbiera się najdelikatniejsze liście i same pączki kwiatowe, żeby wydobyć najbogatszy aromat, ale z zerwanych gałązek nie odrywałam specjalnie kwiatów, żeby spełnić ten wymóg. Strąconą łokciem kępkę liści też dorzuciłam do torby.
Zawartość mojego bawełnianego worka jest najładniejszą herbatą świata. Większość tej urody ginie później wraz z objętością, ale na końcu ujawnia się piękno ukryte - niesamowity miodowy kolor. No i smak, wspaniale rozwijający się z czasem.
Najpierw oddzieliłam trochę różowych kulek i rozsypałam pojedynczą warstwą na tacy do ususzenia w chłodnym cieniu. Pozostałą część zbioru przygotowałam do reakcji enzymatycznych (skrótowo nazywanych fermentacją), czyli pozwoliłam im zwiędnąć, pokroiłam na koło centymetrowe kawałki i zgniotłam partiami w moździerzu. Chodzi o to, żeby liście zrobiły się wilgotne od soku, ale bez zupełnej utraty kształtu. Można oczywiście ugniatać i rolować je w dłoniach. Zamknęłam w słoiku i wstawiłam do piekarnika na 2 godziny w temperaturze 40 stopni, a potem zostawiłam tam do wystygnięcia.
Zbrązowiałe liście z zaparowanego słoika trzeba wysuszyć, ja pomogłam sobie piekarnikiem. Metoda suszenia jest prawie dowolna, ale ponieważ herbata będzie jeszcze dojrzewać, wchodzą w grę dość niskie temperatury. Tak samo jak z miodem, 40 lub ewentualnie 50 stopni to bezpieczna granica.
Kiedy pączki i herbata zupełnie wyschły, wymieszałam je ze sobą. Nie wszystkie, bo nie wiem jeszcze, czy nie utlenią się w kontakcie z brązem suszu. Mam nadzieję, że zachowają ten kontrast, ale na wszelki wypadek osobno przechowuję zapas.
To już właściwie wszystko, można zamykać słoik i odstawiać w ciemne miejsce, albo najpierw wybrać papierową torbę, żeby nie martwić się o niedosuszenie i rozwój pleśni. Ale ponieważ herbatę szykuję też na prezenty, postanowiłam ją przesiać. Zwykłe kuchenne sitko pomogło oddzielić większe kawałki od drobnicy, głównie pylników kwiatów. Te pozostałe śmietki zapakowałam w torebki herbaciane i trochę przypadkiem powstała wersja ekspresowa jabłoniowej herbaty.
Z całej torby surowca powstał litrowy słoik zgniotków, skurczył się później prawie o połowę, a w suszeniu stracił większość swojej wagi. Pozostała może jedna trzecia litra puchatego suszu.
Kolor już widać, a smak na razie jest jeszcze surowy, niedokończony, ale przyjemny. Dam mu się rozwijać w spokoju do jesieni. A wtedy dodam jeszcze jabłka i będzie pełnia.
środa, 18 kwietnia 2018
taki wałek!
Od kiedy poznaliśmy trdelniki na jarmarku w Pradze, planowaliśmy przygotować je własnoręcznie. Tradycyjnie piecze się je na powietrzu nad prawdziwym żarem i taki też był nasz zamiar. Nie mamy eleganckiego grilla specjalnie do tego celu, ale byliśmy pewni, że improwizowane metody ogniskowe się sprawdzą. Niestety, kiedy zagniecione ciasto już wyrastało, deszcz pokrzyżował nam szyki. Wymyśliłam szybko technologię domową wykorzystującą piekarnik.
Poza zamianą węgli na elektrykę, wprowadziłam jeszcze jedną odmianę względem słowackiej (i czeskiej) tradycji. Zamiast cynamonu dodałam korzeń kuklika pospolitego (Geum urbanum), ogrodowego chwastu. To niepozorna i łatwa do usuwania roślina, nie ma zapędów imperialistycznych, ale u nas jest tak pospolita, że rośnie nawet pomiędzy płytami chodnikowymi. Jej korzenie są wyraźnie słodkie, mają aromat goździków i przypraw korzennych. Cynamon na ciastku jest trochę banalny, a ten smak pasuje idealnie jako zastępstwo.
Mam nadzieję, że znajdziecie jeszcze w kuchennych szufladach zwykły drewniany wałek do ciasta, albo najlepiej od razu dwa. Jeżeli spróbujecie upiec trdelnik w ten sposób, szybko przekonacie się, że do tego celu najlepiej sprawdzają się wałki z jednego kawałka drewna, bo łatwiej je obracać. Przyda się też duża metalowa miska. Srebrny kolor wprawdzie rozprasza ciepło i przez to nie obejdzie się bez obracania wałków podczas pieczenia (to dlatego piekarniki są w środku czarne), ale będzie idealnym stelażem i przy okazji wyłapie wszystkie sypiące się okruchy. Koniecznie zróbcie najpierw próbę całego zestawu sprzętu w zimnym piekarniku, żeby mieć pewność, że wszystko pasuje, a drzwiczki się domykają.
posypka
200 g orzechów włoskich
100 g brązowego cukru
4–6 rozetek kuklika wyrwanych z korzeniami
(lub tradycyjnie łyżeczka mielonego cynamonu)
Kukliki w całości dokładnie umyć i wysuszyć. Nie odcinać listków, będą służyły do trzymania. Ciąć korzenie nożyczkami od końcówek na jedno-dwumilimetrowe odcinki, zostawiając kawałek od nasady liści, na wypadek, gdyby ukrył się tam piasek. Rozdrobnić blenderem orzechy z cukrem i pociętymi korzonkami (lub cynamonem) na posypkę o strukturze przypominającej bułkę tartą.
ciasto
200 ml ciepłego mleka
2 łyżeczki suchych drożdży
Rozmieszać drożdże w mleku i odstawić na 5 minut.
140 g masła
4 żółtka
100 g białego cukru
700 g mąki
szczypta soli
1 białko do smarowania ciasta
łyżka oleju do natłuszczenia wałków
Masło rozpuścić i ostudzić, żeby było letnie. W sporej misce ubić żółtka z cukrem na jasną, puszystą masę. Ciągle ubijając, dolewać masło, a potem drożdżowy rozczyn. Mąkę przesiać razem z solą i dodać do mokrych składników. Kiedy się połączą, zagniatać minimum 15 minut. Ciasto uformować w kulę i w przykrytej folią misce odstawić do wyrastania w ciepłe miejsce na około godzinę. Będzie raczej twarde i już mu tak zostanie.
Dwa drewniane wałki do ciasta przetrzeć olejem. Piekarnik nagrzać do 180 stopni (termoobieg). Podzielić ciasto na 4 części lub mniejsze kawałki wygodne do wałkowania. Trzymać pod folią albo wilgotną ściereczką. Z każdej części formować wałeczek o średnicy około 1,5 cm, lekko spłaszczać i nawijać na drewniany wałek zawijając oba końce pod ciasto. W razie potrzeby wałeczki sklejać ze sobą, żeby pokryć całą długość wałka. Gotowy wałek odkładać na miskę opierając rączkami o jej brzeg. Po nawinięciu dwóch, posmarować je dookoła roztrzepanym białkiem. Wysypać orzechowo-korzenny cukier na tacę odpowiedniej szerokości i lekko dociskając, obtoczyć ciasto w grubej warstwie posypki. Przekładać wałki na miskę i całość włożyć do piekarnika. Piec około 35 minut, obracając delikatnie w połowie pieczenia. Kroić przed zdjęciem z wałka i gorące jeszcze raz obtoczyć w posypce, tym razem bez dociskania. Jak wałki wystygną, można przygotowywać drugą porcję (albo nie tak od razu, ciasto zawinięte w folię spokojnie poczeka do następnego dnia w lodówce).
Trdelniki najlepsze są ciepłe. Łasuchy mogą posmarować je wewnątrz dżemem, czekoladą albo masłem orzechowym.
Nadwyżkę posypki przechowywać w lodówce w szczelnym pojemniku albo zużyć jako farsz do szwedzkich bułeczek.
Poza zamianą węgli na elektrykę, wprowadziłam jeszcze jedną odmianę względem słowackiej (i czeskiej) tradycji. Zamiast cynamonu dodałam korzeń kuklika pospolitego (Geum urbanum), ogrodowego chwastu. To niepozorna i łatwa do usuwania roślina, nie ma zapędów imperialistycznych, ale u nas jest tak pospolita, że rośnie nawet pomiędzy płytami chodnikowymi. Jej korzenie są wyraźnie słodkie, mają aromat goździków i przypraw korzennych. Cynamon na ciastku jest trochę banalny, a ten smak pasuje idealnie jako zastępstwo.
Mam nadzieję, że znajdziecie jeszcze w kuchennych szufladach zwykły drewniany wałek do ciasta, albo najlepiej od razu dwa. Jeżeli spróbujecie upiec trdelnik w ten sposób, szybko przekonacie się, że do tego celu najlepiej sprawdzają się wałki z jednego kawałka drewna, bo łatwiej je obracać. Przyda się też duża metalowa miska. Srebrny kolor wprawdzie rozprasza ciepło i przez to nie obejdzie się bez obracania wałków podczas pieczenia (to dlatego piekarniki są w środku czarne), ale będzie idealnym stelażem i przy okazji wyłapie wszystkie sypiące się okruchy. Koniecznie zróbcie najpierw próbę całego zestawu sprzętu w zimnym piekarniku, żeby mieć pewność, że wszystko pasuje, a drzwiczki się domykają.
trdelník
(proporcje na 4 kuchenne wałki, czyli około 8 porcji)posypka
200 g orzechów włoskich
100 g brązowego cukru
4–6 rozetek kuklika wyrwanych z korzeniami
(lub tradycyjnie łyżeczka mielonego cynamonu)
Kukliki w całości dokładnie umyć i wysuszyć. Nie odcinać listków, będą służyły do trzymania. Ciąć korzenie nożyczkami od końcówek na jedno-dwumilimetrowe odcinki, zostawiając kawałek od nasady liści, na wypadek, gdyby ukrył się tam piasek. Rozdrobnić blenderem orzechy z cukrem i pociętymi korzonkami (lub cynamonem) na posypkę o strukturze przypominającej bułkę tartą.
ciasto
200 ml ciepłego mleka
2 łyżeczki suchych drożdży
Rozmieszać drożdże w mleku i odstawić na 5 minut.
140 g masła
4 żółtka
100 g białego cukru
700 g mąki
szczypta soli
1 białko do smarowania ciasta
łyżka oleju do natłuszczenia wałków
Masło rozpuścić i ostudzić, żeby było letnie. W sporej misce ubić żółtka z cukrem na jasną, puszystą masę. Ciągle ubijając, dolewać masło, a potem drożdżowy rozczyn. Mąkę przesiać razem z solą i dodać do mokrych składników. Kiedy się połączą, zagniatać minimum 15 minut. Ciasto uformować w kulę i w przykrytej folią misce odstawić do wyrastania w ciepłe miejsce na około godzinę. Będzie raczej twarde i już mu tak zostanie.
Dwa drewniane wałki do ciasta przetrzeć olejem. Piekarnik nagrzać do 180 stopni (termoobieg). Podzielić ciasto na 4 części lub mniejsze kawałki wygodne do wałkowania. Trzymać pod folią albo wilgotną ściereczką. Z każdej części formować wałeczek o średnicy około 1,5 cm, lekko spłaszczać i nawijać na drewniany wałek zawijając oba końce pod ciasto. W razie potrzeby wałeczki sklejać ze sobą, żeby pokryć całą długość wałka. Gotowy wałek odkładać na miskę opierając rączkami o jej brzeg. Po nawinięciu dwóch, posmarować je dookoła roztrzepanym białkiem. Wysypać orzechowo-korzenny cukier na tacę odpowiedniej szerokości i lekko dociskając, obtoczyć ciasto w grubej warstwie posypki. Przekładać wałki na miskę i całość włożyć do piekarnika. Piec około 35 minut, obracając delikatnie w połowie pieczenia. Kroić przed zdjęciem z wałka i gorące jeszcze raz obtoczyć w posypce, tym razem bez dociskania. Jak wałki wystygną, można przygotowywać drugą porcję (albo nie tak od razu, ciasto zawinięte w folię spokojnie poczeka do następnego dnia w lodówce).
Trdelniki najlepsze są ciepłe. Łasuchy mogą posmarować je wewnątrz dżemem, czekoladą albo masłem orzechowym.
Nadwyżkę posypki przechowywać w lodówce w szczelnym pojemniku albo zużyć jako farsz do szwedzkich bułeczek.
czwartek, 12 kwietnia 2018
czaga
Może słyszeliście o fińskiej herbatce dzięcioła Tikkatee lub syberyjskim naparze z czarnych guzów brzóz leczącym nowotwory. Albo o tajemniczym grzybie, który tak chłonie ogień, że daje się rozżarzyć jedną iskrą z krzemienia, a w dodatku można zaparzyć z niego herbatę łudząco podobną do czarnej i o właściwościach poprawiających nastrój. To wszystko warianty tego samego napoju z błyskoporka podkorowego (Inonotus obliquus).
Błyskoporek czyli czyr pasożytuje na różnych drzewach liściastych, ale zbierany jest wyłącznie z brzóz i ich zasięg występowania wyznacza mu granice. Może rosnąć nawet kilkadziesiąt lat razem z drzewem, które go żywi, jednak powoduje biały rozkład drewna, więc działa na szkodę żywiciela. Wykorzystuje się owocnik widoczny na zdjęciach, tak zwane sklerocjum o czarnej spękanej powierzchni przypominającej zwęglenie i rdzawym wnętrzu grzybni z żółtymi żyłkami. Źródła twierdzą, że najlepsza pora na zbieranie to okres od jesieni do wczesnej wiosny, ale prawdopodobnie wynika tak po prostu z ułatwienia, jakim jest brak liści. Grzyby pozyskane z martwych pni mogą być skażone pleśnią, więc nie są zbierane, tak jak z terenów zanieczyszczonych np. przy drogach o dużym natężeniu ruchu.
Pewną trudność może sprawiać rozróżnienie różnych typów narośli na pniach brzóz. Z daleka na błyskoporka może wyglądać rak drzewny lub czeczota. Pierwsze zjawisko to objaw choroby, przypomina ranę, często zabliźnioną. Czasem towarzyszą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształcie i rozmiarze liści drzewa. Natomiast czeczota jest wadą drewna, które wprawdzie jest zdrowe, jednak ma nietypową strukturę, jakby skłębionych włókien. Oba typy narośli pokryte są korą jako zewnętrzną warstwą, kryjącą twarde drewno pod spodem, inaczej niż czyr ze swoim korkowatym wnętrzem i kruchą powierzchnią udającą węgiel.
Praktyka ludowa przypisywała temu grzybowi leczenie nowotworów, współczesna fitoterapia potwierdza, że może pomagać, również w chorobach skóry i przewodu pokarmowego, miażdżycy, nadciśnieniu. Korzystnie wpływa na układ odpornościowy i nerwowy oraz ogólnie wzmacnia. Jest bardzo wiele sposobów przyrządzania, a te lecznicze zwykle obejmują nie tylko ekstrakcję wodną, ale też alkoholową, żeby wykorzystać związki nierozpuszczalne w wodzie. Ja skupię się na popijaniu rekreacyjnym i profilaktycznym.
Najpierw tylko jeden ważny szczegół. W Polsce błyskoporek podkorowy podlega ochronie częściowej, ponieważ został sklasyfikowany jako potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. W związku z tym zbieranie go jest nielegalne. Jak sobie z tym radzą zbieracze? Różnie. Pozyskują z brzóz świeżo ściętych w związku z gospodarką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sproszkowany w zielarniach, przywożą w różnej formie ze Skandynawii albo Rosji. Niektórzy mają zainfekowane drzewa we własnym lesie lub na swojej działce i powołują się na zasady prowadzenia gospodarki lub nawet brak precyzji określenia grzyby dziko występujące. Cała sprawa dotyczy zasad, ale tak naprawdę o wiele bardziej sumienia niż prawa.
Smak błyskoporka jest delikatny i nie tyle herbaciany, co leśny – trochę jak zapach mokrego mchu i kory, trochę ziemisty, mało grzybowy. Bez goryczy. Im ciemniejsze kawałki, tym bardziej nasycony kolor gotowego napoju.
Zdobyty grzyb najpierw trzeba rozdrobnić. Świeże wnętrze daje się ścierać na tarce, z czarnymi wierzchnimi kawałkami albo wysuszoną grzybnią można sobie poradzić za pomocą moździerza lub młynka do kawy, wcześniej rozkruszając na drobniejsze kawałki na przykład młotkiem przez płócienny worek. Wiem też, że niektórzy mielą (świeże lub namoczone) owocniki w maszynce, ale nie próbowałam. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozłożone cienką warstwą kawałki lub proszek.
0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę
Błyskoporka zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wielokrotnie zalewać, wydłużając czas parzenia: drugie do 20 minut, trzecie około 45 itd.
3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody
Zalać proszek wodą o temperaturze pokojowej, powoli doprowadzić do wrzenia i odcedzić. Pić szklankę raz dziennie.
6 łyżeczek proszku na każdą szklankę wody
Przegotowaną wodę doprowadzić do temperatury 50 °. Wsypać proszek do termosu i zalać wodą, odstawić na 48 godzin. Przecedzić odciskając fusy przez płótno. Wypijać do 3 szklanek napoju dziennie. Jego trwałość to około 4 dni w lodówce, więc można przygotować od razu ilość na właśnie tyle czasu.
2 łyżeczki proszku na 150 ml wody
Proszek zalać ciepłą wodą i odstawić na około 8 godzin (najlepiej na noc). Po tym czasie gotować 15–20 minut i pić małymi porcjami cały dzień.
Ograniczeń w spożywaniu jest bardzo mało. Z powodu braku odpowiednich badań, czagi nie zaleca się kobietom w ciąży. Dla bezpieczeństwa warto przed wypiciem pierwszej szklanki wywaru czy naparu wykonać próbę uczuleniową, szczególnie w przypadku alergii na dowolny inny rodzaj grzybów. No i koniecznie poinformować lekarza o stosowaniu błyskoporka przy podawaniu glukozy lub kierowaniu na badania jej stężenia we krwi.
Na koniec litania nazw alternatywnych: włóknouszek ukośny, huba ukośna, czarna huba brzozowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba skośnorurkowa, czerniak brzozy, czernidło, czyreń, czarcie oko i chaga (tylko w piśmie).
Błyskoporek czyli czyr pasożytuje na różnych drzewach liściastych, ale zbierany jest wyłącznie z brzóz i ich zasięg występowania wyznacza mu granice. Może rosnąć nawet kilkadziesiąt lat razem z drzewem, które go żywi, jednak powoduje biały rozkład drewna, więc działa na szkodę żywiciela. Wykorzystuje się owocnik widoczny na zdjęciach, tak zwane sklerocjum o czarnej spękanej powierzchni przypominającej zwęglenie i rdzawym wnętrzu grzybni z żółtymi żyłkami. Źródła twierdzą, że najlepsza pora na zbieranie to okres od jesieni do wczesnej wiosny, ale prawdopodobnie wynika tak po prostu z ułatwienia, jakim jest brak liści. Grzyby pozyskane z martwych pni mogą być skażone pleśnią, więc nie są zbierane, tak jak z terenów zanieczyszczonych np. przy drogach o dużym natężeniu ruchu.
Pewną trudność może sprawiać rozróżnienie różnych typów narośli na pniach brzóz. Z daleka na błyskoporka może wyglądać rak drzewny lub czeczota. Pierwsze zjawisko to objaw choroby, przypomina ranę, często zabliźnioną. Czasem towarzyszą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształcie i rozmiarze liści drzewa. Natomiast czeczota jest wadą drewna, które wprawdzie jest zdrowe, jednak ma nietypową strukturę, jakby skłębionych włókien. Oba typy narośli pokryte są korą jako zewnętrzną warstwą, kryjącą twarde drewno pod spodem, inaczej niż czyr ze swoim korkowatym wnętrzem i kruchą powierzchnią udającą węgiel.
Praktyka ludowa przypisywała temu grzybowi leczenie nowotworów, współczesna fitoterapia potwierdza, że może pomagać, również w chorobach skóry i przewodu pokarmowego, miażdżycy, nadciśnieniu. Korzystnie wpływa na układ odpornościowy i nerwowy oraz ogólnie wzmacnia. Jest bardzo wiele sposobów przyrządzania, a te lecznicze zwykle obejmują nie tylko ekstrakcję wodną, ale też alkoholową, żeby wykorzystać związki nierozpuszczalne w wodzie. Ja skupię się na popijaniu rekreacyjnym i profilaktycznym.
Najpierw tylko jeden ważny szczegół. W Polsce błyskoporek podkorowy podlega ochronie częściowej, ponieważ został sklasyfikowany jako potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. W związku z tym zbieranie go jest nielegalne. Jak sobie z tym radzą zbieracze? Różnie. Pozyskują z brzóz świeżo ściętych w związku z gospodarką leśną, albo złamanych przez wiatr, jak ta na zdjęciu poniżej. Kupują sproszkowany w zielarniach, przywożą w różnej formie ze Skandynawii albo Rosji. Niektórzy mają zainfekowane drzewa we własnym lesie lub na swojej działce i powołują się na zasady prowadzenia gospodarki lub nawet brak precyzji określenia grzyby dziko występujące. Cała sprawa dotyczy zasad, ale tak naprawdę o wiele bardziej sumienia niż prawa.
Smak błyskoporka jest delikatny i nie tyle herbaciany, co leśny – trochę jak zapach mokrego mchu i kory, trochę ziemisty, mało grzybowy. Bez goryczy. Im ciemniejsze kawałki, tym bardziej nasycony kolor gotowego napoju.
Zdobyty grzyb najpierw trzeba rozdrobnić. Świeże wnętrze daje się ścierać na tarce, z czarnymi wierzchnimi kawałkami albo wysuszoną grzybnią można sobie poradzić za pomocą moździerza lub młynka do kawy, wcześniej rozkruszając na drobniejsze kawałki na przykład młotkiem przez płócienny worek. Wiem też, że niektórzy mielą (świeże lub namoczone) owocniki w maszynce, ale nie próbowałam. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozłożone cienką warstwą kawałki lub proszek.
czaga – herbata z błyskoporka podkorowego
fińska Tikkatee (metoda herbatkowa)
0,5–2 łyżeczki proszku na szklankę
Błyskoporka zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wielokrotnie zalewać, wydłużając czas parzenia: drugie do 20 minut, trzecie około 45 itd.
prosta metoda zielarska
3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody
Zalać proszek wodą o temperaturze pokojowej, powoli doprowadzić do wrzenia i odcedzić. Pić szklankę raz dziennie.
metoda radziecka
6 łyżeczek proszku na każdą szklankę wody
Przegotowaną wodę doprowadzić do temperatury 50 °. Wsypać proszek do termosu i zalać wodą, odstawić na 48 godzin. Przecedzić odciskając fusy przez płótno. Wypijać do 3 szklanek napoju dziennie. Jego trwałość to około 4 dni w lodówce, więc można przygotować od razu ilość na właśnie tyle czasu.
metoda białoruska
2 łyżeczki proszku na 150 ml wody
Proszek zalać ciepłą wodą i odstawić na około 8 godzin (najlepiej na noc). Po tym czasie gotować 15–20 minut i pić małymi porcjami cały dzień.
Ograniczeń w spożywaniu jest bardzo mało. Z powodu braku odpowiednich badań, czagi nie zaleca się kobietom w ciąży. Dla bezpieczeństwa warto przed wypiciem pierwszej szklanki wywaru czy naparu wykonać próbę uczuleniową, szczególnie w przypadku alergii na dowolny inny rodzaj grzybów. No i koniecznie poinformować lekarza o stosowaniu błyskoporka przy podawaniu glukozy lub kierowaniu na badania jej stężenia we krwi.
Na koniec litania nazw alternatywnych: włóknouszek ukośny, huba ukośna, czarna huba brzozowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba skośnorurkowa, czerniak brzozy, czernidło, czyreń, czarcie oko i chaga (tylko w piśmie).
Etykiety:
błyskoporek podkorowy,
drzewa,
Finlandia,
fotogrzybobranie,
grzyby,
jadalna huba,
na wsi,
napoje,
Rosja,
wegańskie,
wegetariańskie,
zioła lecznicze
poniedziałek, 26 marca 2018
drzewne smakowitości
„Smakowite drzewa” dostałam w zeszłym roku w prezencie od Potwora. I musiałam trochę ochłonąć, żeby cokolwiek napisać. Gosia Kalemba-Drożdż na pewno jest Wam znana, niezmiennie
polecam jej rozkwiaszczony blog kulinarny.
Zaczyna się od zaskakującego wstępu. Jest aktualny i emocjonalny, a przy tym rozsądny. To kawałek niezłej publicystyki, która odnosi się między innymi do ostatnich wzmożonych wycinek. Autorka nie uczłowiecza przy tym drzew, żeby zagrać na emocjach. Przytacza argumenty biologiczne, znane choćby ze wspaniałej książki „Zmysłowe życie roślin” Daniela Chamowitza albo z bardziej już popowego „Sekretnego życia drzew” Petera Wohllebena, które jest nawet w źródłach.
Wprowadzenie krótko opisuje podstawy budowy drzew i wskazówki ogólne dla zbieraczy. Jest konkretnie i prosto, fachowe słownictwo się nie rozmywa w uproszczeniach, ani nie dominuje, rzadko spotykana równowaga. Nie dotyczy to może akapitu zaczynającego się od drzewnego dzidziusia, ale ten akurat kawałek chętnie przeczytałabym kilkuletniemu dziecku. (Może już niedługo, dzieci tak szybko rosną.) Z resztą dziecięcy fragment kończy się szybko, dalej jest drzewo Schrödingera i tak sobie myślę, czy wywierty dendrochronologów nie godzą tej sprzeczności.
Od opisów gatunków i ich zastosowań nie umiałam się oderwać. Zwięzła teoria, świetna synteza praktyki i zdjęcie liścia lub gałązki w naturalnej skali. Osiemnaście krótkich podrozdziałów z samymi konkretami. I na dokładkę kasztanowiec, umieszczony na drodze wyjątku, bo niejadalny – słuszne odstępstwo ze względu na podobieństwo nazwy do kasztana jadalnego i kuszącą co roku obfitość owoców. Każdej jesieni odpowiadam na pytania, czy owoce kasztanowca są jadalne, więc rozumiem decyzję o szerszym opisaniu ich nieprzydatności w kuchni.
Zdecydowaną większość książki zajmują przepisy. Przetwory, przekąski, sałatki, zupy, dania na ciepło, wypieki, desery, lody, napoje i alkohole. Prawie każdy zawiera komentarz autorki dotyczący smaku lub historii samej receptury, czasem osobisty albo żartobliwy. Bardzo lubię właśnie taki styl, kiedy sposób przygotowania opisany jest równoważnikami, a jednocześnie całość ma dzięki dopiskom mniej formalny charakter. Doceniam!
Naprawdę niezwykłe pomysły na dania sąsiadują z tradycyjnymi. Ale nie pomysłowość jest największą zaletą „Smakowitych drzew”, tylko dzielenie się doświadczeniem, jakiego nie zebrał nikt inny. Kilkanaście gatunków drzew we wszystkich możliwych zastosowaniach i do tego praktyczne patenty kulinarne. (Pewnie wiecie, że kwiatostany sosny są jadalne, ale kto sprawdzał, czy można je mrozić?) Przy pierwszej okazji zerknijcie na przepis ze strony 298 na fermentowane herbaty. Sposoby na ułatwienie fermentacji liści poznałam na warsztatach Gosi i korzystam z nich zawsze.
Wielka zaletą publikacji są też zdjęcia autorki do wszystkich przepisów. Nieprzestylizowane i rzetelne, czyli nie ma możliwości, że jakiś kucharz albo stylista jedzenia dodał losowe zioła dla ozdoby, użył innych metod i zignorował opisany sposób przygotowania (a różnie z tym w Pascalu bywa). Na koniec bibliografia i netografia, dobre źródła.
Czy znalazłam choćby jedną jedyną wadę? Ha! Cytat na okładce, mimo że cenię Klaudynę, jest po prostu niepotrzebny.
Specjalnie sprawdziłam zespół redaktorski w ostatnich książkach Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Ta sama naczelna, więc spójność serii pewnie jest wynikiem długiej dobrej współpracy, ale mam też inną teorię. Że jak autor wydawcy nie przypilnuje, okładki i zakładki, papieru i spisu treści, to różnie bywa. Tu widzę właśnie taki nadzór i chyba się nie mylę. Po prostu dobra robota!
Dla kogo? Sami się poczujcie zmuszeni do zdobycia tej książki, co będę wymieniać.
W kategorii DZIKIE GOTOWANIE W DOMU –> 10/10.
Kalemba-Drożdż Małgorzata (2017). Smakowite drzewa. 147 przepisów na dania z nasion, liści, kambium, kwiatów i pąków polskich drzew. Pascal. Bielsko-Biała
Zaczyna się od zaskakującego wstępu. Jest aktualny i emocjonalny, a przy tym rozsądny. To kawałek niezłej publicystyki, która odnosi się między innymi do ostatnich wzmożonych wycinek. Autorka nie uczłowiecza przy tym drzew, żeby zagrać na emocjach. Przytacza argumenty biologiczne, znane choćby ze wspaniałej książki „Zmysłowe życie roślin” Daniela Chamowitza albo z bardziej już popowego „Sekretnego życia drzew” Petera Wohllebena, które jest nawet w źródłach.
Wprowadzenie krótko opisuje podstawy budowy drzew i wskazówki ogólne dla zbieraczy. Jest konkretnie i prosto, fachowe słownictwo się nie rozmywa w uproszczeniach, ani nie dominuje, rzadko spotykana równowaga. Nie dotyczy to może akapitu zaczynającego się od drzewnego dzidziusia, ale ten akurat kawałek chętnie przeczytałabym kilkuletniemu dziecku. (Może już niedługo, dzieci tak szybko rosną.) Z resztą dziecięcy fragment kończy się szybko, dalej jest drzewo Schrödingera i tak sobie myślę, czy wywierty dendrochronologów nie godzą tej sprzeczności.
Od opisów gatunków i ich zastosowań nie umiałam się oderwać. Zwięzła teoria, świetna synteza praktyki i zdjęcie liścia lub gałązki w naturalnej skali. Osiemnaście krótkich podrozdziałów z samymi konkretami. I na dokładkę kasztanowiec, umieszczony na drodze wyjątku, bo niejadalny – słuszne odstępstwo ze względu na podobieństwo nazwy do kasztana jadalnego i kuszącą co roku obfitość owoców. Każdej jesieni odpowiadam na pytania, czy owoce kasztanowca są jadalne, więc rozumiem decyzję o szerszym opisaniu ich nieprzydatności w kuchni.
Zdecydowaną większość książki zajmują przepisy. Przetwory, przekąski, sałatki, zupy, dania na ciepło, wypieki, desery, lody, napoje i alkohole. Prawie każdy zawiera komentarz autorki dotyczący smaku lub historii samej receptury, czasem osobisty albo żartobliwy. Bardzo lubię właśnie taki styl, kiedy sposób przygotowania opisany jest równoważnikami, a jednocześnie całość ma dzięki dopiskom mniej formalny charakter. Doceniam!
Naprawdę niezwykłe pomysły na dania sąsiadują z tradycyjnymi. Ale nie pomysłowość jest największą zaletą „Smakowitych drzew”, tylko dzielenie się doświadczeniem, jakiego nie zebrał nikt inny. Kilkanaście gatunków drzew we wszystkich możliwych zastosowaniach i do tego praktyczne patenty kulinarne. (Pewnie wiecie, że kwiatostany sosny są jadalne, ale kto sprawdzał, czy można je mrozić?) Przy pierwszej okazji zerknijcie na przepis ze strony 298 na fermentowane herbaty. Sposoby na ułatwienie fermentacji liści poznałam na warsztatach Gosi i korzystam z nich zawsze.
Wielka zaletą publikacji są też zdjęcia autorki do wszystkich przepisów. Nieprzestylizowane i rzetelne, czyli nie ma możliwości, że jakiś kucharz albo stylista jedzenia dodał losowe zioła dla ozdoby, użył innych metod i zignorował opisany sposób przygotowania (a różnie z tym w Pascalu bywa). Na koniec bibliografia i netografia, dobre źródła.
Czy znalazłam choćby jedną jedyną wadę? Ha! Cytat na okładce, mimo że cenię Klaudynę, jest po prostu niepotrzebny.
Specjalnie sprawdziłam zespół redaktorski w ostatnich książkach Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Ta sama naczelna, więc spójność serii pewnie jest wynikiem długiej dobrej współpracy, ale mam też inną teorię. Że jak autor wydawcy nie przypilnuje, okładki i zakładki, papieru i spisu treści, to różnie bywa. Tu widzę właśnie taki nadzór i chyba się nie mylę. Po prostu dobra robota!
Dla kogo? Sami się poczujcie zmuszeni do zdobycia tej książki, co będę wymieniać.
W kategorii DZIKIE GOTOWANIE W DOMU –> 10/10.
Kalemba-Drożdż Małgorzata (2017). Smakowite drzewa. 147 przepisów na dania z nasion, liści, kambium, kwiatów i pąków polskich drzew. Pascal. Bielsko-Biała
piątek, 16 marca 2018
zimowe ciastki
Sypnęło śniegiem, gruba puchówa zasłania wszystko, więc wzdychanie do nowalijek jeszcze się przedłuży. U nas zdążyły ruszyć tylko pokrzywy i stokrotki, a o nie się akurat nie boję, to twarde sztuki. Ta nagła biel za oknem zdaje się usprawiedliwiać kocyk i ciastki. Tak, im dłużej się przyglądam, tym bardziej jestem pewna tego przyzwolenia.
Początkowo planowałam ciasteczka bez czekolady, ale ten apetyczny brąz mąki i cukru złamałby niejedno serce, gdyby okazał się nie mieć nic wspólnego z kakao. Wyszły świetnie, koniecznie spróbujcie.
80 g masła
3 łyżki brązowego cukru
duże jajko
1 łyżeczka domowego ekstraktu waniliowego
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki mąki żołędziowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
50 g gorzkiej czekolady
Masło o temperaturze pokojowej zmiksować z cukrem. Dodać jajko i ekstrakt wanilii. Mąkę, proszek i sól wymieszać dokładnie. Dosypywać partiami i miksować do uzyskania jednolitego, gęstego ciasta. Czekoladę posiekać i wymieszać z resztą. Ciasto przykryć folią i odstawić do lodówki na kilka godzin.
Po tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, jednak nie dociskając zbyt mocno. Układać w średnich odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i każdą kulkę spłaszczyć. Z podanych proporcji powinno wyjść około 20 ciastek. Piec 12–15 minut, wyjmować lekko miękkie, bo stwardnieją przy studzeniu.
Początkowo planowałam ciasteczka bez czekolady, ale ten apetyczny brąz mąki i cukru złamałby niejedno serce, gdyby okazał się nie mieć nic wspólnego z kakao. Wyszły świetnie, koniecznie spróbujcie.
maślane ciasteczka żołędziowe z czekoladą
80 g masła
3 łyżki brązowego cukru
duże jajko
1 łyżeczka domowego ekstraktu waniliowego
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki mąki żołędziowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
50 g gorzkiej czekolady
Masło o temperaturze pokojowej zmiksować z cukrem. Dodać jajko i ekstrakt wanilii. Mąkę, proszek i sól wymieszać dokładnie. Dosypywać partiami i miksować do uzyskania jednolitego, gęstego ciasta. Czekoladę posiekać i wymieszać z resztą. Ciasto przykryć folią i odstawić do lodówki na kilka godzin.
Po tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, jednak nie dociskając zbyt mocno. Układać w średnich odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i każdą kulkę spłaszczyć. Z podanych proporcji powinno wyjść około 20 ciastek. Piec 12–15 minut, wyjmować lekko miękkie, bo stwardnieją przy studzeniu.
sobota, 10 marca 2018
gruzińskie zaklinanie
Dostaliśmy niedawno kilka słoików podlaskiego miodu. Leczy, słodzi i wspaniale smakuje, zwłaszcza spadziowy. Ważne tylko, żeby nie podgrzewać go do temperatury powyżej 40 stopni, aby dobroczynne enzymy pozostały aktywne. Jest jednak kilka okoliczności, które usprawiedliwiają złamanie tej mądrej biochemicznej zasady. Na przykład zdobycie tradycyjnego przepisu gruzińskiego na gozinaki.
Kiedy usłyszałam ostrzeżenie, że ta potrawa wymaga cierpliwości, pomyślałam, że chodzi właśnie o karmelizację miodu. Nic bardziej mylnego. Spróbujcie tylko obrać orzechy włoskie do białego. Właśnie takie uchodzą w Gruzji za eleganckie, zapewniają delikatny smak i podkreślają wyjątkowość tego deseru, pierwotnie obrzędowej potrawy noworocznej. Skoro mają być słodkim zaklęciem przynoszącym zdrowie i pomyślność, muszą wymagać trochę czasu i pracy.
Orzechy uprażyć na patelni z grubym dnem ciągle mieszając. Po 3–4 minutach staną się pachnące, lekko gdzieniegdzie zrumienione, a ciemna skórka będzie się łuszczyć. Trzeba je zostawić do wystudzenia i obrać.
400 g obranych orzechów włoskich
160-200 g miodu wielokwiatowego (albo więcej)
łyżka cukru
mała szczypta soli
Orzechy posiekać nożem; uprażone są kruche i nie sprawiają problemów.
Miód z cukrem podgrzewać na patelni nieustannie mieszając. Użyłam tylko 160 g miodu i uważam to za minimum. Mój sposób na bezproblemową karmelizację to podgrzewanie w sumie około 8 minut i wyłączanie kuchenki, kiedy piana bardzo się podnosi. Karmel jest gotowy, kiedy zgęstnieje i nabierze głębszej bursztynowej barwy. Można wykonać próbę na talerzyku – upuszczona gorąca kropla nie powinna się rozlewać.
Wsypać orzechy, zmniejszyć płomień i gotować mniej więcej 3 minuty mieszając.
Przełożyć gorącą masę na mokrą drewnianą deskę i rozprowadzić równą warstwą o grubości pół centymetra. Warto wykorzystać do tego drewniany wałek do ciasta, również wcześniej zmoczony. Wyrównać krawędzie i posolić po wierzchu. Kroić w romby, trójkąty lub na prostokątne batoniki nożem zanurzanym w ciepłej wodzie. Przed podaniem gozinaki warto zostawić do przeschnięcia na jakiś czas.
Kiedy usłyszałam ostrzeżenie, że ta potrawa wymaga cierpliwości, pomyślałam, że chodzi właśnie o karmelizację miodu. Nic bardziej mylnego. Spróbujcie tylko obrać orzechy włoskie do białego. Właśnie takie uchodzą w Gruzji za eleganckie, zapewniają delikatny smak i podkreślają wyjątkowość tego deseru, pierwotnie obrzędowej potrawy noworocznej. Skoro mają być słodkim zaklęciem przynoszącym zdrowie i pomyślność, muszą wymagać trochę czasu i pracy.
ნიგვზის გოზინაყი
(gozinaki z orzechów włoskich)
Orzechy uprażyć na patelni z grubym dnem ciągle mieszając. Po 3–4 minutach staną się pachnące, lekko gdzieniegdzie zrumienione, a ciemna skórka będzie się łuszczyć. Trzeba je zostawić do wystudzenia i obrać.
400 g obranych orzechów włoskich
160-200 g miodu wielokwiatowego (albo więcej)
łyżka cukru
mała szczypta soli
Orzechy posiekać nożem; uprażone są kruche i nie sprawiają problemów.
Miód z cukrem podgrzewać na patelni nieustannie mieszając. Użyłam tylko 160 g miodu i uważam to za minimum. Mój sposób na bezproblemową karmelizację to podgrzewanie w sumie około 8 minut i wyłączanie kuchenki, kiedy piana bardzo się podnosi. Karmel jest gotowy, kiedy zgęstnieje i nabierze głębszej bursztynowej barwy. Można wykonać próbę na talerzyku – upuszczona gorąca kropla nie powinna się rozlewać.
Wsypać orzechy, zmniejszyć płomień i gotować mniej więcej 3 minuty mieszając.
Przełożyć gorącą masę na mokrą drewnianą deskę i rozprowadzić równą warstwą o grubości pół centymetra. Warto wykorzystać do tego drewniany wałek do ciasta, również wcześniej zmoczony. Wyrównać krawędzie i posolić po wierzchu. Kroić w romby, trójkąty lub na prostokątne batoniki nożem zanurzanym w ciepłej wodzie. Przed podaniem gozinaki warto zostawić do przeschnięcia na jakiś czas.
środa, 28 lutego 2018
lasko-polo
Mróz. Minuspiętnaściestopnibrrr. Noszę na raz dwie czapki i dwie pary rękawiczek. Rano słychać parskanie i nosowe odgłosy samochodów. Mleko w sieni zamarza, kra po nim pływa. A nasz owczarek prośbą ani groźbą nie daje się zaprosić do domu.
Ta mleczna kra sprowokowała mnie do przerobienia jej na gorący napój. Coś zawiesistego, pełnotłustego – kawę z masłem laskowym. Masło można zrobić w domu, to przecież tylko jeden składnik. Orzechy laskowe po podprażeniu dają się pozbawić skórki, a malakser albo blender o dużej mocy powinien sobie poradzić z przerobieniem ich na kremową pastę. Masło laskowe w przepisie można zmienić na każde inne i napić się na przykład kawy arachidowej albo nerkowcowej.
100 ml kawy, może być zbożowa
100 ml gorącego mleka
łyżka masła orzechowego laskowego
(brązowy cukier)
szczypta kakao
pyłek leszczynowy
Kawę zaparzoną w dowolny ulubiony sposób (nie nadaje się tylko plujka) zmiksować z mlekiem i masłem. I cukrem, o ile taką właśnie lubicie. Przelać do filiżanki, posypać kakao i pyłkiem. Podczas picia od czasu do czasu zamieszać.
Ta mleczna kra sprowokowała mnie do przerobienia jej na gorący napój. Coś zawiesistego, pełnotłustego – kawę z masłem laskowym. Masło można zrobić w domu, to przecież tylko jeden składnik. Orzechy laskowe po podprażeniu dają się pozbawić skórki, a malakser albo blender o dużej mocy powinien sobie poradzić z przerobieniem ich na kremową pastę. Masło laskowe w przepisie można zmienić na każde inne i napić się na przykład kawy arachidowej albo nerkowcowej.
kawa bardzo laskowa
100 ml kawy, może być zbożowa
100 ml gorącego mleka
łyżka masła orzechowego laskowego
(brązowy cukier)
szczypta kakao
pyłek leszczynowy
Kawę zaparzoną w dowolny ulubiony sposób (nie nadaje się tylko plujka) zmiksować z mlekiem i masłem. I cukrem, o ile taką właśnie lubicie. Przelać do filiżanki, posypać kakao i pyłkiem. Podczas picia od czasu do czasu zamieszać.
czwartek, 22 lutego 2018
pobazina
Sprawdzam, jak smakuje niepewność, kiedy starego już zaczyna brakować, a nowe jeszcze nie wzeszło. Przednówek to taka pora, która nas nie dotyczy, chyba że szukamy metafor, albo grzebiemy gdzieś głęboko w zbiorowej tożsamości.
Przepis sprzed wieków powinien wyglądać mnie więcej tak: weź mąkę, jaką tam masz, dosyp sproszkowanych kwiatów, żeby jej szybko nie zabrakło, wlej wody, ile ciasto weźmie. Spróbowałam to uzupełnić o przykładowe proporcje. Wyszedł chleb o grahamowej strukturze, łagodny w smaku z wyraźną nutą kwiatowo-zieloną. U mnie domieszka nie jest duża, bo przyjmuje się, że jest możliwe zastąpienie nawet ćwierci mąki, a mimo to niektórym próbującym przeszkadzała.
Zrywanie męskich kwiatostanów leszczyny nie wpłynie na ilość orzechów, o ile nie zerwiemy wszystkich, bo orzechy rozwiną się z żeńskich zapylonych kwiatów. Kotki zbiera się po kilka, tak jak wiszą na gałązkach. Trzeba wybierać nieprzekwitłe i zostawiać na drzewie również niedojrzałe, które łatwo rozpoznać – są krótkie i twarde. Przed rozdrabnianiem warto je podsuszyć rozłożone cienką warstwą.
40 g drożdży piekarskich
50 ml ciepłej wody
1 łyżka mąki
1 łyżeczka cukru
Wymieszać rozczyn i odstawić na około 15 minut, aż urośnie.
600 g mąki pszennej typ 480
350 ml ciepłej wody
2 łyżeczki soli
2 łyżki oleju
75 g męskich kwiatostanów leszczyny
Leszczynowe kotki oczyścić z gałązek i rozetrzeć lub rozdrobnić blenderem. Mąkę wsypać do miski, dodać sól i rozmieszać. Zrobić dołek i wlać do niego rozczyn, wodę i olej, a po niedokładnym rozmieszaniu, wgnieść kwiaty. Zagniatać kilka minut, odstawić w ciepłe miejsce pod ściereczką – do podwojenia objętości. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Ciasto zagnieść krótko, tyle żeby uformować bochenek. Można posmarować go 2 łyżkami mleka, zrobić kilka nacięć ostrym nożem. Przełożyć na blachę i piec 30 minut. Studzić na kratce.
Uwaga, informacje ważne dla alergików. Męskie kwiaty drzew zawierają pyłek, który może uczulać. Przed zjedzeniem potrawy z kwiatów leszczyny trzeba zrobić próbę, czyli zjeść mały kawałek kwiatostanu i obserwować reakcję organizmu.
Mimo, że moje jedyne stwierdzone uczulenie dotyczy kociej sierści/śliny i ma łagodny przebieg, a próby z leszczyną dotąd zawsze wypadały pomyślnie, podczas przygotowania tego chleba, rozdrabniania i próbowania laskowych (nomen omen) kotków, odczuwałam dyskomfort w gardle, wrażenie lekkiego opuchnięcia. Jeżeli wiesz, że pyłki roślin Cię uczulają, to przepis nie dla Ciebie, prawdopodobnie nie warto ryzykować pogorszenia samopoczucia.
Przepis sprzed wieków powinien wyglądać mnie więcej tak: weź mąkę, jaką tam masz, dosyp sproszkowanych kwiatów, żeby jej szybko nie zabrakło, wlej wody, ile ciasto weźmie. Spróbowałam to uzupełnić o przykładowe proporcje. Wyszedł chleb o grahamowej strukturze, łagodny w smaku z wyraźną nutą kwiatowo-zieloną. U mnie domieszka nie jest duża, bo przyjmuje się, że jest możliwe zastąpienie nawet ćwierci mąki, a mimo to niektórym próbującym przeszkadzała.
Zrywanie męskich kwiatostanów leszczyny nie wpłynie na ilość orzechów, o ile nie zerwiemy wszystkich, bo orzechy rozwiną się z żeńskich zapylonych kwiatów. Kotki zbiera się po kilka, tak jak wiszą na gałązkach. Trzeba wybierać nieprzekwitłe i zostawiać na drzewie również niedojrzałe, które łatwo rozpoznać – są krótkie i twarde. Przed rozdrabnianiem warto je podsuszyć rozłożone cienką warstwą.
pobazina, czyli przednówkowy chleb z kwiatami leszczyny
40 g drożdży piekarskich
50 ml ciepłej wody
1 łyżka mąki
1 łyżeczka cukru
Wymieszać rozczyn i odstawić na około 15 minut, aż urośnie.
600 g mąki pszennej typ 480
350 ml ciepłej wody
2 łyżeczki soli
2 łyżki oleju
75 g męskich kwiatostanów leszczyny
Leszczynowe kotki oczyścić z gałązek i rozetrzeć lub rozdrobnić blenderem. Mąkę wsypać do miski, dodać sól i rozmieszać. Zrobić dołek i wlać do niego rozczyn, wodę i olej, a po niedokładnym rozmieszaniu, wgnieść kwiaty. Zagniatać kilka minut, odstawić w ciepłe miejsce pod ściereczką – do podwojenia objętości. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Ciasto zagnieść krótko, tyle żeby uformować bochenek. Można posmarować go 2 łyżkami mleka, zrobić kilka nacięć ostrym nożem. Przełożyć na blachę i piec 30 minut. Studzić na kratce.
Uwaga, informacje ważne dla alergików. Męskie kwiaty drzew zawierają pyłek, który może uczulać. Przed zjedzeniem potrawy z kwiatów leszczyny trzeba zrobić próbę, czyli zjeść mały kawałek kwiatostanu i obserwować reakcję organizmu.
Mimo, że moje jedyne stwierdzone uczulenie dotyczy kociej sierści/śliny i ma łagodny przebieg, a próby z leszczyną dotąd zawsze wypadały pomyślnie, podczas przygotowania tego chleba, rozdrabniania i próbowania laskowych (nomen omen) kotków, odczuwałam dyskomfort w gardle, wrażenie lekkiego opuchnięcia. Jeżeli wiesz, że pyłki roślin Cię uczulają, to przepis nie dla Ciebie, prawdopodobnie nie warto ryzykować pogorszenia samopoczucia.
sobota, 10 lutego 2018
marzę o baże
Przepis pochodzi z książki „Gruziński smak” panów Babunashvilego i Polaka. Według gruzińskiego autora jest nie tyle tradycyjny, co typowy. Czytając jego rodzinną historię cebulowej receptury, przypomniałam sobie, że gotowanie z pustych szafek to moja ulubiona dyscyplina. Więc zrobiłam to po gruzińsku. Zmiany musiały być, zmniejszyłam temperaturę i wydłużyłam czas pieczenia, ale nie wzbogacałam sosu, został w książkowej bardzo prostej wersji, dopasowałam tylko jego ilość do przyzwyczajeń domowników – podaję proporcje na trzy razy mniej.
100 g orzechów włoskich
150 ml wody
ząbek czosnku
pół łyżeczki kurkumy
spora szczypta soli
Zmiksować orzechy z przyprawami, na końcu dodać wodę. Rozdrabniać do uzyskania śmietanowo-musztardowej konsystencji.
1 kg średniej wielkości cebuli
50 ml oliwy
sos baże j. w.
Piekarnik rozgrzać do 230 stopni. Cebule umyć i pokroić w ćwiartki lub na połówki. (Przepis przewiduje pieczenie w łupinach, ale wyjdzie też z obraną cebulą.) Ponakłuwać widelcem i polać oliwą. Piec 30–35 minut, aż będzie miękka. Podawać na ciepło z sosem.
ნიგვზიანი ბაჟე
(gruziński sos orzechowy baże)
100 g orzechów włoskich
150 ml wody
ząbek czosnku
pół łyżeczki kurkumy
spora szczypta soli
Zmiksować orzechy z przyprawami, na końcu dodać wodę. Rozdrabniać do uzyskania śmietanowo-musztardowej konsystencji.
pieczona cebula w sosie baże (bazhe)
1 kg średniej wielkości cebuli
50 ml oliwy
sos baże j. w.
Piekarnik rozgrzać do 230 stopni. Cebule umyć i pokroić w ćwiartki lub na połówki. (Przepis przewiduje pieczenie w łupinach, ale wyjdzie też z obraną cebulą.) Ponakłuwać widelcem i polać oliwą. Piec 30–35 minut, aż będzie miękka. Podawać na ciepło z sosem.
sobota, 3 lutego 2018
kici kici
Dopiero zaczął się luty, a już kwitną pierwsze kwiaty. Dziś w pełnym słońcu żółte kotki leszczyny świeciły jak odblaski na tle drzewnej szarości. Na razie pylą raczej nieśmiało i słusznie, w końcu powinniśmy mieć ciągle zimę, ale ten ich kolor wydał mi się wyjątkowo apetyczny.
Nie miałam dokładnego planu na jedzenie, bo to w terenie nigdy się nie sprawdza, tylko kilka bazowych składników: makaron, wodę, trochę oliwy, sól i pieprz. Szukałam roślin, które będą w jakiś sposób pasowały. Gwiazdnica ani drzewa iglaste tym razem mnie nie porwały, dopiero leszczyna podsunęła pomysł warty realizacji.
Kotki nie są tu tylko elementem przełamującym konsystencję makaronu, bo zamknięty w nich pyłek zawiera też dużo białka i składników mineralnych. Dlatego właśnie należy wybierać kwiatostany nie całkiem dojrzałe – miękko zwisłe ale jeszcze przed otwarciem pylników.
porcja 60–80 g makaronu z „zupki” instant pho
1–2 łyżki oliwy
duża garść męskich kwiatostanów leszczyny
sól, pieprz
ok. 0,5 l wody do przygotowania makaronu
Zagotować na kuchence wodę. Makaron zalać wrzątkiem, posolić i po kilku minutach odcedzić w miejscu pozbawionym roślin.
W suchym naczyniu rozgrzać oliwę, dodać kwiaty i smażyć na chrupko, pod koniec osolić. Wymieszać z makaronem, przed podaniem posypać pieprzem.
Na błyskawiczny makaron ryżowy zaczajam się w większych miastach, bo u nas na wsi nie można go kupić. Ten tu nie zachwycał składem – na 6 składników połowa była z tych zbędnych, niezbyt mile widzianych – dlatego nie polecę firmy i będę szukać lepszego.
Jako kuchenka polowa występuje ikeowy ociekacz ze stali nierdzewnej. Po drobnej modyfikacji, polegającej na wycięciu z boku otworu do dokładania opału w czasie gotowania, służy idealnie. Ma średnicę pasującą do typowych naczyń, pali się sprawnie, dzięki otworom ogień się nie dusi, a po wszystkim blacha szybko stygnie. To prawdopodobnie najlżejsza z dostępnych na rynku kuchenek (i zdecydowanie najtańsza!). Spodziewam się, że nie będzie bardzo trwała, ale to nieduża niedogodność, gdy trzeba nosić cały sprzęt ze sobą. Poza tym nie używam jej znowu tak często.
Okienko było wycinane małą szlifierką kątową, a brzegi zostały zakute do wewnątrz, żeby zabezpieczyć ostre krawędzie. Technologię i wykonanie zawdzięczam Potworowi.
Nie miałam dokładnego planu na jedzenie, bo to w terenie nigdy się nie sprawdza, tylko kilka bazowych składników: makaron, wodę, trochę oliwy, sól i pieprz. Szukałam roślin, które będą w jakiś sposób pasowały. Gwiazdnica ani drzewa iglaste tym razem mnie nie porwały, dopiero leszczyna podsunęła pomysł warty realizacji.
Kotki nie są tu tylko elementem przełamującym konsystencję makaronu, bo zamknięty w nich pyłek zawiera też dużo białka i składników mineralnych. Dlatego właśnie należy wybierać kwiatostany nie całkiem dojrzałe – miękko zwisłe ale jeszcze przed otwarciem pylników.
terenowy makaron ryżowy z leszczynowymi kotkami
na każdą porcję:porcja 60–80 g makaronu z „zupki” instant pho
1–2 łyżki oliwy
duża garść męskich kwiatostanów leszczyny
sól, pieprz
ok. 0,5 l wody do przygotowania makaronu
Zagotować na kuchence wodę. Makaron zalać wrzątkiem, posolić i po kilku minutach odcedzić w miejscu pozbawionym roślin.
W suchym naczyniu rozgrzać oliwę, dodać kwiaty i smażyć na chrupko, pod koniec osolić. Wymieszać z makaronem, przed podaniem posypać pieprzem.
Na błyskawiczny makaron ryżowy zaczajam się w większych miastach, bo u nas na wsi nie można go kupić. Ten tu nie zachwycał składem – na 6 składników połowa była z tych zbędnych, niezbyt mile widzianych – dlatego nie polecę firmy i będę szukać lepszego.
Jako kuchenka polowa występuje ikeowy ociekacz ze stali nierdzewnej. Po drobnej modyfikacji, polegającej na wycięciu z boku otworu do dokładania opału w czasie gotowania, służy idealnie. Ma średnicę pasującą do typowych naczyń, pali się sprawnie, dzięki otworom ogień się nie dusi, a po wszystkim blacha szybko stygnie. To prawdopodobnie najlżejsza z dostępnych na rynku kuchenek (i zdecydowanie najtańsza!). Spodziewam się, że nie będzie bardzo trwała, ale to nieduża niedogodność, gdy trzeba nosić cały sprzęt ze sobą. Poza tym nie używam jej znowu tak często.
Okienko było wycinane małą szlifierką kątową, a brzegi zostały zakute do wewnątrz, żeby zabezpieczyć ostre krawędzie. Technologię i wykonanie zawdzięczam Potworowi.
Etykiety:
drzewa,
dzikie rośliny jadalne,
jadalne kwiaty,
leszczyna,
makaron,
rośliny dziko rosnące,
sprzęt,
w dziczy,
wegańskie,
wegetariańskie
Subskrybuj:
Posty (Atom)








