sobota, 21 kwietnia 2018

mrkva

Wcze­sną wio­sną na wiej­skich dro­gach zwy­kle gapię się na prze­mie­nia­jący się dosłow­nie w oczach kra­jo­braz i zachłan­nie zer­kam na liście. Tylko cza­sem przy­po­mina mi się, żeby spoj­rzeć na jesienne suchlony ster­czące ponad świeżą zie­lo­no­ścią łąki. Brą­zowe patyki nawłoci z tymi ich mio­tłami, dzie­wanny jak kak­tusy, badyle wro­ty­czu cią­gle z kul­kami na koń­cach, pędzle traw. I oczy­wi­ście bal­da­chy dzi­kiej mar­chwi, roz­ło­żone sze­roko i puste albo cią­gle pełne nasion, na prze­mian kulące się w pięść i roz­wi­ja­jące na słońcu. To naj­lep­sza wska­zówka, gdzie szu­kać dzi­kiej mar­chewki.




Nie można jej z niczym pomy­lić. Listki wyglą­dają, jak te z warzyw­niaka, są tylko tro­chę gęściej owło­sione. Pach­nie inten­syw­nie mar­chewką i ma korze­nie koloru… pie­truszki. Tak wła­śnie wyglą­dała mar­chew, zanim powstał pod­ga­tu­nek uprawny o poma­rań­czo­wym kolo­rze. W ogóle całe bogac­two kolo­rów, jakie można (rzadko!) tra­fić na tar­gach, wzięło się od tej pospo­li­tej pra­mar­chewki. I cią­gle możemy spró­bo­wać, jak sma­ko­wała.

Mar­chew zwy­czajna (Dau­cus carota) jest rośliną dwu­let­nią, kwit­nie i owo­cuje w dru­gim roku. Przez pierw­szy rok w korze­niu maga­zy­no­wane są sub­stan­cje odżyw­cze, żeby w nowym sezo­nie roślina mogła szybko wypu­ścić pęd kwia­towy. Dla­tego naj­lep­szą porą na zbiór korzeni jest jesień, przed przy­mroz­kami. Można je zbie­rać też wio­sną. Im wcze­śniej tym lepiej, bo korzeń już nie uro­śnie – roślina teraz zużywa zapasy z każ­dym wypusz­czo­nym liściem – a po wytwo­rze­niu łodygi sta­nie się nie­spe­cjal­nie jadalny.




sałatka z kwiet­nio­wych liści i dzi­kiej mar­chwi


2 gar­ście najmłod­szych list­ków mniszka lekar­skiego
2 gar­ście list­ków ziar­no­płonu przed kwit­nie­niem
6 dzi­kich mar­che­wek
sto­krot­kowe kapary
2 łyżki zim­no­tło­czo­nego oleju rze­pa­ko­wego
1 łyżeczka słod­ka­wej musz­tardy
kwiaty sto­krotki do deko­ra­cji

Zbie­ra­jąc mniszka można wybie­rać naj­młod­sze liście ze środka rozety, albo poszu­kać łagod­niej­szych liści z młod­szych roślin, które rosną w górę, zwy­kle są mało powci­nane i bar­dziej mięk­kie. To takie mle­czowe kiełki. Pro­por­cje zie­le­niny można oczy­wi­ście zmie­niać według smaku. Mlecz nadaje lek­kiej gory­czy, a ziar­no­płon robi za łagodną sałatę i jest pyszny!

Listki dokład­nie umyć i osu­szyć lub odwi­ro­wać. Mar­chewki umyć, deli­kat­nie oskro­bać korze­nie i pociąć na cien­kie uko­śne plasterki. Dodać kapary jako słony akcent. Z oleju i musz­tardy przy­go­to­wać sos, mie­sza­jąc trze­paczką. Połączyć składniki i ude­ko­ro­wać sałatkę koszycz­kami sto­kro­tek.




środa, 18 kwietnia 2018

taki wałek!

Od kiedy poznaliśmy trdelniki na jarmarku w Pradze, planowaliśmy przygotować je własnoręcznie. Tradycyjnie piecze się je na powietrzu nad prawdziwym żarem i taki też był nasz zamiar. Nie mamy eleganckiego grilla specjalnie do tego celu, ale byliśmy pewni, że improwizowane metody ogniskowe się sprawdzą. Niestety, kiedy zagniecione ciasto już wyrastało, deszcz pokrzyżował nam szyki. Wymyśliłam szybko technologię domową wykorzystującą piekarnik.




Poza zamianą węgli na elektrykę, wprowadziłam jeszcze jedną odmianę względem słowackiej (i czeskiej) tradycji. Zamiast cynamonu dodałam korzeń kuklika pospolitego (Geum urbanum), ogrodowego chwastu. To niepozorna i łatwa do usuwania roślina, nie ma zapędów imperialistycznych, ale u nas jest tak pospolita, że rośnie nawet pomiędzy płytami chodnikowymi. Jej korzenie są wyraźnie słodkie, mają aromat goździków i przypraw korzennych. Cynamon na ciastku jest trochę banalny, a ten smak pasuje idealnie jako zastępstwo.




Mam nadzieję, że znajdziecie jeszcze w kuchennych szufladach zwykły drewniany wałek do ciasta, albo najlepiej od razu dwa. Jeżeli spróbujecie upiec trdelnik w ten sposób, szybko przekonacie się, że do tego celu najlepiej sprawdzają się wałki z jednego kawałka drewna, bo łatwiej je obracać. Przyda się też duża metalowa miska. Srebrny kolor wprawdzie rozprasza ciepło i przez to nie obejdzie się bez obracania wałków podczas pieczenia (to dlatego piekarniki są w środku czarne), ale będzie idealnym stelażem i przy okazji wyłapie wszystkie sypiące się okruchy. Koniecznie zróbcie najpierw próbę całego zestawu sprzętu w zimnym piekarniku, żeby mieć pewność, że wszystko pasuje, a drzwiczki się domykają.




trdelník

(proporcje na 4 kuchenne wałki, czyli około 8 porcji)

posypka

200 g orzechów włoskich
100 g brązowego cukru
4-6 rozetek kuklika wyrwanych z korzeniami
(lub tradycyjnie łyżeczka mielonego cynamonu)

Kukliki w całości dokładnie umyć i wysuszyć. Nie odcinać listków, będą służyły do trzymania. Ciąć korzenie nożyczkami od końcówek na jedno-dwumilimetrowe odcinki, zostawiając kawałek od nasady liści, na wypadek, gdyby ukrył się tam piasek. Rozdrobnić blenderem orzechy z cukrem i pociętymi korzonkami (lub cynamonem) na posypkę o strukturze przypominającej bułkę tartą.


ciasto

200 ml ciepłego mleka
2 łyżeczki suchych drożdży

Rozmieszać drożdże w mleku i odstawić na 5 minut.

140 g masła
4 żółtka
100 g białego cukru
700 g mąki
szczypta soli
1 białko do smarowania ciasta
łyżka oleju do natłuszczenia wałków

Masło rozpuścić i ostudzić, żeby było letnie. W sporej misce ubić żółtka z cukrem na jasną, puszystą masę. Ciągle ubijając, dolewać masło, a potem drożdżowy rozczyn. Mąkę przesiać razem z solą i dodać do mokrych składników. Kiedy się połączą, zagniatać minimum 15 minut. Ciasto uformować w kulę i w przykrytej folią misce odstawić do wyrastania w ciepłe miejsce na około godzinę. Będzie raczej twarde i już mu tak zostanie.

Dwa drewniane wałki do ciasta przetrzeć olejem. Piekarnik nagrzać do 180 stopni (termoobieg). Podzielić ciasto na 4 części lub mniejsze kawałki wygodne do wałkowania. Trzymać pod folią albo wilgotną ściereczką. Z każdej części formować wałeczek o średnicy około 1,5 cm, lekko spłaszczać i nawijać na drewniany wałek zawijając oba końce pod ciasto. W razie potrzeby wałeczki sklejać ze sobą, żeby pokryć całą długość wałka. Gotowy wałek odkładać na miskę opierając rączkami o jej brzeg. Po nawinięciu dwóch, posmarować je dookoła roztrzepanym białkiem. Wysypać orzechowo-korzenny cukier na tacę odpowiedniej szerokości i lekko dociskając, obtoczyć ciasto w grubej warstwie posypki. Przekładać wałki na miskę i całość włożyć do piekarnika. Piec około 35 minut, obracając delikatnie w połowie pieczenia. Kroić przed zdjęciem z wałka i gorące jeszcze raz obtoczyć w posypce, tym razem bez dociskania. Jak wałki wystygną, można przygotowywać drugą porcję (albo nie tak od razu, ciasto zawinięte w folię spokojnie poczeka do następnego dnia w lodówce).
Trdelniki najlepsze są ciepłe. Łasuchy mogą posmarować je wewnątrz dżemem, czekoladą albo masłem orzechowym. 




czwartek, 12 kwietnia 2018

czaga

Może słyszeliście o fińskiej herbatce dzięcioła Tikkatee lub syberyjskim naparze z czarnych guzów brzóz leczącym nowotwory. Albo o tajemniczym grzybie, który tak chłonie ogień, że daje się rozżarzyć jedną iskrą z krzemienia, a w dodatku można zaparzyć z niego herbatę łudząco podobną do czarnej i o właściwościach poprawiających nastrój. To wszystko warianty tego samego napoju z błyskoporka podkorowego (Inonotus obliquus).




Błyskoporek czyli czyr pasożytuje na różnych drzewach liściastych, ale zbierany jest wyłącznie z brzóz i ich zasięg występowania wyznacza mu granice. Może rosnąć nawet kilkadziesiąt lat razem z drzewem, które go żywi, jednak powoduje biały rozkład drewna, więc działa na szkodę żywiciela. Wykorzystuje się owocnik widoczny na zdjęciach, tak zwane sklerocjum o czarnej spękanej powierzchni przypominającej zwęglenie i rdzawym wnętrzu grzybni z żółtymi żyłkami. Źródła twierdzą, że najlepsza pora na zbieranie to okres od jesieni do wczesnej wiosny, ale prawdopodobnie wynika tak po prostu z ułatwienia, jakim jest brak liści. Grzyby pozyskane z martwych pni mogą być skażone pleśnią, więc nie są zbierane, tak jak z terenów zanieczyszczonych np. przy drogach o dużym natężeniu ruchu.

Pewną trudność może sprawiać rozróżnienie różnych typów narośli na pniach brzóz. Z daleka na błyskoporka może wyglądać rak drzewny lub czeczota. Pierwsze zjawisko to objaw choroby, przypomina ranę, często zabliźnioną. Czasem towarzyszą mu też inne oznaki, takie jak zmiany w kształcie i rozmiarze liści drzewa. Natomiast czeczota jest wadą drewna, które wprawdzie jest zdrowe, jednak ma nietypową strukturę, jakby skłębionych włókien. Oba typy narośli pokryte są korą jako zewnętrzną warstwą, kryjącą twarde drewno pod spodem, inaczej niż czyr ze swoim korkowatym wnętrzem i kruchą powierzchnią udającą węgiel.




Praktyka ludowa przypisywała temu grzybowi leczenie nowotworów, współczesna fitoterapia potwierdza, że może pomagać, również w chorobach skóry i przewodu pokarmowego, miażdżycy, nadciśnieniu. Korzystnie wpływa na układ odpornościowy i nerwowy oraz ogólnie wzmacnia. Jest bardzo wiele sposobów przyrządzania, a te lecznicze zwykle obejmują nie tylko ekstrakcję wodną, ale też alkoholową, żeby wykorzystać związki nierozpuszczalne w wodzie. Ja skupię się na popijaniu rekreacyjnym i profilaktycznym.

Najpierw tylko jeden ważny szczegół. W Polsce błyskoporek podkorowy podlega ochronie częściowej, ponieważ został sklasyfikowany jako potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. W związku z tym zbieranie go jest nielegalne. Jak sobie z tym radzą zbieracze? Różnie. Pozyskują z brzóz świeżo ściętych w związku z gospodarką leśną. Kupują sproszkowany w zielarniach, przywożą w różnej formie ze Skandynawii albo Rosji. Niektórzy mają zainfekowane drzewa we własnym lesie lub na swojej działce i powołują się na zasady prowadzenia gospodarki lub nawet brak precyzji określenia grzyby dziko występujące. Cała sprawa dotyczy zasad, ale tak naprawdę o wiele bardziej sumienia niż prawa.




Smak błyskoporka jest delikatny i nie tyle herbaciany, co leśny - trochę jak zapach mokrego mchu i kory, trochę ziemisty, mało grzybowy. Bez goryczy. Im ciemniejsze kawałki, tym bardziej nasycony kolor gotowego napoju.

Zdobyty grzyb najpierw trzeba rozdrobnić. Świeże wnętrze daje się ścierać na tarce, z czarnymi wierzchnimi kawałkami albo wysuszoną grzybnią można sobie poradzić za pomocą moździerza lub młynka do kawy, wcześniej rozkruszając na drobniejsze kawałki na przykład młotkiem przez płócienny worek. Wiem też, że niektórzy mielą (świeże lub namoczone) owocniki w maszynce, ale nie próbowałam. Suszyć w temperaturze pokojowej, rozłożone cienką warstwą kawałki lub proszek.


czaga - herbata z błyskoporka podkorowego



fińska Tikkatee (metoda herbatkowa)


0,5-2 łyżeczki proszku na szklankę

Błyskoporka zalać wrzątkiem i zaparzać kilka minut. Pić od razu. Fusy można wielokrotnie zalewać, wydłużając czas parzenia: drugie do 20 minut, trzecie około 45 itd.


prosta metoda zielarska


3 łyżeczki proszku na każdą szklankę wody

Zalać proszek wodą o temperaturze pokojowej, powoli doprowadzić do wrzenia i odcedzić. Pić szklankę raz dziennie.


metoda radziecka


6 łyżeczek proszku na każdą szklankę wody

Przegotowaną wodę doprowadzić do temperatury 50°. Wsypać proszek do termosu i zalać wodą, odstawić na 48 godzin. Przecedzić odciskając fusy przez płótno. Wypijać do 3 szklanek napoju dziennie. Jego trwałość to około 4 dni w lodówce, więc można przygotować od razu ilość na właśnie tyle czasu.


metoda białoruska


2 łyżeczki proszku na 150 ml wody

Proszek zalać ciepłą wodą i odstawić na około 8 godzin (najlepiej na noc). Po tym czasie gotować 15-20 minut i pić małymi porcjami cały dzień.




Ograniczeń w spożywaniu jest bardzo mało. Z powodu braku odpowiednich badań, czagi nie zaleca się kobietom w ciąży. Dla bezpieczeństwa warto przed wypiciem pierwszej szklanki wywaru czy naparu wykonać próbę uczuleniową, szczególnie w przypadku alergii na dowolny inny rodzaj grzybów. No i koniecznie poinformować lekarza o stosowaniu błyskoporka przy podawaniu glukozy lub kierowaniu na badania jej stężenia we krwi.

Na koniec litania nazw alternatywnych: włóknouszek ukośny, huba ukośna, czarna huba brzozowa, czarny guz brzozy, czer, czyr, czaga (чага), czanga, huba skośnorurkowa, czerniak brzozy, czernidło, czyreń, czarcie oko i chaga (tylko w piśmie).

czwartek, 5 kwietnia 2018

chwast-ot-to

Ze sporym zdziwieniem oglądałam dziś naszą kępę roślin inwazyjnych. Bo właściwie nie występuje w przyrodzie coś takiego, jak niewiele podagrycznika, a jeśli już pojawi się w ogrodzie lub warzywniaku, jest go zawsze za dużo. I raczej nikt nie życzy sobie, żeby jego giersz był bujniejszy niż u sąsiada. A tym razem po mojej stronie zdecydowany nieurodzaj, za to za płotem... wybrałam się więc za płot. Nie dajcie się zwieść delikatności tych małych listków, niech nikomu nie będzie ich żal. Pod koniec sezonu znów okażą się zwycięzcami, mimo wiosennego zjadania i systematycznego wysiłku wielu ogrodników, żeby wyplenić to aromatyczne zielsko.




Dość ostry smak podagrycznika (Aegopodium podagraria), jakby marchewkowy, ale pozbawiony słodyczy, nieprzyzwyczajonym warto dawkować ostrożnie. Niech lepiej dołożą listków, jeśli się przekonają. Wcześniej o tej roślinie pisałam TUTAJ.




Dzisiejszy przepis miał być takim typu dwa w jednym - nowe wiosenne risotto jako wykorzystanie zasobów lodówki i pierwszych chwastów, ale przede wszystkim półprodukt do zrobienia arancini. Te małe wytrawne pomarańczki to najlepszy plan na resztki włoskiego ryżu z obiadu. Ugotowałam więc pół kilo ryżu dla pięciu osób, nie przewidziałam tylko, że nic nie zostanie!




risotto z podagrycznikiem i pieczarkami

(jak się okazało na 5 bardzo głodnych osób - normalnie liczyłabym około 9)

500 g ryżu carnaroli
2 litry gorącego bulionu (lub 0,5 l białego wina wytrawnego i 1,5 l bulionu)
5+5 łyżek masła
cebula
3 duże garście młodych listków podagrycznika
500 g pieczarek
60-80 g parmezanu
korzeń pietruszki
pieprz, sól

Ryż wypłukać w bulionie (bulion zachować) i odcedzić. Drobno pokrojoną cebulę zeszklić na 5 łyżkach masła, potem dodać ryż i smażyć kilka minut mieszając. W wersji z winem, dodać je teraz i poczekać, aż odparuje. Dołożyć pokrojone pieczarki i zalać bulionem, niech wszystko gotuje się powoli. Co jakiś czas sprawdzać, czy nie brakuje płynu i wtedy ewentualnie dolewać gorącej wody. Ugotowanie ryżu na półtwardo zajmie co najmniej 20 minut. W tym czasie umyć podagrycznik, kilka listków odłożyć do dekoracji, a resztę zblanszować - tak małym, jak te na zdjęciach, wystarczy zalanie na 3 minuty wrzątkiem. Liście odsączyć i posiekać. Korzeń pietruszki zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Osobno na małych oczkach zetrzeć ser. Kiedy ryż będzie gotowy, a konsystencja półpłynna, wmieszać drewnianą łyżką najpierw zieleninę, a potem pozostałą część masła i parmezan oraz przyprawy. Porcje posypywać pietruszką i dekorować listkami.

Surowa pietruszka świetnie pasuje do podagrycznika, uzupełnia go łagodną słodyczą i orzechowymi nutami, a poza tym wzbogaca konsystencję potrawy. Oczywiście można też posypać talerze dodatkową porcją parmezanu.

poniedziałek, 26 marca 2018

drzewne smakowitości


"Smakowite drzewa" dostałam w zeszłym roku w prezencie od Ciasteczkowego. I musiałam trochę ochłonąć, żeby cokolwiek napisać. Gosia Kalemba-Drożdż na pewno jest Wam znana, niezmiennie polecam jej rozkwiaszczony blog kulinarny.




Zaczyna się od zaskakującego wstępu. Jest aktualny i emocjonalny, a przy tym rozsądny. To kawałek niezłej publicystyki, która odnosi się między innymi do ostatnich wzmożonych wycinek. Autorka nie uczłowiecza przy tym drzew, żeby zagrać na emocjach. Przytacza argumenty biologiczne, znane choćby ze wspaniałej książki "Zmysłowe życie roślin" Daniela Chamowitza albo z bardziej już popowego "Sekretnego życia drzew" Petera Wohllebena, które jest nawet w źródłach.

Wprowadzenie krótko opisuje podstawy budowy drzew i wskazówki ogólne dla zbieraczy. Jest konkretnie i prosto, fachowe słownictwo się nie rozmywa w uproszczeniach, ani nie dominuje, rzadko spotykana równowaga. Nie dotyczy to może akapitu zaczynającego się od drzewnego dzidziusia, ale ten akurat kawałek chętnie przeczytałabym kilkuletniemu dziecku. (Może już niedługo, dzieci tak szybko rosną.) Z resztą dziecięcy fragment kończy się szybko, dalej jest drzewo Schrödingera i tak sobie myślę, czy wywierty dendrochronologów nie godzą tej sprzeczności.




Od opisów gatunków i ich zastosowań nie umiałam się oderwać. Zwięzła teoria, świetna synteza praktyki i zdjęcie liścia lub gałązki w naturalnej skali. Osiemnaście krótkich podrozdziałów z samymi konkretami. I na dokładkę kasztanowiec, umieszczony na drodze wyjątku, bo niejadalny - słuszne odstępstwo ze względu na podobieństwo nazwy do kasztana jadalnego i kuszącą co roku obfitość owoców. Każdej jesieni odpowiadam na pytania, czy owoce kasztanowca są jadalne, więc rozumiem decyzję o szerszym opisaniu ich nieprzydatności w kuchni.

Zdecydowaną większość książki zajmują przepisy. Przetwory, przekąski, sałatki, zupy, dania na ciepło, wypieki, desery, lody, napoje i alkohole. Prawie każdy zawiera komentarz autorki dotyczący smaku lub historii samej receptury, czasem osobisty albo żartobliwy. Bardzo lubię właśnie taki styl, kiedy sposób przygotowania opisany jest równoważnikami, a jednocześnie całość ma dzięki dopiskom mniej formalny charakter. Doceniam!

Naprawdę niezwykłe pomysły na dania sąsiadują z tradycyjnymi. Ale nie pomysłowość jest największą zaletą "Smakowitych drzew", tylko dzielenie się doświadczeniem, jakiego nie zebrał nikt inny. Kilkanaście gatunków drzew we wszystkich możliwych zastosowaniach i do tego praktyczne patenty kulinarne. (Pewnie wiecie, że kwiatostany sosny są jadalne, ale kto sprawdzał, czy można je mrozić?) Przy pierwszej okazji zerknijcie na przepis ze strony 298 na fermentowane herbaty. Sposoby na ułatwienie fermentacji liści poznałam na warsztatach Gosi i korzystam z nich zawsze.

Wielka zaletą publikacji są też zdjęcia autorki do wszystkich przepisów. Nieprzestylizowane i rzetelne, czyli nie ma możliwości, że jakiś kucharz albo stylista jedzenia dodał losowe zioła dla ozdoby, użył innych metod i zignorował opisany sposób przygotowania (a różnie z tym w Pascalu bywa). Na koniec bibliografia i netografia, dobre źródła.




Czy znalazłam choćby jedną jedyną wadę? Ha! Cytat na okładce, mimo że cenię Klaudynę, jest po prostu niepotrzebny.

Specjalnie sprawdziłam zespół redaktorski w ostatnich książkach Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Ta sama naczelna, więc spójność serii pewnie jest wynikiem długiej dobrej współpracy, ale mam też inną teorię. Że jak autor wydawcy nie przypilnuje, okładki i zakładki, papieru i spisu treści, to różnie bywa. Tu widzę właśnie taki nadzór i chyba się nie mylę. Po prostu dobra robota!


Dla kogo?  Sami się poczujcie zmuszeni do zdobycia tej książki, co będę wymieniać.
W kate­go­rii DZIKIE GOTOWANIE W DOMU –> 10/10.

Kalemba-Drożdż Małgorzata (2017). Smakowite drzewa. 147 przepisów na dania z nasion, liści, kambium, kwiatów i pąków polskich drzew. Pascal. Bielsko-Biała



poniedziałek, 19 marca 2018

cokolwiek bądź

Na co jest teraz sezon? Tak naprawdę na resztki zapasów, końcówki gromadzonych za zimę suszy i przetworów, cokolwiek-za-długo-zajmujące-miejsce-w-szafkach. Przypominają o tym ostatnie mrozy i pokrywa śnieżna. U mnie na brązowe i zieloniaste nasionka.
Robimy miejsce na nowe!




krakersy lniano-pokrzywowe


1 szklanka siemienia lnianego
0,5 szklanki wody
2 łyżki nasion pokrzywy
spora szczypta soli

Nasiona pokrzywy zalać gorącą wodą i odstawić do napęcznienia. W tym czasie rozdrobnić siemię za pomocą młynka lub blendera. Nie musi to być konsystencja mąki, ale dobrze, jakby całe ziarna były w mniejszości. Posolić, dodać pokrzywę razem z wodą i dokładnie wymieszać.
Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Wyłożyć masę na blachę pokrytą silikonową matą lub papierem do pieczenia i równo rozprowadzić starając się dociskać. Idealna byłaby grubość około 3 mm. Na brzegach, które zawsze wychodzą luźniejsze, może być trochę grubiej, żeby nie pękały, bo one i tak pieką się najszybciej. Naciąć powierzchnię w kształt krakersów: na prostokąty, romby czy tam trójkąty. Piec 20 minut, w razie potrzeby trochę przedłużyć. Studzić w ciepłym piekarniku uchylając drzwiczki, potem łamać wzdłuż nacięć.

piątek, 16 marca 2018

zimowe ciastki

Sypnęło śniegiem, gruba puchówa zasłania wszystko, więc wzdychanie do nowalijek jeszcze się przedłuży. U nas zdążyły ruszyć tylko pokrzywy i stokrotki, a o nie się akurat nie boję, to twarde sztuki. Ta nagła biel za oknem zdaje się usprawiedliwiać kocyk i ciastki. Tak, im dłużej się przyglądam, tym bardziej jestem pewna tego przyzwolenia.

Początkowo planowałam ciasteczka bez czekolady, ale ten apetyczny brąz mąki i cukru złamałby niejedno serce, gdyby okazał się nie mieć nic wspólnego z kakao. Wyszły świetnie, koniecznie spróbujcie.




maślane ciasteczka żołędziowe z czekoladą


80 g masła
3 łyżki brązowego cukru
duże jajko
1 łyżeczka domowego ekstraktu waniliowego
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki mąki żołędziowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
50 g gorzkiej czekolady

Masło o temperaturze pokojowej zmiksować z cukrem. Dodać jajko i ekstrakt wanilii. Mąkę, proszek i sól wymieszać dokładnie. Dosypywać partiami i miksować do uzyskania jednolitego, gęstego ciasta. Czekoladę posiekać i wymieszać z resztą. Ciasto przykryć folią i odstawić do lodówki na kilka godzin.
Po tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, jednak nie dociskając zbyt mocno. Układać w średnich odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i każdą kulkę spłaszczyć. Z podanych proporcji powinno wyjść około 20 ciastek. Piec 12-15 minut, wyjmować lekko miękkie, bo stwardnieją przy studzeniu.