Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokrzywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokrzywa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2018

cokolwiek bądź

Na co jest teraz sezon? Tak naprawdę na resztki zapa­sów, koń­cówki gro­ma­dzo­nych za zimę suszy i prze­two­rów, cokol­wiek-za-długo-zaj­mu­jące-miej­sce-w-szaf­kach. Przy­po­mi­nają o tym ostat­nie mrozy i pokrywa śnieżna. U mnie na brą­zowe i zie­lo­nia­ste nasionka.
Robimy miej­sce na nowe!




kra­kersy lniano-pokrzy­wowe


1 szklanka sie­mie­nia lnia­nego
0,5 szklanki wody
2 łyżki nasion pokrzywy
spora szczypta soli

Nasiona pokrzywy zalać gorącą wodą i odsta­wić do napęcz­nie­nia. W tym cza­sie roz­drob­nić sie­mię za pomocą młynka lub blen­dera. Nie musi to być kon­sy­sten­cja mąki, ale dobrze, jakby całe ziarna były w mniej­szo­ści. Poso­lić, dodać pokrzywę razem z wodą i dokład­nie wymie­szać.
Nagrzać pie­kar­nik do 180 stopni. Wyło­żyć masę na bla­chę pokrytą sili­ko­nową matą lub papie­rem do pie­cze­nia i równo roz­pro­wa­dzić sta­ra­jąc się doci­skać. Ide­alna byłaby gru­bość około 3 mm. Na brze­gach, które zawsze wycho­dzą luź­niej­sze, może być tro­chę gru­biej, żeby nie pękały, bo one i tak pieką się naj­szyb­ciej. Naciąć powierzch­nię w kształt kra­ker­sów: na pro­sto­kąty, romby czy tam trój­kąty. Piec 20 minut, w razie potrzeby tro­chę prze­dłu­żyć. Stu­dzić w cie­płym pie­kar­niku uchy­la­jąc drzwiczki, potem łamać wzdłuż nacięć.

środa, 4 października 2017

po-krzywe ciastka

Może się to wydać zaskakujące, ale owoce pokrzywy są orzechami, jak nasiona bardzo wielu innych roślin. Są jadalne, bardzo odżywcze, tylko małe. Dlatego przy okazji choćby buszowania pod leszczyną, warto ich trochę zebrać i ususzyć. Tak, razem z tym zielonym (okwiatem), kto by to przesiewał.





kruche ciastka z nasionami pokrzywy

Jeżeli masz swój ulubiony przepis na kruche ciasto, to pomiń moje składniki, proporcje i przygotowanie. Możesz trochę zmniejszyć ilość cukru, np. o 1/4.

350 g mąki krupczatki
180 g zimnego masła
120 g cukru pudru
1 jajko + 1 żółtko
szczypta soli

nasiona pokrzywy na posypkę

Mąkę przesiać, dodać resztę składników i posiekać wszystko nożem, a potem szybko zagnieść kulę. (Oczywiście można też przygotować ciasto w malakserze.) Wstawić do lodówki na co najmniej godzinę. Rozwałkować i wycinać dowolne kształty. Nasiona pokrzywy wysypać cienką warstwą na talerzyk i zanurzać w nich z jednej strony każde ciastko, lekko dociskając. Układać na papierze do pieczenia, nasionami do góry, pamiętając o odstępach. Wstawiać do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika i piec aż się zezłocą - u mnie wyszło około 10 minut.




PS.
Ciekawostka, jedyna pokrzywa na Islandii (jaką widziałam). Tak, jest podpisana po łacinie Urtica dioica, bo znajduje się w ogrodzie botanicznym w Akureyri.

sobota, 20 maja 2017

zielone ryżotto

Jak już robić risotto, to ze wszyst­kimi szy­ka­nami: dobry domowy bulion, białe wino i doj­rze­wa­jący ser. Ale od pew­nego czasu kusiła mnie metoda Kenji, jako mniej pra­co­ch­łonna – bez dole­wa­nia płynu po cho­chli jest naprawdę spryt­niej. I kusiły majowe pokrzywy.




risotto z pokrzywą, miętą i sie­dzu­niem sosno­wym
(4 porcje)

garść suszo­nych kawał­ków sie­dzu­nia
6 łyżek masła
pół cebuli
300 ml bia­łego wina
200 g ryżu arbo­rio
600 ml gorą­cego bulionu
2 szklanki liści pokrzyw
4 gałązki mięty
5 łyżek star­tego par­me­zanu (Džiu­gas też nada się ide­al­nie)
pieprz

sól (jeżeli bulion nie był słony)

Grzyby zalać gorącą wodą i odsta­wić na co naj­mniej godzinę. Odsą­czyć, ale zacho­wać szklankę wody z nama­cza­nia.
Pokrzywę umyć, 5 minut goto­wać i zblen­do­wać razem z list­kami mięty i małym dodat­kiem wody z goto­wa­nia na jed­no­lity prze­cier.
Ryż prze­płu­kać w bulio­nie, odsą­czyć. Pow­stały mętny płyn oczy­wi­ście zacho­wać, domie­szać do niego szklankę wody z nama­cza­nia grzy­bów. Na sze­ro­kiej patelni roz­pu­ścić 3 łyżki masła, dodać odsą­czony ryż i sma­żyć 4 minuty. Cebulę bar­dzo drobno pokroić i dodać do ryżu, mie­sza­jąc pod­grze­wać jesz­cze minutę. Wlać wino, mie­szać, pocze­kać aż odpa­ruje, wtedy dodać grzyby i 700 ml przy­go­to­wa­nego płynu. Reszta przyda się do ewen­tu­al­nego roz­cień­cza­nia. Goto­wać przez około 20 minut, aż płyn się wch­ło­nie, a ryż pozo­sta­nie pół­twardy. Wyłą­czyć kuchenkę, dodać do 3 łyżki masła, starty ser i ener­gicz­nie wymie­szać drew­nianą łyżką. Jeżeli risotto wymaga roz­cień­cze­nia, wyko­rzy­stać pozo­stały płyn. Dodać zie­lony prze­cier, dopra­wić pie­przem i ewentualnie solą. Poda­wać z list­kami mięty, mło­dymi pędami świerka i kwia­tami kur­dy­banka.





czwartek, 9 marca 2017

pizza z chwastem

Zagnio­tłam cia­sto z kila mąki. Aku­rat kiedy wyro­sło, przy­je­chali nie­spo­dzie­wani goście i zapy­tali, czy dla nich też star­czy. No to zagnio­tłam dru­gie tyle. Star­czyło. Była też oszu­kana pizza kala­fio­rowa dla warzywno-owo­co­wych i wegan. I oczy­wi­ście były jadalne chwa­sty.




Natk­nę­li­ście się już na młode pokrzywy? Są od co naj­mniej dwóch tygo­dni. (Zja­dliwe cho­lery. Pies Pipek, dla któ­rego to będzie pierw­sza wio­sna, po któ­rymś pokrzy­wo­wym spa­ce­rze długo wyli­zy­wał łapy.) Rosną wszę­dzie, z roz­po­zna­niem nie ma pro­blemu, a gdy się pomy­śli, jak utrud­nią życie, kiedy znów będą na chłopa wyso­kie, aż się chce rwać. Źró­dło wita­min nie do pogar­dze­nia, a na zry­wa­nie jest pro­sty spo­sób, wystar­czą grub­sze ręka­wiczki – wcale nie jakieś robo­cze, zry­wa­łam w zwy­kłych z gęstej dzia­niny – i ostry nóż. Zbie­rać należy dużo na raz, bo w obróbce tracą obję­tość, jak każda zie­le­nina.




cia­sto na pizzę

1 kg mąki pszen­nej
łyżka soli

3 łyżeczki suszo­nych droż­dży
3 łyżki oleju lub oliwy
650 ml cie­płej wody
łyżka cukru

Mąkę z solą prze­siać do głę­bo­kiej miski w kształt kra­teru. Resztę skład­ni­ków wymie­szać i tak powstały roz­czyn odsta­wić na 10 minut. Wle­wać powoli do mąki, mie­sza­jąc widel­cem – cho­dzi o zgar­nia­nie do mokrego środka suchej mąki z brze­gów miski. Kiedy cia­sto prze­staje się lepić, rękami opró­szo­nymi mąką krótko je zagnieść, ufor­mo­wać w kulę i w tej samej misce odsta­wić na godzinę do wyra­sta­nia w cie­płe miej­sce pod przy­kry­ciem ze ście­reczki. Wyro­śnięte zagnieść, na bla­cie lub stol­nicy lekko posy­pa­nej mąką, wgnia­ta­jąc powie­trze i podzie­lić na por­cje jed­no­bla­chowe. Zwy­kle dzielę na 4 czę­ści, jedna taka ćwiartka pokrywa stan­dar­dową pro­sto­kątną bla­chę pie­kar­nika cienką war­stwą cia­sta. Kiedy chcę grub­sze okrą­głe placki, dzielę kulę na 8. Każdą część trzeba ufor­mo­wać w kulkę, w razie potrzeby pod­sy­pu­jąc mąką. Te do natych­mia­sto­wego zuży­cia (czyli do 20 minut) zosta­wić w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, resztę w zakrę­co­nych folio­wych worecz­kach wło­żyć do lodówki. Można też w takiej for­mie zamro­zić.





pizza z pokrzywą i wio­sen­nymi grzy­bami
(na pla­cek z 1/8 cia­sta)

3 łyżki gęstego prze­cieru pomi­do­ro­wego
ulu­bione zioła np. ore­gano i maje­ra­nek
2 gar­ście roz­drob­nio­nej moz­za­relli albo star­tego łagod­nego sera żół­tego
2 łyżki serka wiej­skiego
pół małej cebuli
pęczek pokrzywy
suszone pomi­dory
wio­senne grzyby (ide­alne byłyby smar­dze, u mnie pło­mien­nice i czarki)
kro­pla oleju do sma­ro­wa­nia bla­chy

Grzyby zanu­rzyć na minutę we wrzątku, pokrzywę ugo­to­wać do mięk­ko­ści (5–10 min) i posie­kać.
Cia­sto roz­wał­ko­wać na gru­bość około pół cen­ty­me­tra lub pal­cami roz­cią­gnąć na posma­ro­wa­nej ole­jem bla­sze. Posma­ro­wać prze­cie­rem i posy­pać zio­łami. Rozło­żyć ser, pla­sterki lub pół­pla­sterki cebuli, pokrzywę, pomi­dory i grzyby. Pie­kar­nik z ter­mo­obie­giem roz­grzać do 250 stopni. Piec około 10 minut.





O pło­mien­nicy zimo­wej, czyli zimówce (na zdję­ciu poni­żej) pisa­łam ostat­nio, wkrótce napi­szę też coś o czar­kach. O ile owoc­niki tych pierw­szych powoli czer­nieją i zamie­rają, sezon na czarki wła­ści­wie dopiero się zaczyna.


niedziela, 2 października 2016

jadalne chwasty - mity o jedzeniu dzikich roślin

Na temat dzi­kich roślin krąży sporo obie­go­wych opi­nii, które w naj­lep­szym razie są pół­praw­dami. Zebra­łam ich 10, niezupeł­nie dla­tego, że ta liczba zawsze dobrze wygląda w takich zesta­wie­niach.


trawa, kwiaty, dzikie rośliny


1. Pożywienie głodowe

Ludzie nie jedzą chwa­stów, bo to koja­rzy im się z gło­dem i wojną – to naprawdę czę­ste stwier­dze­nie, jed­nak nie spo­tka­łam kogoś, kto użyłby tego argu­mentu w odnie­sie­niu do sie­bie. Starsi ludzie, któ­rych sko­ja­rze­nia mogłyby wędro­wać w stronę wspo­mnień o cięż­kim przed­nówku czy oku­pa­cji, opo­wia­dali mi raczej o smaku i kon­sy­sten­cji potraw, pró­bo­wali odtwo­rzyć prze­pisy albo zasta­na­wiali się, jak długo nie jedli jakiejś rośliny. Co cie­kawe, wymie­niali chwa­sty razem z odmia­nami warzyw, któ­rych dziś nie można spo­tkać w skle­pach.

Współ­cze­śnie chyba nie musimy mieć kom­plek­sów na tle poży­wie­nia gło­do­wego. Rośliny dziko rosnące są odżyw­cze, lokalne, dają posmak nowo­ści i nawet jeśli to jesz­cze nie kuli­narny główny nurt, to już pra­wie.




2. Niezbędne warsztaty terenowe

Warsz­taty są fajne (tro­chę się ich ostat­nio naro­biło, są nawet na swój spo­sób modne). Pozwa­lają prze­sko­czyć barierę, która hamuje wielu począt­ku­ją­cych zbie­ra­czy – brak zna­jo­mo­ści wystar­cza­ją­cej liczby gatun­ków roślin i obawę przed ich samo­dziel­nym ozna­cza­niem. Ale na pewno nie są nie­zbędne. Można czer­pać z innych źró­deł i doświad­czeń. Wycho­wani na wsi mają tu łatwiej, tak samo dzieci ogrod­ni­ków i dział­kow­ców. Czę­sto umieją nazy­wać wiele gatun­ków ogro­do­wych, upraw­nych i chwa­stów, ale też łatwiej im się uczyć, gdy dopa­so­wują nazwę do zna­nej sobie rośliny. Kiedy dokład­nie pamięta się ziel­sko ple­niące się mie­dzy krza­kami pomi­do­rów i wiele razy się je wyry­wało, infor­ma­cja, że nazywa się ono żół­tlica, będzie łatwiej­sza do zapa­mię­ta­nia niż jed­no­cze­sne zako­do­wa­nie sobie cech nie­zna­nej rośliny i jej nazwy. Taką wynie­sioną z domu wie­dzę można uzu­peł­niać korzy­sta­jąc z lek­sy­ko­nów i ilu­stro­wa­nych klu­czy do ozna­cza­nia. Tak też można zacząć, jeśli nie brak komuś cier­pli­wo­ści. Pozna­wane gatunki roślin, jak rów­nież te zna­jome od zawsze, warto od razu spraw­dzić pod kątem zasto­so­wa­nia. Mnie najbar­dziej zaj­muje jadal­ność, ale zawsze chęt­nie dowia­duję się o wła­ści­wo­ściach lecz­ni­czych i wszel­kiej innej przy­dat­no­ści. Jeśli cho­dzi o zasto­so­wa­nie kuli­narne, ist­nieje sporo cie­ka­wych ksią­żek (może nie­długo poku­szę się o stwo­rze­nie ran­kingu dostęp­nych pozy­cji) opi­su­ją­cych chwa­sty jako skład­niki, ich przy­go­to­wa­nie i kon­kretne prze­pisy. Innym dobrym źró­dłem wie­dzy jest strona pfaf.org, impo­nu­jąca baza infor­ma­cji w języku angiel­skim.

I wra­ca­jąc do warsz­ta­tów – świet­nie jest wymie­nić doświad­cze­nia, pod­dać nur­tu­jące sprawy pod dys­ku­sję, zna­leźć innych pasjo­na­tów tematu, jeśli wła­śnie tym są warsz­taty. Ćwi­cze­nia audy­to­ryjne ze słono płat­nymi bile­tami wstępu można sobie daro­wać.


kwitnąca pokrzywa, urtica dioica, stinging nettle, jadalne chwasty


3. Prymat pokrzywy

Pokrzywa (Urtica dio­ica) jest jed­no­cze­śnie pożywna i lecz­ni­cza. Znamy tro­chę takich roślin, np. czo­snek, rokit­nik, pra­wo­ślaz, łopian, mięta pie­przowa albo kozie­radka. Każda z nich to super­food o innym dzia­ła­niu. A gdzie prze­waga pokrzywy nad takim choćby pra­wo­śla­zem? Rośnie wszę­dzie, daje się każ­demu bez­błęd­nie roz­po­znać (ała!) i jedze­nie jej ma w sobie coś z prze­kory. Ale naj­waż­niej­sze, że łechce próż­ność – piękne włosy, cera i paznok­cie to rzecz nie do pogar­dze­nia. To nie tyle pokrzywa jest naj­cen­niej­szym z chwa­stów, co tęsk­nota za pięk­nem naj­sil­niej­szą z tęsk­not.


wyka ptasia, vicia cracca, jadalne chwasty, trujące rośliny, dzikie strączkowe


4. Co trujące to niejadalne

Albo odwrot­nie, co jadalne to nie­tru­jące. Mit, jeden z poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych. Po pierw­sze, nie da się roz­pa­try­wać tok­sycz­no­ści bez przy­to­cze­nia dawki, po dru­gie ważna jest część rośliny i jej etap roz­woju, a do tego nie można pomi­nąć osob­ni­czej wraż­li­wo­ści jedzą­cego. Jak się pomy­śli jesz­cze o zanie­czysz­cze­niach i róż­ni­cach w skła­dzie roślin zależ­nych od warun­ków śro­do­wi­ska, wia­domo już, skąd tyle zamie­sza­nia.

Dla przy­kładu kilka roślin tru­ją­cych, które są na tyle oswo­jone, że nie budzą stra­chu: ziem­niak, czarny bez, kalina, śliwa, mak, rukiew wodna. A prze­cież łatwo się zatruć zie­lo­nymi bul­wami ziem­niaka, nie­doj­rza­łymi owo­cami albo zie­lo­nymi czę­ściami bzu, nie­prze­two­rzo­nymi owo­cami kaliny zje­dzo­nymi w więk­szych ilo­ściach, liśćmi śliw, nasio­nami maku odmian nie­po­zba­wio­nych opia­tów albo obja­da­jąc się hur­towo rukwią. Niew­ła­ści­wie lub bez umiaru użyte, szko­dzą. Zupeł­nie tak, jak wiele dzi­kich.
Ziar­no­płonu nie jedz­cie po tym, jak wyda kwiaty, pio­łun sto­suje się tylko w ilo­ściach przy­prawowych, komosę białą zbie­raj­cie tylko naj­młod­szą, a dla pew­no­ści unik­nię­cia foto­uczu­le­nia można ją obgo­to­wać, pamię­taj­cie, żeby mięty polej nie podać cię­żar­nej (a wro­ty­czu użyję do ostat­niego przy­kładu). I tak dalej.

Każdą nową roślinę, rów­nież uprawną, którą zamie­rza się wpro­wa­dzić do diety, należy potrak­to­wać z daleko idącą ostroż­no­ścią. Ist­nieje wie­lo­stop­niowa pro­ce­dura bada­nia jadal­no­ści w warun­kach eks­tre­mal­nych, ale na zwy­kłe potrzeby wystar­czy prze­strze­gać zasady poje­dyn­czego wpro­wa­dza­nia nowo­ści i pró­bo­wa­nia na począ­tek małych dawek. Nie­dawno spraw­dza­łam w ten spo­sób wro­tycz. Młode wio­senne liście z roze­tek przy ziemi są aro­matyczną przy­prawą, ale stare zry­wane z łodygi mogą zaszko­dzić. Ist­nieje taka rodzinna opo­wieść, jak mając kilka lat odcho­ro­wa­łam zbie­ra­nie wro­ty­czu na bukiet – jego żółte kulki zawsze mi się podo­bały. Po nie­daw­nych testach jestem pewna, że dla mnie zjedze­nie naj­mniej­szej ilo­ści liści jest szko­dliwe. Tym bar­dziej łatwo mi uwie­rzyć, że jako małe dziecko mogłam zatruć się śla­do­wymi ilo­ściami roślin­nego soku na łap­kach.


dzika róża, kwiat róży, rosa canina, dog-rose, dzikie rośliny jadalne


5. Zagrożenie dla dzieci

Nie­za­leż­nie od tego, gdzie żyjesz, dookoła rośnie wiele tru­ją­cych roślin, rów­nież śmier­tel­nie tru­ją­cych. Należę do ludzi wycho­wa­nych na świe­żym powie­trzu i mia­łam setki oka­zji do przy­pad­ko­wego zro­bie­nia sobie krzywdy, rów­nież kon­takt z najbar­dziej tru­ją­cymi rośli­nami. I mimo to uwa­żam, że naj­więk­sze zagro­że­nie dla dzieci to brak edu­ka­cji. Kil­ku­la­tek potrafi pojąć, że wśród roślin są warzywa (rów­nież dzi­kie), ale i gatunki szko­dliwe dla jego rączek i brzu­cha. A jeżeli komuś wydaje się, że jego dziecko nie musi uczyć się roślin, bo go to nie doty­czy, jest w błę­dzie. Przed­szkolne żywo­płoty ze śnie­gu­li­czek, cisy przy placu zabaw i miej­skie robi­nie aka­cjowe, datura w ogródku sąsiada albo deko­ra­cyjna gwiazda betle­jem­ska pod cho­inką, wszystko to (i wiele, wiele wię­cej) jest wtedy niebez­pieczne. Rozma­wiajmy z dziećmi, niech się od nas uczą.

I jedna rada. Nigdy, prze­nigdy nie wspo­mi­naj dziecku o jadal­nych osnów­kach owo­ców tru­ją­cego cisu, tak na wszelki wypa­dek. Ono, jak się dowie, będzie MUSIAŁO to spraw­dzić.


modrak, centaurea cyanus, cornflower, jadalne chwasty


6. Słodki jak kwiat

Ist­nieją słod­kie jadalne kwiaty, ale to wcale nie jest stan­dard. Każdy sma­kuje ina­czej, więc warto pró­bo­wać zarówno dzi­kich jak i ogro­do­wych. Chyba najbar­dziej zaska­kują te mniej lub bar­dziej pikantne: lilio­wiec, nastur­cja, wie­sio­łek, goździk oraz nie­cier­pek; szczy­pio­rek i rze­żu­cha rów­nież się do nich zali­czają, ale tu raczej zasko­cze­nia brak. Są też kwiaty sma­ku­jące zie­lono i warzyw­nie: sto­krotka, mie­czyk, cuki­nia, dynia, ogó­recz­nik, robi­nia aka­cjowa. Do kwa­śnych zali­czają się hibi­skus i bego­nia (jest świetna!). Z gorz­ka­wych aro­ma­tycz­nych można wymie­nić nagietka, aksa­mitkę, lilaka, lawendę, zło­cień, pelar­go­nię. Paskud­nie gorzka jest for­sy­cja. Żywiczny aro­mat znaj­dziemy w sło­necz­niku i magno­lii. Niek­tóre jadalne kwiaty mają neu­tralny smak, to mię­dzy innymi jasnota, prze­tacz­nik, polne bratki, cha­ber bła­wa­tek, jabłoń i gru­sza.
Na koniec łagod­nie słod­kie, jak fun­kia, pier­wio­snek, fio­łek, bazy­lia, floks wie­cho­waty, lipa, koni­czyna, a z bar­dziej aro­ma­tycz­nych czarny bez i pach­nące odmiany róż. Bogac­two.


głóg, crataegus, hawthorn, dzikie rośliny jadalne


7. Tylko dla adeptów sztuki przetrwania

Sko­ja­rze­nia z survi­va­lem są jak najbar­dziej na miej­scu. Wie­dza o jadal­nych rośli­nach jest jedną z dzie­dzin, które przy­dają się w tere­nie, gdy odtwa­rza się nie­ko­rzystne warunki do prze­trwa­nia, a w dodatku pozwala zmniej­szyć ekwi­pu­nek. Nie bez zna­cze­nia jest jej wpływ na psy­chikę – pomaga już sama świa­do­mość, że umie się zdo­być poży­wie­nie, ale prak­tyczna umie­jęt­ność zna­le­zie­nia świe­żych przy­praw może podnieść morale nawet zawod­ni­kom zaopa­trzo­nym w kom­plet woj­sko­wych racji żyw­no­ściowych.

Ale to na pewno nie wszystko. Jadalne chwa­sty zapew­niają mnó­stwo zabawy w kuchni, nie­skoń­czoną moż­li­wość eks­pe­ry­men­to­wa­nia i nowych sma­ków. Cią­gle mamy do dys­po­zy­cji poży­wie­nie takie, jak z cza­sów sprzed prze­my­sło­wej pro­duk­cji warzyw. Możemy poszu­kać roślin bar­dzo podob­nych do pra­przod­ków naszych gatun­ków upraw­nych i spraw­dzić, jak bar­dzo różni się dzi­kie od oswo­jo­nego – mar­chewka, czo­snek, cyko­ria a nawet burak. Możemy odkry­wać, zamiast wyłącz­nie powie­lać prze­pisy. Wszystko jedno, czy będziemy myśleć o tym, jak o włą­cze­niu się w modny trend kuli­narny, czy opo­wie­dze­nie się po stro­nie kuchen­nej awan­gardy.

Wspo­mnę jesz­cze o waż­nej spra­wie. Ogra­ni­cze­nie spo­ży­wa­nej żyw­no­ści do tak nie­wielu gatun­ków, które masowo upra­wiamy, nie jest dla nas zdrowe. Wie­rzę w bio­róż­no­rod­ność, rów­nież w sen­sie zdro­wot­nego zna­cze­nia róż­no­rod­no­ści diety.




8. Samowystarczalność

Wielu spraw­dzało. I roz­cza­ro­wa­nych w survi­va­lo­wym śro­do­wi­sku nie bra­kuje: prak­tycz­nie nie da się dłu­go­fa­lowo wyżyć tyko na rośli­nach zbie­ra­nych ze stanu dzi­kiego, bez komer­cyj­nego zaopa­trze­nia. Pierw­szym napo­tka­nym pro­ble­mem praw­do­po­dob­nie byłby brak soli i trud­no­ści w pozy­ski­wa­niu tłusz­czu, który poza funk­cją ener­ge­tyczną, pomaga w przy­swa­ja­niu wita­min. Nie tak łatwo samemu wytło­czyć olej z nasion. W następ­nej kolej­no­ści nale­ża­łoby się liczyć z nie­do­bo­rami białka. Dzi­kie zboża (trawy) i strączki (np. wyka, nie­które gatunki groszku) nie są zbyt wydajne, orze­chy wystę­pują sezo­nowo, a ich zapas nie roz­wią­zuje pro­blemu. Dopiero polo­wa­nie mogłoby zapew­nić źró­dło ener­gii, dobre pro­por­cje białka, tłuszcz przy­datny w przy­go­to­wa­niu potraw i pew­nie jesz­cze towar na wymianę han­dlową… Ale to już nie jest zbie­rac­two, tylko zupeł­nie inna sprawa.




9. Nieprzebadane to niezdrowe

Prze­ba­dane też nie­zdrowe. Kupo­wana w skle­pach żyw­ność zawiera czę­sto pesty­cydy, azo­tany, anty­bio­tyki, deter­genty – ślady całego pro­cesu tech­no­lo­gicz­nego. I nie cho­dzi tu tylko o pro­duk­cję wyso­ko­prze­two­rzo­nych goto­wych pro­duk­tów, ale rów­nież uprawę pie­truszki. Jedze­nie może aku­mu­lo­wać metale cięż­kie ze śro­do­wi­ska i pobie­rać szko­dliwe sub­stan­cje z opa­ko­wań. Bywa kon­ser­wo­wane prze­sad­nie i nie­zdrowo. Bada­nia są wyryw­kowe, normy zostają speł­nione, jedze­nie jest pra­wie bez­pieczne do jedze­nia. Jeżeli razem z kolej­nymi skład­ni­kami zwie­lo­krot­nimy dopusz­czalne dawki szko­dli­wych sub­stan­cji, nie będziemy o tym wie­dzieć.

Tak naprawdę więk­szą kon­trolę mam nad pozy­skaną dziką zie­le­niną, niż tą z super­mar­ketu. Oczy­wi­ście należy wystrze­gać się obsza­rów ska­żo­nych, czyli uni­kać sąsiedz­twa dróg i zakła­dów prze­my­sło­wych oraz pól opry­ski­wa­nych her­bi­cy­dami. Jeżeli znamy histo­rię terenu, na któ­rym zbie­ramy dzi­kie chwa­sty, zacho­wamy roz­sądny odstęp od dróg, a przed zje­dze­niem umy­jemy rośliny, żeby pozbyć się pyłu i zanie­czysz­czeń bio­lo­gicz­nych, mamy spore szanse, że nasze zbiory będą wolne od kilku wad kupo­wa­nego jedze­nia, a poza tym tak świeże i pełne wita­min, jak to tylko moż­liwe. Warto też pamię­tać, że ewen­tu­alne zanie­czysz­cze­nia z gleby odkła­dają się przede wszyst­kim w korze­niach i nie są rów­no­mier­nie roz­pro­wa­dzane przez rośliny – w naziem­nych czę­ściach zie­lo­nych będzie ich mniej, a w kwia­tach i owo­cach pra­wie wcale.


wierzbownica kiprzyca, chamaenerion angustifolium, epilobium angustifolium, fireweed, dzikie rośliny użytkowe


10. Chwasty nie są sexy

Są, a kwiaty nawet bar­dzo. Jeżeli wyobra­żasz sobie potrawy z dzi­kich roślin jadal­nych jako nie­ape­tyczne papki i błot­ni­ste breje, zasta­nów się, czy tak samo myślisz o (pozo­sta­łych) warzy­wach. To tylko ste­reo­typ. Każde da się przy­rzą­dzić i podać w atrak­cyjny spo­sób.

Chwa­sty są nie­za­leżne, potra­fią zaska­ki­wać sma­kiem, mobi­li­zują do zdo­by­wa­nia wie­dzy, mogą leczyć, bajecz­nie kwitną. Nie ma nic bar­dziej sezo­no­wego, lokal­nego, dostęp­nego i odna­wial­nego. Serio.



Moje pro­po­zy­cje potraw z roślin dziko rosną­cych i ozdob­nych znaj­dzie­cie TUTAJ.


Na fot­kach: kwit­nące trawy, żół­tlica pora­sta­jąca tor wąsko­to­rówki, pokrzywa, strączki i liście wyki pta­siej (to roślina jadalna, wymie­niana jako tru­jąca), róża psia, cha­ber bła­wa­tek, kwit­nący głóg, rdest pla­mi­sty, sałata kom­pa­sowa, wierz­bówka kiprzyca.



Czy­jeś doświad­cze­nie potwier­dza moje prze­my­śle­nia? Ktoś się z nimi nie zga­dza? A może zna­cie jesz­cze jakieś mity do roz­pra­co­wa­nia?

czwartek, 9 czerwca 2016

chwasty na warsztat

Z nie­któ­rymi ludźmi aż chcia­łoby się usiąść i poga­dać… o jedze­niu. A że ape­tyt rośnie w miarę gada­nia, to i coś prze­gryźć. To dla­tego wypra­wi­łam się na Pragę, gdzie zapo­wie­działa się Gosia Kalemba-Drożdż z Pink­cake.


warsztaty roślinne, warsztaty kulinarne, dzikie rośliny jadalne, jadalne kwiaty, jadalne rośliny ogrodowe

warsztaty kulinarne, warsztaty roślinne, dzikie rośliny jadalne, przepis na pesto, pesto recipe, edible wilds

warsztaty kulinarne, dzika kuchnia, dzikie rośliny jadalne, przepis na pesto, pesto recipe

warsztaty roślinne, jadalne kwiaty, edible flowers, zuccini flowers


Inspi­ru­ją­cych roz­mów i dobrego – dzi­kiego – jedze­nia ni­gdy dość. A dziś kon­kret­nie nie dość dże­mów kwia­to­wych i świer­ko­wego, her­baty z liści mira­be­lki, lemo­niady bzo­wej, mary­no­wa­nych pącz­ków lipy i pesto z chwa­stów. Chro­bo­tek reni­fe­rowy też niczego sobie. A póź­niej zaglą­da­nie dyni pod spód­nicę i spa­cer po Ska­ry­szaku. Dzięki!


pesto z chwa­stów

kilka garści liści: poda­grycz­nika, pokrzywy, babki lan­ce­to­wa­tej, szcza­wiu, krwaw­nika
ok. 50 g orze­chów wło­skich
2 ząbki czosnku czo­snku
oliwa z oli­wek

Skład­niki zblen­do­wać lub utrzeć na gładki sos, dole­wa­jąc oliwy. Poda­wać na chle­bie albo z maka­ro­nem.