piątek, 30 grudnia 2016

niemiecki przewodnik

„Zioła, jagody i grzyby” dosta­łam od Kaś. Jak sama stwier­dziła, kupu­jąc, spo­dzie­wała się cze­goś więk­szego. Fakt, książka jest nie­wielka, ma 175 stron for­matu A5, ale za to zaska­kuje.

Na okładce wydawca przed­sta­wia ją jako „prze­wod­nik tere­nowy dla sma­ko­szy”. To prze­kła­d z języka nie­miec­kiego, a auto­rzy, jak podaje wydaw­nic­two posia­da­jące prawa do ory­gi­nału, z wykształ­ce­nia są dok­to­rami bio­lo­gii. Tłu­ma­cze­nie, trzeba przy­znać, jest dość zgrabne, ale blurba pisał chyba kto inny. Spe­cy­ficz­nie nie­miec­kich moty­wów nie ma zbyt wiele. Szwaj­car­scy paste­rze, pastor Kne­ipp (musia­łam go zgó­glać, XIX-wieczny bawar­ski hydro­te­ra­peuta), ostrze­że­nie o nie­miec­kich pomni­kach przy­rody. Ger­ma­nie akcen­tują jak zwy­kle ochronę gatun­kową, ale zain­te­re­so­wani i tak muszą śle­dzić na bie­żąco wszel­kie zmiany. Dla przy­kładu bra­kuje infor­ma­cji o ochro­nie czosnku niedź­wie­dziego albo rukwi wod­nej, a pier­wio­snek lekar­ski i szma­ciak gałę­zi­sty już prze­stały być nią objęte. Cie­ka­wostką jest to, że Niemcy nie wspo­mi­nają o barsz­czu z barsz­czu.


przewodnik, dziko rosnące zioła, owoce jagodowe, leśne grzyby, eva maria dreyer, wolfgang dreyer, dreyerowie


Wstęp obej­muje wpro­wa­dze­nie do bota­niki, z koniecz­no­ści mocno uprosz­czone. Jeden podroz­dział doty­czy zna­cze­nia wtór­nych związ­ków roślin­nych i cho­ciaż w sumie nie­wiele z tego wynika, jest cał­kiem cie­kawy. Zagad­nie­nie zanie­czysz­cze­nia zostało ledwo wspo­mniane i tu po bio­lo­gach ocze­ki­wa­ła­bym wię­cej – kon­krety!

Zaska­ku­jący jest podział gatun­ków. Obej­muje rośliny i grzyby typowe dla czte­rech pór roku, ale brak wśród nich zimy. Marzec i kwie­cień opi­sane są jako wio­sna, maj i czer­wiec to wcze­sne lato, lipiec i sier­pień repre­zen­tują peł­nię lata, a wrze­sień i paździer­nik – jesień. Wynika z tego, że pomi­nięta zima to aż 4 mie­siące, cho­ciaż na pocie­sze­nie w opi­sach nie­któ­rych roślin są wska­zówki doty­czące zimo­wych zbio­rów. Ale to nie koniec tego kon­ceptu. Dalej rośliny zielne posor­to­wane są po kolo­rze kwit­nie­nia, kolejno: biały, żółty, czer­wony, nie­bie­ski, zie­lony, a następ­nie opi­sane drzewa i krzewy oraz grzyby. Wew­nątrz każ­dego koloru obo­wią­zuje kolejny porzą­dek, według liczby płat­ków i syme­trii. Na końcu książki znaj­duje się sko­ro­widz, więc da się zna­leźć potrzebne infor­ma­cje, ale szu­ka­nie bez niego spra­wia tro­chę trud­no­ści. Wybór 101 gatun­ków mocno ogra­ni­czył moż­li­wość uży­wa­nia tej książki jako klu­cza do ozna­cza­nia roślin w tere­nie, więc i ten sys­tem nie ma więk­szego zna­cze­nia.

Opisy roślin i grzy­bów są skon­stru­owane według sche­matu: nazwa (ofi­cjalna, regio­nalne, łaciń­ska, rodziny) – opis – okres kwit­nie­nia – śro­do­wi­sko – moż­li­wość pomyłki – zbiór – zasto­so­wa­nie kuli­narne – uwagi. Solid­nie i kon­kret­nie, na jed­nej lub dwóch stro­nach ze zdję­ciami. Wiem, że vox populi żąda barw­nych foto­gra­fii w lek­sy­ko­nach, ale tu dobrze widać, że są nie­do­sko­nałe. Przed­sta­wiają widok z daleka lub za bli­ska, nie uka­zują wszyst­kich klu­czo­wych cech, są nie­rów­no­mier­nie oświe­tlone. To nie tyle przy­tyk do tej kon­kret­nie publi­ka­cji, co raczej wes­tchnie­nie za dobrze opra­co­wa­nymi plan­szami z ilu­stra­cjami we współ­cze­snych książ­kach. Prze­wod­niki Col­linsa można sta­wiać za wzór. Ale jest coś, co fak­tycz­nie można było popra­wić – zdję­cia potraw. Te minia­tury to nie tylko nie jest food porn, ale cza­sem nie widać, co znaj­duje się na tale­rzu. Wła­ści­wie trudno usta­lić, kto za tym stoi, bo spis foto­gra­fów w dziwny spo­sób nie zga­dza się ze stro­nami, ale podej­rze­wam auto­rów.




Prze­pi­sów jest ze 120, więk­szość bez foto­gra­fii. Część znaj­duje się przy opi­sie wyko­rzy­sta­nej rośliny, a wyma­ga­jące uży­cia więk­szej liczby gatun­ków – pod koniec pory roku. Więk­szość dań jest wege­ta­riań­skich, ale są też mię­sne, wszyst­kie prze­zna­czone raczej do goto­wa­nia w domu: zupy, dania główne, przy­stawki, desery, napoje i aro­ma­ty­zo­wane alko­hole, czyli cał­kiem róż­no­rod­nie i raczej tra­dy­cyj­nie. Cał­kiem dobrze opra­co­wane (tylko do stru­dla bym się przy­cze­piła), wszyst­kie zakła­dają przy­go­to­wa­nie 4 por­cji. Ale uwaga – wydaje się, że cokol­wiek zapie­czone w for­mie do sufle­tów zostało nazwane sufle­tem. Wystę­pu­jącą często w prze­pi­sach gazę młyń­ską, nie­mal nie­moż­liwą do zdo­by­cia deta­licz­nie, można zastą­pić zło­żoną gazą opa­trun­kową.

Sporo maru­dze­nia, czy mi się wydaje? Książka jest naprawdę dobra! No to krótko o plu­sach:
* opisane rośliny i grzyby wystę­pu­ją w Pol­sce,
* for­mat zachęca do wzię­cia na spa­cer przy ład­nej pogo­dzie,
* opisy cech cha­rak­te­ry­stycz­nych roślin uzu­peł­niają foto­gra­fie,
* nie­źle opi­sane moż­li­wo­ści pomyłki przy ozna­cza­niu gatun­ków,
* cał­kiem przy­datne uwagi,
* wśród 21 grzy­bów są obok pospo­li­cie zna­nych też te rzadziej roz­po­zna­wane,
* oprócz prze­pi­sów książka zawiera wska­zówki ogólne na temat wyko­rzy­sta­nia w kuchni,
* brak błę­dów (do dobra, zna­la­złam jeden w nazwie związku che­micz­nego, nie­groźny),
* przy­znaję, że się paru rze­czy nauczy­łam i na pewno do niej wrócę.

Praw­do­po­dob­nie do zalet miała się zali­czać też linijka z tyłu okładki (17 cm), mnie tylko roz­śmie­szyła, poza tym jej prak­tycz­ność ogra­ni­cza odwró­ce­nie podziałki od kra­wę­dzi. Uśmiech wywo­łało też kilka sfor­mu­ło­wań np. „burzowe jesienne wie­czory”, „korzenny” smak czosnku i „owo­cowy zapach” pod­grzybka bru­nat­nego oraz zda­nie „mary­no­wane w occie [podgrzybki zajączki] pra­wie dorów­nują mary­na­tom owo­co­wym”. Co kto lubi.

Dla kogo? Śred­nio- i mało­za­awan­so­wa­nych zbie­ra­czy.
W kate­go­rii DZIKIE GOTOWANIE W DOMU –> 7/10.


Dreyer Eva Maria, Dreyer Wol­fgang (2009). Zioła, jagody i grzyby. Roz­po­zna­nie, zbiór i zasto­so­wa­nie. Ofi­cyna Wydaw­ni­cza Delta W-Z. War­szawa

środa, 21 grudnia 2016

jesień plecień

No i po jesieni. Nie była zła, dała żyć stokrotkom i złocieniom, w ogóle zostawiła całkiem sporo jedzenia na pokuszenie. Tylko czasu brakło, a czasem światła.
Na pamiątkę doniczkowy kot i jeszcze kilka jesiennych kadrów.










środa, 30 listopada 2016

kocykowe jedzenie

Na dzień z burym świa­tłem, kiedy mię­dzy uszami prze­pły­wają chmury. Wszystko jedno, czy na zewnątrz plu­cha i listo­pa­dowy wiatr, czy roz­mok­nięty sier­pień i 10 stopni. Kiedy nic tylko się zwi­nąć w kłę­bek, robię leniwe. Nie ape­tyczne, kopyt­ko­wate ser­niczki, tylko grud­ko­wate klu­chy o nie­zbyt okre­ślo­nym kształ­cie. Naj­lep­sze na świe­cie, mięk­kie, nie za słod­kie i pach­nące wani­lią.




ide­alne leniwe

0,5 kg twa­rogu pół­tłu­stego
2 duże jajka
szklanka mąki
łyżka domo­wego cukru wani­lio­wego (ewen­tu­al­nie kup­nego wani­li­no­wego)
sól do goto­wa­nia

Białko jajka ubić na sztywną pianę, a twa­róg roz­gnieść widel­cem. Wymie­szać biały ser, żółtka, mąkę i cukier, na końcu dodać pianę. Tra­dy­cyjna pro­ce­dura wygląda tak: rolo­wa­nie na pod­sy­pa­nej mąką stol­nicy, spłasz­cza­nie wałka z góry, kro­je­nie w kopyt­kowe kawałki i odkła­da­nie oddziel­nie, żeby się nie skle­iły, a na koniec wrzu­ca­nie poje­dyn­czo do gotu­ją­cej się oso­lo­nej wody.

Masa się mocno klei i ufor­mo­wa­nie wałecz­ków wymaga spo­rej ilo­ści mąki do pod­sy­pa­nia, więc żeby klu­chy wyszły lżej­sze można zro­bić pro­ściej: nakła­dać cia­sto łyżką na wrzą­tek. Trzeba wtedy dobrze doci­snąć por­cję cia­sta, żeby nie roz­pa­dło się w goto­wa­niu.
Kilka minut po wypły­nię­ciu klu­ski są gotowe.


Podaję je z masłem i szczyptą cukru, jak w moim ulu­bio­nym nie­ist­nie­ją­cym już barze mlecz­nym, ale zwo­len­nicy tar­tej bułki albo cyna­monu niech dopra­wiają, jak chcą.
I ni­gdy nie foto­gra­fuję, w końcu nie do tego służy com­fort food.

niedziela, 27 listopada 2016

bukiew

Są takie orze­chy, o któ­rych się foodies nie śniło.

Kiedy po raz pierw­szy zna­la­złam pod nogami kol­cza­ste łupiny kasz­tana jadal­nego, byłam mała i prze­ko­nana, że to jakaś odmiana buka. Kasz­tany raz już jadłam – były łyse, brą­zowe i Zuzanna lubiła je tylko jesie­nią. Za to nie­duże buki o czer­wo­nych liściach rosły w parku nie­mal razem ze mną i ich trój­gra­nia­ste orze­chy scho­wane w dra­pa­tych toreb­kach sma­ko­wały tro­chę jak lesz­czy­nowe, a tro­chę nie­po­dob­nie do niczego.




Fak­tycz­nie, kasz­tany jadalne są bli­skimi krew­nymi buków, a te nieuprawne mają mniej­sze owoce niż znane ze skle­pów, ale tak samo obro­śnięte dłu­go­kol­cza­stą okrywą, czy to w Polsce, czy na Bał­ka­nach. Kol­cza­ste śród­ziem­no­mor­skie dęby też ujaw­niają pewne podo­bień­stwo nasion i to rów­nież zga­dza się z sys­te­ma­tyką.




Leśne buki owo­cują dopiero po kilku dzie­się­cio­le­ciach i też nie w każ­dym roku obfi­cie. Bukiew dojrzewa i opada w październiku i listopadzie. Ile orze­chów można zebrać, jak już się trafi nasienny rok? Leśnicy liczą, że 40 kg z hek­tara, czyli naj­mniej z gatun­ków drzew słu­żą­cych do zale­sień, ale oni mają swoje drze­wo­stany nasienne i pra­wie prze­my­słowe metody (gale­ria ze zbio­rów w jed­nym z nad­le­śnictw – KLIK). Oczy­wi­ście ten zbiór nie służy gro­ma­dze­niu poży­wie­nia, tylko nasion do pro­duk­cji sadzo­nek. Do chru­pa­nia na spacerze wystar­czy garść, którą też nie tak łatwo uzbie­rać, jak się wydaje, bo w tym roku tra­fiało się wiele pustych nasion.




Surowe orze­chy w małych ilo­ściach nie są szko­dliwe, ale jakby udały się więk­sze zbiory, wyłu­skane nasionka należy krótko pod­pra­żyć np. na patelni lub dodać do wypie­ków, wtedy roz­kłada się fagina i można ich jeść ile wle­zie. Albo zamiast pod­grze­wać, wyci­snąć na zimno olej – kie­dyś na pewno to zro­bię.

środa, 16 listopada 2016

ten który siedzi

Siedzuń sosnowy to najładniejsza nazwa tego grzyba (Sparassis crispa). Kaś nazywa go, też słusznie, szmaciak gałęzisty, a babcia Potwora zawartość naszego koszyka określiła jako kozią brodę. Mimo to musieliśmy udowadniać w domu, że jest jadalny. Atlas, który nam do tego posłużył, tłumaczony z niemieckiego leksykon, twierdzi, że jest podobny do - uwaga! - przycupniętej kwoki.




Grzyb może być tak duży, że jeden starczy na spory posiłek - nie tylko kształtem przypomina kalafiora, jest również podobnych rozmiarów. Smakuje leśnie i orzechowo, a szczególnie sprawdza się w potrawach, których nie chcemy zabarwić wywarem z ciemnych grzybów. Nadaje się do duszenia, suszenia i marynowania. Ponieważ jest delikatny i chrupiący, wystarczy krótka obróbka termiczna.




siedzuń na maśle

siedzuń sosnowy
2 łyżki masła
cebula
ząbek czosnku
sól, pieprz

Siedzunia starannie oczyścić - można go wypłukać i zostawić do obeschnięcia. Podzielić na niewielkie kawałki. Cebulę drobno pokroić. Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę, a kiedy zacznie się rumienić, dołożyć przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać rozdrobnionego grzyba i sporo posolić. Smażyć nie dłużej niż 5 minut. Przed podaniem oprószyć pieprzem.





Suszenie jest jeszcze prostsze - pokrojony grzyb świetnie schnie na grzejniku w kuchni.

Polecam też risotto z suszonym siedzuniem sosnowym, w którym majowe chwasty można zastąpić np. szpinakiem.

niedziela, 13 listopada 2016

ciernisty barbarzyńca

Zaję­łam się wszyst­kim, a dużo tego wszyst­kiego i nie zebra­łam ber­be­rysu. Oba­wia­łam się, że po przy­mroz­kach i pierw­szym śniegu się roz­paćka, ale nic mu nie jest. Jak kto nazbyt ostrożny, może zbie­rać nie­doj­rzały we wrze­śniu, mi bar­dziej odpo­wiada smak doj­rza­łego. Kwa­śno-słodki, cierp­kawy i orzeź­wia­jący. Można go porów­nać do aro­nii – nie każ­demu od razu przy­pad­nie do gustu, ale warto się prze­ko­nać.




Ber­be­rys rośnie dziko w naszym klimacie, ale ni­gdy go nie spo­tka­łam na sta­no­wi­sku natu­ral­nym. Za to sadzony jest jako kol­cza­sty żywo­płot w par­kach, ogro­dach, na cmen­ta­rzach. Spo­dzie­wa­łam się, że na wsi trudno będzie mi zna­leźć choćby jeden krzak (rdza zbo­żowa i te sprawy), a jed­nak. Jest z czego zro­bić zapas.




Owoce ber­be­rysu wyglą­dają jak minia­turki jagód dzi­kiej róży. Dostar­czają wita­min, wzmac­niają, odtru­wają, spę­dzają gorączkę, dzia­łają moczo­pęd­nie i mogą poma­gać w kaszlu. Ale nie wolno ich sto­so­wać w ciąży.




Ber­be­rys zwy­czajny (Ber­be­ris vul­ga­ris) to bli­ski krewny maho­nii. Jego owoce można wyko­rzy­stać do zro­bie­nia nalewki z TEGO prze­pisu. Tra­dy­cyj­nie w Pol­sce przy­rzą­dzano z nich też kon­fi­tury, dżemy, soki, kom­poty i gala­retki. Mi na począ­tek zachciało się per­skiej przy­prawy owo­co­wej. Jej sze­lesz­cząca nazwa ozna­cza po pro­stu ber­be­rys.




zereszk (zere­shk)

Owoce ber­be­rysu umyć i prze­brać. Pozbyć się ogon­ków i wszyst­kich prze­bar­wio­nych jagód – ciemna bli­zna po kolcu może zostać, ale poczer­niały czu­bek abso­lut­nie nie. Rozło­żyć poje­dyn­czą war­stwą i suszyć nie prze­kra­cza­jąc 40°C. Wysu­szone owoce powinny być pomarsz­czone, ale czer­wone i ela­styczne.

Tra­dy­cyj­nie zereszk dodaje się do ryżu z sza­fra­nem, kur­czaka i świą­tecz­nych dań. Można go namo­czyć przed doda­niem do potrawy, albo prze­sma­żyć na kla­ro­wa­nym maśle (sło­dząc lub nie). Obec­nie popu­larny jest jako doda­tek do owsia­nek i dese­rów.





W Ira­nie upra­wiana jest bez­pest­kowa odmiana ber­be­rysu, ale owoce dzi­kich krze­wów też były uży­wane jako przy­prawa, więc można je sobie wydrylować (żmudne zajęcie) albo nie.

niedziela, 30 października 2016

pamiętajcie o ogrodach

W tym roku jesień była łaskawa i liście miło­rzębu zanim opa­dły, prze­bar­wiły się żółto. Ład­nie im w tym kolo­rze, ale cho­dzi o coś wię­cej – dopiero takie liście nadają się na anti­do­tum na jesień. Napój na sen­ność, spa­dek formy i zimne stopy




Miło­rząb dwu­kla­powy (Ginkgo biloba) nie rośnie u nas dziko, pocho­dzi z Chin (cho­ciaż nazywa się go japoń­skim), ale bywa sadzony w ogro­dach. Z punktu widze­nia bota­niki to bar­dzo inte­re­su­jąca roślina: spo­krew­niony z igla­kami, jego liście podobne są do nie­roz­dzie­lo­nych igieł, relikt – ostatni z wymar­łej klasy, no i jest roz­dziel­no­pł­ciowy




Miło­rząb popra­wia ukrwie­nie mózgu i mię­śni, chroni nerwy, a sto­so­wany powy­żej 3 mie­sięcy może popra­wić pamięć. Ide­al­nie pasuje do yerba mate i her­baty, a jego dzia­ła­nie lubi się ze słod­kim.

Nie­stety, są też prze­ciw­wska­za­nia. Jest odra­dzany kobie­tom w ciąży i przy pro­ble­mach z krze­pli­wo­ścią krwi. (Źró­dło TUTAJ.) U mnie już wszy­scy wie­dzą, kogo nie czę­sto­wać.




ene­gre­ty­zu­jąca her­batka z miło­rzębu na jesień

łyżeczka suszu na fili­żankę
miód

Liście zbie­rać, dopiero kiedy zżółkną. Suszyć w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, roz­drob­nione zale­wać wrząt­kiem i zapa­rzać pół godziny. Po tym cza­sie dosło­dzić mio­dem.





Sam napar ma smak bar­dzo deli­katny, podobny do łagod­nej zie­lo­nej her­baty. Miód byłby zbędny, ale tu jest skład­ni­kiem odżyw­czym dla mózgu i wzmac­nia­ją­cym odpor­ność. Wega­nie mogą użyć odro­biny glu­kozy.

niedziela, 9 października 2016

tarkowa ciociówka

Tra­dy­cja wygląda tak: co roku wybie­ram jeden prze­pis od cioci i robię nalewkę. Nie ma zmi­łuj i że ja jestem z innej szkoły, prze­pis trzeba potrak­to­wać wier­nie, a przy naj­bliż­szej oka­zji poczę­sto­wać cio­cię. Na szczę­ście recep­tury nalew­kowe prze­cho­wały to, co książki kuchar­skie od dawna omi­jają – wyko­rzy­sta­nie dzi­kich roślin. Owoce tar­niny, czyli tarki, uzbie­ra­łam wra­ca­jąc z ryko­wi­ska, a więc nadro­bi­łam zeszło­roczne zanie­dba­nie.




najprostsza tarninówka

0,5 kg owoców tarniny
szklanka cukru
2 szklanki wódki

Prze­mro­żone natu­ral­nie lub w zamra­żal­niku tarki zasy­pać cukrem i od razu zalać alko­ho­lem. Odsta­wić na co naj­mniej 6 tygo­dni, aż nalewka nabierze koloru, co kilka dni wstrzą­sa­jąc. Po tym cza­sie prze­fil­tro­wać i zosta­wić do doj­rze­wa­nia pół roku.



dzikie śliwki, śliwa tarnina, jadalne dzikie owoce, prunus spinosa, edible blackthorn

czwartek, 6 października 2016

mahoniówka

Poprzedni napój z maho­nii był bez­al­ko­ho­lowy, to teraz coś dla miło­śni­ków pro­cen­tów. Tylko uwaga, nie­ostrożne zbie­ra­nie owo­ców zosta­wia ślady jak walka wręcz z kotem.
Maho­nia to nazwa łaciń­ska (Maho­nia aqu­ifo­lium), po pol­sku roślina nazywa się ościał pospo­lity, ale jakoś trudno mi się prze­sta­wić, bo dotąd uży­wa­łam żeń­skiej nazwy


mahonia pospolita, ościał pospolity, krzewy owocowe, jadalne rośliny ogrodowe


Są dwie szkoły nalew­kowe. Zasy­py­wa­nie cukrem na począ­tek lub zale­wa­nie alko­holem. Wydaje się, że to pierw­sze pozwala uzy­skać szybko kolo­rowy alko­hol ze sporą zawar­to­ścią soku owo­co­wego, ale drugi spo­sób lepiej dba o wyko­rzy­sta­nie ewen­tu­al­nie dobro­czyn­nych sub­stan­cji, rów­nież natu­ral­nych barw­ni­ków. A maho­nia z dobrych rze­czy ma poli­fe­nole, jedze­niowe prze­ciw­u­tle­nia­cze, wspo­ma­ga­jące układ krą­że­nia i chro­niące przed nowo­two­rami. No to nalewka też będzie miała.

Inną decy­zją do pod­ję­cia był spo­sób przy­spie­sza­nia eks­trak­cji. Można roz­gnia­tać, ja zde­cy­do­wa­łam się na mro­że­nie. Wia­domo, woda w owo­cach się roz­sze­rza zama­rza­jąc, roz­bija tkanki od wewnątrz, skład­niki są lepiej dostępne. Dla­tego zamiesz­kały w zamra­żarce na kilka dni.


nalewka z owo­ców maho­nii

0,75 litra prze­mro­żo­nych owo­ców
wódka do 40% – dopeł­nie­nie do litra
100 g cukru (albo podobna ilość miodu) x2

Owoce zalać wódką i odsta­wić na tydzień. Po tym cza­sie dodać pierw­szą par­tię cukru lub miodu i mie­szać, aż się roz­pu­ści. Po mie­siącu zlać i dodać drugą dawkę słod­ko­ści, a jeśli będzie to miód, będzie potrzebna jesz­cze fil­tra­cja po tygo­dniu. Nalewka powinna doj­rze­wać jesz­cze kilka mie­sięcy – tra­dy­cyj­nie wstrzy­my­wać się z pró­bo­wa­niem ile się da.

niedziela, 2 października 2016

jadalne chwasty - mity o jedzeniu dzikich roślin

Na temat dzi­kich roślin krąży sporo obie­go­wych opi­nii, które w naj­lep­szym razie są pół­praw­dami. Zebra­łam ich 10, niezupeł­nie dla­tego, że ta liczba zawsze dobrze wygląda w takich zesta­wie­niach.


trawa, kwiaty, dzikie rośliny


1. Pożywienie głodowe

Ludzie nie jedzą chwa­stów, bo to koja­rzy im się z gło­dem i wojną – to naprawdę czę­ste stwier­dze­nie, jed­nak nie spo­tka­łam kogoś, kto użyłby tego argu­mentu w odnie­sie­niu do sie­bie. Starsi ludzie, któ­rych sko­ja­rze­nia mogłyby wędro­wać w stronę wspo­mnień o cięż­kim przed­nówku czy oku­pa­cji, opo­wia­dali mi raczej o smaku i kon­sy­sten­cji potraw, pró­bo­wali odtwo­rzyć prze­pisy albo zasta­na­wiali się, jak długo nie jedli jakiejś rośliny. Co cie­kawe, wymie­niali chwa­sty razem z odmia­nami warzyw, któ­rych dziś nie można spo­tkać w skle­pach.

Współ­cze­śnie chyba nie musimy mieć kom­plek­sów na tle poży­wie­nia gło­do­wego. Rośliny dziko rosnące są odżyw­cze, lokalne, dają posmak nowo­ści i nawet jeśli to jesz­cze nie kuli­narny główny nurt, to już pra­wie.




2. Niezbędne warsztaty terenowe

Warsz­taty są fajne (tro­chę się ich ostat­nio naro­biło, są nawet na swój spo­sób modne). Pozwa­lają prze­sko­czyć barierę, która hamuje wielu począt­ku­ją­cych zbie­ra­czy – brak zna­jo­mo­ści wystar­cza­ją­cej liczby gatun­ków roślin i obawę przed ich samo­dziel­nym ozna­cza­niem. Ale na pewno nie są nie­zbędne. Można czer­pać z innych źró­deł i doświad­czeń. Wycho­wani na wsi mają tu łatwiej, tak samo dzieci ogrod­ni­ków i dział­kow­ców. Czę­sto umieją nazy­wać wiele gatun­ków ogro­do­wych, upraw­nych i chwa­stów, ale też łatwiej im się uczyć, gdy dopa­so­wują nazwę do zna­nej sobie rośliny. Kiedy dokład­nie pamięta się ziel­sko ple­niące się mie­dzy krza­kami pomi­do­rów i wiele razy się je wyry­wało, infor­ma­cja, że nazywa się ono żół­tlica, będzie łatwiej­sza do zapa­mię­ta­nia niż jed­no­cze­sne zako­do­wa­nie sobie cech nie­zna­nej rośliny i jej nazwy. Taką wynie­sioną z domu wie­dzę można uzu­peł­niać korzy­sta­jąc z lek­sy­ko­nów i ilu­stro­wa­nych klu­czy do ozna­cza­nia. Tak też można zacząć, jeśli nie brak komuś cier­pli­wo­ści. Pozna­wane gatunki roślin, jak rów­nież te zna­jome od zawsze, warto od razu spraw­dzić pod kątem zasto­so­wa­nia. Mnie najbar­dziej zaj­muje jadal­ność, ale zawsze chęt­nie dowia­duję się o wła­ści­wo­ściach lecz­ni­czych i wszel­kiej innej przy­dat­no­ści. Jeśli cho­dzi o zasto­so­wa­nie kuli­narne, ist­nieje sporo cie­ka­wych ksią­żek (może nie­długo poku­szę się o stwo­rze­nie ran­kingu dostęp­nych pozy­cji) opi­su­ją­cych chwa­sty jako skład­niki, ich przy­go­to­wa­nie i kon­kretne prze­pisy. Innym dobrym źró­dłem wie­dzy jest strona pfaf.org, impo­nu­jąca baza infor­ma­cji w języku angiel­skim.

I wra­ca­jąc do warsz­ta­tów – świet­nie jest wymie­nić doświad­cze­nia, pod­dać nur­tu­jące sprawy pod dys­ku­sję, zna­leźć innych pasjo­na­tów tematu, jeśli wła­śnie tym są warsz­taty. Ćwi­cze­nia audy­to­ryjne ze słono płat­nymi bile­tami wstępu można sobie daro­wać.


kwitnąca pokrzywa, urtica dioica, stinging nettle, jadalne chwasty


3. Prymat pokrzywy

Pokrzywa (Urtica dio­ica) jest jed­no­cze­śnie pożywna i lecz­ni­cza. Znamy tro­chę takich roślin, np. czo­snek, rokit­nik, pra­wo­ślaz, łopian, mięta pie­przowa albo kozie­radka. Każda z nich to super­food o innym dzia­ła­niu. A gdzie prze­waga pokrzywy nad takim choćby pra­wo­śla­zem? Rośnie wszę­dzie, daje się każ­demu bez­błęd­nie roz­po­znać (ała!) i jedze­nie jej ma w sobie coś z prze­kory. Ale naj­waż­niej­sze, że łechce próż­ność – piękne włosy, cera i paznok­cie to rzecz nie do pogar­dze­nia. To nie tyle pokrzywa jest naj­cen­niej­szym z chwa­stów, co tęsk­nota za pięk­nem naj­sil­niej­szą z tęsk­not.


wyka ptasia, vicia cracca, jadalne chwasty, trujące rośliny, dzikie strączkowe


4. Co trujące to niejadalne

Albo odwrot­nie, co jadalne to nie­tru­jące. Mit, jeden z poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych. Po pierw­sze nie da się roz­pa­try­wać tok­sycz­no­ści bez przy­to­cze­nia dawki, po dru­gie ważna jest część rośliny i jej etap roz­woju, a do tego nie można pomi­nąć osob­ni­czej wraż­li­wo­ści jedzą­cego. Jak się pomy­śli jesz­cze o zanie­czysz­cze­niach i róż­ni­cach w skła­dzie roślin zależ­nych od warun­ków śro­do­wi­ska, wia­domo już skąd tyle zamie­sza­nia.

Dla przy­kładu kilka roślin tru­ją­cych, które są na tyle oswo­jone, że nie budzą stra­chu: ziem­niak, czarny bez, kalina, śliwa, mak, rukiew wodna. A prze­cież łatwo się zatruć zie­lo­nymi bul­wami ziem­niaka, nie­doj­rza­łymi owo­cami albo zie­lo­nymi czę­ściami bzu, nie­prze­two­rzo­nymi owo­cami kaliny zje­dzo­nymi w więk­szych ilo­ściach, liśćmi śliw, nasio­nami maku odmian nie­po­zba­wio­nych opia­tów albo obja­da­jąc się hur­towo rukwią. Niew­ła­ści­wie lub bez umiaru użyte szko­dzą. Zupeł­nie tak, jak wiele dzi­kich.
Ziar­no­płonu nie jedz­cie po tym, jak wyda kwiaty, pio­łun sto­suje się tylko w ilo­ściach przy­prawowych, komosę białą zbie­raj­cie tylko naj­młod­szą, a dla pew­no­ści unik­nię­cia foto­uczu­le­nia można ją obgo­to­wać, pamię­taj­cie, żeby mięty polej nie podać cię­żar­nej (a wro­ty­czu użyję do ostat­niego przy­kładu). I tak dalej.

Każdą nową roślinę, rów­nież uprawną, którą zamie­rza się wpro­wa­dzić do diety, należy potrak­to­wać z daleko idącą ostroż­no­ścią. Ist­nieje wie­lo­stop­niowa pro­ce­dura bada­nia jadal­no­ści w warun­kach eks­tre­mal­nych, ale na zwy­kłe potrzeby wystar­czy prze­strze­gać zasady poje­dyn­czego wpro­wa­dza­nia nowo­ści i pró­bo­wa­nia na począ­tek małych dawek. Nie­dawno spraw­dza­łam w ten spo­sób wro­tycz. Młode wio­senne liście z roze­tek przy ziemi są aro­matyczną przy­prawą, ale stare zry­wane z łodygi mogą zaszko­dzić. Ist­nieje taka rodzinna opo­wieść, jak mając kilka lat odcho­ro­wa­łam zbie­ra­nie wro­ty­czu na bukiet – jego żółte kulki zawsze mi się podo­bały. Po nie­daw­nych testach jestem pewna, że dla mnie zjedze­nie naj­mniej­szej ilo­ści liści jest szko­dliwe. Tym bar­dziej łatwo mi uwie­rzyć, że jako małe dziecko mogłam zatruć się śla­do­wymi ilo­ściami roślin­nego soku na łap­kach.


dzika róża, kwiat róży, rosa canina, dog-rose, dzikie rośliny jadalne


5. Zagrożenie dla dzieci

Nie­za­leż­nie od tego, gdzie żyjesz, dookoła rośnie wiele tru­ją­cych roślin, rów­nież śmier­tel­nie tru­ją­cych. Należę do ludzi wycho­wa­nych na świe­żym powie­trzu i mia­łam setki oka­zji do przy­pad­ko­wego zro­bie­nia sobie krzywdy, rów­nież kon­takt z najbar­dziej tru­ją­cymi rośli­nami. I mimo to uwa­żam, że naj­więk­sze zagro­że­nie dla dzieci to brak edu­ka­cji. Kil­ku­la­tek potrafi pojąć, że wśród roślin są warzywa (rów­nież dzi­kie), ale i gatunki szko­dliwe dla jego rączek i brzu­cha. A jeżeli komuś wydaje się, że jego dziecko nie musi uczyć się roślin, bo go to nie doty­czy, jest w błę­dzie. Przed­szkolne żywo­płoty ze śnie­gu­li­czek, cisy przy placu zabaw i miej­skie robi­nie aka­cjowe, datura w ogródku sąsiada albo deko­ra­cyjna gwiazda betle­jem­ska pod cho­inką, wszystko to (i wiele, wiele wię­cej) jest wtedy niebez­pieczne. Rozma­wiajmy z dziećmi, niech się od nas uczą.

I jedna rada. Nigdy, prze­nigdy nie wspo­mi­naj dziecku o jadal­nych osnów­kach owo­ców tru­ją­cego cisu, tak na wszelki wypa­dek. Ono, jak się dowie, będzie MUSIAŁO to spraw­dzić.


modrak, centaurea cyanus, cornflower, jadalne chwasty


6. Słodki jak kwiat

Ist­nieją słod­kie jadalne kwiaty, ale to wcale nie jest stan­dard. Każdy sma­kuje ina­czej, więc warto pró­bo­wać zarówno dzi­kich jak i ogro­do­wych. Chyba najbar­dziej zaska­kują te mniej lub bar­dziej pikantne: lilio­wiec, nastur­cja, wie­sio­łek, goździk oraz nie­cier­pek; szczy­pio­rek i rze­żu­cha rów­nież się do nich zali­czają, ale tu raczej zasko­cze­nia brak. Są też kwiaty sma­ku­jące zie­lono i warzyw­nie: sto­krotka, mie­czyk, cuki­nia, dynia, ogó­recz­nik, robi­nia aka­cjowa. Do kwa­śnych zali­czają się hibi­skus i bego­nia (jest świetna!). Z gorz­ka­wych aro­ma­tycz­nych można wymie­nić nagietka, aksa­mitkę, lilaka, lawendę, zło­cień, pelar­go­nię. Paskud­nie gorzka jest for­sy­cja. Żywiczny aro­mat znaj­dziemy w sło­necz­niku i magno­lii. Niek­tóre jadalne kwiaty mają neu­tralny smak, to mię­dzy innymi jasnota, prze­tacz­nik, polne bratki, cha­ber bła­wa­tek, jabłoń i gru­sza.
Na koniec łagod­nie słod­kie, jak fun­kia, pier­wio­snek, fio­łek, bazy­lia, floks wie­cho­waty, lipa, koni­czyna, a z bar­dziej aro­ma­tycz­nych czarny bez i pach­nące odmiany róż. Bogac­two.


głóg, crataegus, hawthorn, dzikie rośliny jadalne


7. Tylko dla adeptów sztuki przetrwania

Sko­ja­rze­nia z survi­va­lem są jak najbar­dziej na miej­scu. Wie­dza o jadal­nych rośli­nach jest jedną z dzie­dzin, które przy­dają się w tere­nie, gdy odtwa­rza się nie­ko­rzystne warunki do prze­trwa­nia, a w dodatku pozwala zmniej­szyć ekwi­pu­nek. Nie bez zna­cze­nia jest jej wpływ na psy­chikę – pomaga już sama świa­do­mość, że umie się zdo­być poży­wie­nie, ale prak­tyczna umie­jęt­ność zna­le­zie­nia świe­żych przy­praw może podnieść morale nawet zawod­ni­kom zaopa­trzo­nym w kom­plet woj­sko­wych racji żyw­no­ściowych.

Ale to na pewno nie wszystko. Jadalne chwa­sty zapew­niają mnó­stwo zabawy w kuchni, nie­skoń­czoną moż­li­wość eks­pe­ry­men­to­wa­nia i nowych sma­ków. Cią­gle mamy do dys­po­zy­cji poży­wie­nie takie, jak z cza­sów sprzed prze­my­sło­wej pro­duk­cji warzyw. Możemy poszu­kać roślin bar­dzo podob­nych do pra­przod­ków naszych gatun­ków upraw­nych i spraw­dzić, jak bar­dzo różni się dzi­kie od oswo­jo­nego – mar­chewka, czo­snek, cyko­ria a nawet burak. Możemy odkry­wać, zamiast wyłącz­nie powie­lać prze­pisy. Wszystko jedno, czy będziemy myśleć o tym, jak o włą­cze­niu się w modny trend kuli­narny, czy opo­wie­dze­nie się po stro­nie kuchen­nej awan­gardy.

Wspo­mnę jesz­cze o waż­nej spra­wie. Ogra­ni­cze­nie spo­ży­wa­nej żyw­no­ści do tak nie­wielu gatun­ków, które masowo upra­wiamy, nie jest dla nas zdrowe. Wie­rzę w bio­róż­no­rod­ność, rów­nież w sen­sie zdro­wot­nego zna­cze­nia róż­no­rod­no­ści diety.




8. Samowystarczalność

Wielu spraw­dzało. I roz­cza­ro­wa­nych w survi­va­lo­wym śro­do­wi­sku nie bra­kuje: prak­tycz­nie nie da się dłu­go­fa­lowo wyżyć tyko na rośli­nach zbie­ra­nych ze stanu dzi­kiego, bez komer­cyj­nego zaopa­trze­nia. Pierw­szym napo­tka­nym pro­ble­mem praw­do­po­dob­nie byłby brak soli i trud­no­ści w pozy­ski­wa­niu tłusz­czu, który poza funk­cją ener­ge­tyczną, pomaga w przy­swa­ja­niu wita­min. Nie tak łatwo samemu wytło­czyć olej z nasion. W następ­nej kolej­no­ści nale­ża­łoby się liczyć z nie­do­bo­rami białka. Dzi­kie zboża (trawy) i strączki (np. wyka, nie­które gatunki groszku) nie są zbyt wydajne, orze­chy wystę­pują sezo­nowo, a ich zapas nie roz­wią­zuje pro­blemu. Dopiero polo­wa­nie mogłoby zapew­nić źró­dło ener­gii, dobre pro­por­cje białka, tłuszcz przy­datny w przy­go­to­wa­niu potraw i pew­nie jesz­cze towar na wymianę han­dlową… Ale to już nie jest zbie­rac­two, tylko zupeł­nie inna sprawa.




9. Nieprzebadane to niezdrowe

Prze­ba­dane też nie­zdrowe. Kupo­wana w skle­pach żyw­ność zawiera czę­sto pesty­cydy, azo­tany, anty­bio­tyki, deter­genty – ślady całego pro­cesu tech­no­lo­gicz­nego. I nie cho­dzi tu tylko o pro­duk­cję wyso­ko­prze­two­rzo­nych goto­wych pro­duk­tów, ale rów­nież uprawę pie­truszki. Jedze­nie może aku­mu­lo­wać metale cięż­kie ze śro­do­wi­ska i pobie­rać szko­dliwe sub­stan­cje z opa­ko­wań. Bywa kon­ser­wo­wane prze­sad­nie i nie­zdrowo. Bada­nia są wyryw­kowe, normy zostają speł­nione, jedze­nie jest pra­wie bez­pieczne do jedze­nia. Jeżeli razem z kolej­nymi skład­ni­kami zwie­lo­krot­nimy dopusz­czalne dawki szko­dli­wych sub­stan­cji, nie będziemy o tym wie­dzieć.

Tak naprawdę więk­szą kon­trolę mam nad pozy­skaną dziką zie­le­niną niż tą z super­mar­ketu. Oczy­wi­ście należy wystrze­gać się obsza­rów ska­żo­nych, czyli uni­kać sąsiedz­twa dróg i zakła­dów prze­my­sło­wych oraz pól opry­ski­wa­nych her­bi­cy­dami. Jeżeli znamy histo­rię terenu, na któ­rym zbie­ramy dzi­kie chwa­sty, zacho­wamy roz­sądny odstęp od dróg, a przed zje­dze­niem umy­jemy rośliny, żeby pozbyć się pyłu i zanie­czysz­czeń bio­lo­gicz­nych, mamy spore szanse, że nasze zbiory będą wolne od kilku wad kupo­wa­nego jedze­nia, a poza tym tak świeże i pełne wita­min, jak to tylko moż­liwe. Warto też pamię­tać, że ewen­tu­alne zanie­czysz­cze­nia z gleby odkła­dają się przede wszyst­kim w korze­niach i nie są rów­no­mier­nie roz­pro­wa­dzane przez rośliny – w naziem­nych czę­ściach zie­lo­nych będzie ich mniej, a w kwia­tach i owo­cach pra­wie wcale.


wierzbownica kiprzyca, chamaenerion angustifolium, epilobium angustifolium, fireweed, dzikie rośliny użytkowe


10. Chwasty nie są sexy

Są, a kwiaty nawet bar­dzo. Jeżeli wyobra­żasz sobie potrawy z dzi­kich roślin jadal­nych jako nie­ape­tyczne papki i błot­ni­ste breje, zasta­nów się, czy tak samo myślisz o (pozo­sta­łych) warzy­wach. To tylko ste­reo­typ. Każde da się przy­rzą­dzić i podać w atrak­cyjny spo­sób.

Chwa­sty są nie­za­leżne, potra­fią zaska­ki­wać sma­kiem, mobi­li­zują do zdo­by­wa­nia wie­dzy, mogą leczyć, bajecz­nie kwitną. Nie ma nic bar­dziej sezo­no­wego, lokal­nego, dostęp­nego i odna­wial­nego. Serio.



Moje pro­po­zy­cje potraw z roślin dziko rosną­cych i ozdob­nych znaj­dzie­cie TUTAJ.


Na fot­kach: kwit­nące trawy, żół­tlica pora­sta­jąca tor wąsko­to­rówki, pokrzywa, strączki i liście wyki pta­siej (to roślina jadalna, wymie­niana jako tru­jąca), róża psia, cha­ber bła­wa­tek, kwit­nący głóg, rdest pla­mi­sty, sałata kom­pa­sowa, wierz­bówka kiprzyca.



Czy­jeś doświad­cze­nie potwier­dza moje prze­my­śle­nia? Ktoś się z nimi nie zga­dza? A może zna­cie jesz­cze jakieś mity do roz­pra­co­wa­nia?

sobota, 10 września 2016

chrzanić to!

Chrzan to chwast trudny do wytę­pie­nia, bo sie­dzi głę­boko jak mało co, odra­sta nawet z kawał­ków uła­ma­nych korzeni i nie ustę­puje pola. Ale ma też pewien immu­ni­tet dzięki przy­dat­no­ści do kisze­nia ogór­ków i wszyst­kim ale-tym-razem-na-Wielkanoc-bedzie-prawdziwy-tarty.


chrzan pospolity, liście chrzanu, korzenie chrzanu


Naj­ła­twiej roz­po­znać go po liściach. Jest pospo­lity, nie­po­dobny wła­ści­wie do niczego innego, a spore kępy liści trudno prze­ga­pić skoro dora­stają nawet do metra wyso­ko­ści. Ale zie­lone czę­ści nie sma­kują chrza­nem, raczej ostrzej­szą kapu­stą. W Nowy Rok nama­wia­łam do ich kuli­nar­nego wyko­rzy­sta­nia, więc oto jedna z inspi­ra­cji.




droż­dżowy chleb żytni z ostro­pe­stem na liściu chrzanu

na roz­czyn:
1/4 kostki droż­dży pie­kar­skich
łyżka mąki żyt­niej
łyżeczka cukru
odro­bina wody

na cia­sto:
4 szklanki mąki żyt­niej typ 720
3 łyżki zia­ren ostro­pe­stu pla­mi­stego
pła­ska łyżeczka soli
łyżeczka przy­praw np. świeżo zmie­lo­nego pie­przu
łyżka łagod­nego octu
2 łyżki oleju
około 2 szklanki wody

Wymie­szać skład­niki roz­czynu w spo­rym kubku i odsta­wić, aż zawar­tość kilka razy powięk­szy obję­tość. Czas zależy od tem­pe­ra­tury, zwy­kle to kil­ka­na­ście minut, ale jeśli użyje się zamro­żo­nych droż­dży, to nawet kil­ka­dzie­siąt.

Ostro­pest roz­drob­nić za pomocą maszynki do mie­le­nia maku albo młynka do kawy. W misce wymie­szać mąkę z ostro­pe­stem, solą i przy­pra­wami. Dodać płyny: ocet, olej i wodę. Wyra­biać 10 minut. Odsta­wić do wyro­śnię­cia na pół godziny. W tym cza­sie nagrzać do 220 stopni pie­kar­nik razem z żeliw­nym garn­kiem (lub szkla­nym naczy­niem żaro­od­por­nym z pokrywką) w środku – gazowy pół godziny, elek­tryczny około 15 minut, ter­mo­obieg nie będzie potrzebny. Po wyro­śnię­ciu cia­sto powinno mieć około dwu­krot­nie więk­szą obję­tość. Wyjąć z pie­kar­nika gorące naczy­nie, wyło­żyć liściem chrzanu i prze­ło­żyć na niego cia­sto, zawi­ja­jąc brzegi liścia. Chleb piec pół godziny pod przy­kry­ciem i jesz­cze kwa­drans dopie­kać bez pokrywki. Wyjąć na kratkę do cał­ko­wi­tego wysty­gnię­cia. Upie­czony chleb będzie wyda­wał głu­chy odgłos przy puka­niu pal­cem. Kroić chleb dopiero, gdy osią­gnie tem­pe­ra­turę poko­jową.





Chleb pie­czony tą metodą (garn­kową) ma kształt zgrab­nego bochenka, wspa­niale chru­piącą skórkę i co naj­waż­niej­sze – jest nie­ka­pry­śny. Przy­pad­kowe prze­dłu­że­nie pie­cze­nia, doda­nie zbyt dużej ilo­ści wody, uży­cie roz­czynu, który zdą­żył po dro­dze wyro­snąć, wyki­pieć i opaść ani kro­je­nie na gorąco wła­ści­wie nie są w sta­nie go wzru­szyć. Jest chyba tylko jeden spo­sób, żeby go popsuć: zapo­mnieć o soli.


chleb pieczony na liściu chrzanu, domowy chleb na drożdżach, pieczenie w żeliwnym garnku, chleb z garnka, pieczywo z ostropestem, pieczywo drożdżowe, ostropest plamisty, superfood


Wska­zówki:
* Doda­tek ostro­pe­stu można pomi­nąć albo zastą­pić sie­mie­niem lnia­nym. Tylko nie wybie­raj­cie zia­ren roz­drob­nio­nych przez pro­du­centa, bo takie są zwie­trzałe i nie­trwałe, szybko jeł­czeją.
* Spraw­dzi się rów­nież mąka pszenna, albo mie­szanka pszenno-żyt­nia. Może być peł­no­ziar­ni­sta albo innego typu, tylko praw­do­po­dob­nie zmieni to ilość potrzeb­nej wody. Przy eks­pe­ry­men­tach z mąkami warto pamię­tać, że doda­tek bez­glu­te­no­wych, np. kuku­ry­dzia­nej spra­wia, że chleb jest bar­dziej kru­chy, a nawet sto­sun­kowo nie­wielki udział skrobi ziem­nia­cza­nej wpływa na to, że gotowy chleb jest bar­dziej mokry w środku i może skut­ko­wać zakal­cem na dole bochenka.
* Do zakwa­sze­nia cia­sta nadaje się też sok z cytryny albo zalewa octowa z jakiejś domo­wej mary­naty, szcze­gól­nie jeśli wyko­rzy­stano do niej ocet jabł­kowy lub winny. W osta­tecz­no­ści nawet kwa­sek cytry­nowy spełni swoją rolę.
* Jeżeli cia­sto wyra­bia się ręcz­nie (łyżką), można dodać tro­chę wię­cej wody, żeby uła­twić sobie pracę.
* Przy zawi­ja­niu liścia, nerw główny w dol­nej jego czę­ści naj­wy­god­niej prze­ciąć nożem w miej­scu zała­ma­nia, żeby nie odsta­wał.
* Przy braku innej kratki do ostu­dze­nia chleba, dobrze spraw­dza się kratka kuchenki gazo­wej.

środa, 31 sierpnia 2016

zamknij oczy, otwórz buzię!

Ogro­dowa wer­sja dzie­cię­cej prze­ką­ski pro­sto z sosno­wego lasu. Żeby ją na powrót ule­śnić, zamie­niamy ogro­dowe dzwonki brzo­skwi­nio­listne na tro­chę mniej­sze okrą­gło­listne (Cam­pa­nula rotun­di­fo­lia) spo­tkane w tere­nie, a małe borówki ame­ry­kań­skie na czarne jagody. Aaam!


dziecięca przekąska, jadalny dzwonek brzoskwiniolistny, działkowy deser, jadalne kwiaty, przepis borówka amerykańska, edible flowers


Więk­szą liczbę por­cji na raz tro­chę trudno się nosi, ale się da. Mobi­li­za­cja inwen­cji zależy od tego, ile jest dzio­bów do wykar­mie­nia. I czy już prze­ko­nały się do jedze­nia kwia­tów, czy to cią­gle tabu.


dzbanek z jagodami, jadalny leśny dzwonek, leśny deser, jadalne kwiaty, dzikie rośliny jadalne, bellflower recipe


Borówki pasują nie tylko ame­ry­kań­skie, kam­czac­kie też będą dobre. I przy­po­mi­nam, wszyst­kie dzwonki mają jadalne kwiaty.


borówki, borówka amerykańska, krzewy owocowe


wtorek, 30 sierpnia 2016

sekretne życie roślin #3 miesiącznica

Mie­siącz­nica roczna (Luna­ria annua) nazy­wana srebr­ni­kami Juda­sza jest naj­czę­ściej wyko­rzy­sty­wana jako ele­ment suchych bukie­tów. Może teraz tro­chę wyszła z mody, ale poły­sku­jące księ­ży­cowo – w końcu to luna­ria! – prze­grody jej owo­ców mogą z powo­dze­niem zdo­bić nie tylko kurne chaty, ale też mini­ma­li­styczne wnę­trza. Do tego trzeba zdjąć deli­kat­nie klapy łusz­czy­nek razem z nasio­nami… a nasiona zjeść. Myśl­cie o nich, jak o pła­skiej odmia­nie gor­czycy.



poniedziałek, 29 sierpnia 2016

drzewa nas przeżyją

Nie czas żało­wać drzew owo­co­wych, gdy płoną lasy. Nikt nie miał czasu zająć się dere­niem. Nie obra­ził się o brak pod­le­wa­nia, tylko doj­rzałe owoce opa­dły już dawno temu i tak zostały. Czyli tego­rocz­nej dere­niówki nie będzie, na szczę­ście dziś namie­rzy­łam resztkę nalewki 2013. I zebra­łam resztkę owo­ców. Na co by je? Dżem, kom­pot, gala­retka, susz, szybki wypiek na słono lub słodko… albo naj­dziw­niej­szy z pomy­słów – owoce mary­no­wane na spo­sób irań­ski. Od kiedy prze­czy­ta­łam gdzieś o mary­no­wa­niu dere­nia z miętą w łagod­nym occie, nie dawało mi to spo­koju. Chcia­łam nawet pró­bo­wać z wino­gro­nami, ale co dereń to dereń.




Dere­nia jadal­nego (Cor­nus mas) naj­ła­twiej zna­leźć w par­kach i ogro­dach. To nie­duże drzewo o cha­rak­te­ry­stycz­nie pasia­stych liściach – ten wzór two­rzą znacz­nie zagłę­bione nerwy. Liście mają elip­tyczny kształt i rosną naprze­ciw­le­gle, czyli w parach syme­trycz­nie po obu stro­nach gałęzi. Owoce zwy­kle mają kształt oliwki i wiśniowy kolor (nie­doj­rzałe zie­lony), ale są też odmiany żółte.


dereń jadalny przepis, owocowa marynata, wiśnie w occie, cornelian cherry recipe, kuchnia irańska, pikle z owocow


mary­no­wane owoce dere­nia po irań­sku

owoce o podob­nej wiel­ko­ści
ocet jabł­kowy
liście mięty
sól

Dere­nia dokład­nie umyć, tward­sze owoce pona­kłu­wać szpilką lub wyka­łaczką, żeby szyb­ciej zmię­kły w sło­iku. Miętę wypłu­kać, obe­rwać listki. Do wypa­rzo­nych sło­ików kłaść naj­pierw zie­le­ninę, potem owoce, zosta­wia­jąc od góry tro­chę miej­sca. Zale­wać zimną mary­natą o pro­por­cji pół łyżeczki soli na szklankę octu i szczel­nie zakrę­cać. Skoro nie paste­ry­zu­jemy, możemy pró­bo­wać co kilka dni, żeby wyła­pać moment, kiedy są naj­smacz­niej­sze. Pro­po­nuję tydzień do dwóch.



dereń jadalny przepis, owocowa marynata, wiśnie w occie, cornelian cherry recipe, kuchnia irańska, pikle z owocow

piątek, 26 sierpnia 2016

no to stalgia

Spo­koj­nie mogę powie­dzieć, że tu się wycho­wa­łam. Uczy­łam pierw­szych nazw roślin. Wyko­py­wa­łam spod śniegu nać pie­truszki do chru­pa­nia. Roz­sie­wa­łam nowe gatunki traw zbie­ra­jąc kłosy na bukiety. Prze­pro­wa­dza­łam śli­maki do lasu, żeby były bez­pieczne.
Potem nagle płoty jakby się poza­pa­dały, drogi stały się wąskie, a latar­nie śmiesz­nie małe.
To też było dawno. Życie cią­gle zagar­nia zna­jome ele­menty, coraz mniej zosta­wia­jąc na wła­ści­wych miej­scach.

Z nie­zmien­nych rze­czy zostają kolory. Na raz tyle samo dys­har­mo­nii, co współ­brz­mie­nia.




sałatka kwia­towo-owo­cowa z kolo­rów

czarne jeżyny
nie­bie­skie borówki
mali­nowe maliny
fio­le­towe dzwonki
poma­rań­czowe nagietki
różowe floksy

Floksy obe­rwać z gałą­zek, nie zapo­mi­na­jąc o nie­roz­wi­nię­tych pącz­kach kwia­to­wych. Nagietki podzie­lić na płatki (chyba, że ktoś jest pewien, że lubi rów­nież zie­lone czę­ści i chce gorycz­ko­wego prze­ła­ma­nia dla słod­kich sma­ków). Wymie­szać kwiaty z owo­cami i poda­wać w kub­kach lub fili­żan­kach.

 

sałatka z borówkami, letnia sałatka, jadalne kwiaty, jadalne kwiaty dzwonka, przepis z floksami, dzwonek brzoskwiniolistny, jadalne rośliny ogrodowe, edible flowers, phlox recipe, edible bellflower


Floksy wie­cho­wate (Phlox pani­cu­lata) kwitną w odcie­niach różu, fio­letu i bieli. Mają kwiaty zebrane w grona, a wła­ści­wie bal­da­cho­grona, słodko pach­nące i bar­dzo słod­kie w smaku. Połą­cze­nie flok­sów z jeży­nami to let­nie odkry­cie – jeden z prost­szych i efek­tow­niej­szych pomy­słów na bły­ska­wiczny deser. Pasują mi też do łagod­nej czar­nej her­baty liścia­stej, dodane po lek­kim ostu­dze­niu zamiast cukru.

Ape­tyczny fio­let to dzwo­nek brzo­skwi­nio­listny (Cam­pa­nula per­si­ci­fo­lia), popu­larna w ogro­dach roślina wie­lo­let­nia. Niek­tóre odmiany mają białe kwiaty. Rów­nież jest słodki, ale jest to mniej bez­kom­pro­mi­sowo dese­rowy smak. Wyko­rzy­sta­nie innych gatun­ków jest jak naj­bar­dziej wska­zane, bo wszyst­kie dzwonki są jadalne (rów­nież liście).

Nagie­tek lekar­ski (Calen­dula offi­ci­na­lis) w smaku jest korzenno-zie­lony, gorz­kawy, ale płatki kwia­tów są bar­dzo deli­katne aro­ma­tyczne, więc ich doda­tek raczej nie zmieni balansu sma­ków. Ja się nie ogra­ni­czam, zja­dam całe kwia­to­stany.